Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

184863 miejsce

Powrót na szczyt Andrzeja Piaska Piasecznego

  • Źródło: Dziennik Bałtycki
  • Data dodania: 2006-07-24 15:28

Wróciłem do pewnego momentu z początków mojej drogi na estradzie – mówi artysta.

Fot. Adam WarżawaW bardzo młodym wieku zdobył pan szczyty na rynku estradowym. Złoty Mikrofon, Fryderyk dla najlepszego wykonawcy... Było łatwo?
- Wtedy wydawało mi się, że było łatwo. Jednak to tylko pozory. Kiedy te nagrody zdobywałem, kompletnie na nie nie zasługiwałem. Ale to się wie dopiero z pewnej perspektywy. W momencie, kiedy zacząłem na nie zasługiwać, przyszedł dla mnie trochę cięższy okres. Zmieniły się realia rynku muzycznego. A właściwie wszystkiego, co wiązało się z tzw. szeroko rozumianą popkulturą. Lubimy nowości, nowych ludzi, nowe twarze. Wszystko się kiedyś opatrzy, nawet jeśli jest znaczne lepsze niż to, co robiło się dawniej. Ale mówię to z dużym uśmiechem. Bez żalu, nie z pretensją do losu.

Pan ma się czym pochwalić - płyta multiplatynowa, dwie platynowe, ostatnia też świetnie się sprzedaje...
- Rynek sprzedaży płytowej też bardzo się zmienia. Oczywiście, dla mnie jest bardzo ważne, że prawdopodobnie za chwilę dostanę nagrodę platynowej płyty. Wróciłem do pewnego momentu z początków mojej drogi na estradzie. Udowodniłem przede wszystkim sobie, że jeszcze mogę zrobić coś dobrego. Mimo to, dzisiaj nie mierzy się już popularności, nawet popowego artysty, liczbą sprzedanych płyt.

A co, pana zdaniem, może być takim miernikiem?
- Najlepszą metodą, aby zweryfikować popularność są koncerty, a nie sprzedaż płyty. Teraz w dobie Internetu dostęp do muzyki jest szeroki. A na koncert, zwłaszcza otwarty, przychodzą różni ludzie, z różnych powodów - to nie tylko fani, ale i ci, którzy akurat mają trochę wolnego czasu. To jest takie przeciąganie liny. Jeżeli uda się ich przeciągnąć na swoją stronę, to wtedy jest dowód na to, że to co robimy ma jakiś sens.

Obserwując pana karierę można stwierdzić, że dobrym znakiem była współpraca z Robertem Chojnackim.
- Na pewno tak. Praca w zespole jest miejscem pewnego ścierania się mocniejszych i słabszych osobowości. Płyta, którą zrobiliśmy była tak właściwie dwóch autorów - moja i Chojnackiego. Biorąc pod uwagę jeszcze sukces, jaki odniosła, to był dla mnie znak, że można spróbować więcej. Przekonałem się, że mogę decydować w większej mierze o tym co robię, co chcę pisać, jaką muzykę chcę wykonywać.

Mówi się, że jest pan reprezentantem tak zwanej muzyki środka. Trudno jednak tak określić jazzowe utwory wykonywane przez pana...
- Jeżeli chodzi o sztukę, nie tylko o muzykę, granice coraz mocniej się zacierają. Dzisiaj naprawdę bardzo trudno jest określić, jaka jest muzyka popowa, gdzie się kończy i zaczyna. Nie ukrywam, że to co śpiewam nie jest pozbawione wpływów innych gatunków, ale to wynika z moich fascynacji, nie tylko jazzem. Mam to „nieszczęście”, że jestem zawodowym muzykiem i trudno jest mi się oprzeć takiej pokusie.

Mówiąc o jazzie, trudno nie wspomnieć Ewy Bem i jej wpływie na pana...
- Przypomina mi się taka historia. Miałem może 8-9 lat, kiedy byłem na koncercie, podczas którego występowała Ewa Bem. Słuchałem jej z zapartym tchem. Ta muzyka wywarła na mnie ogromne wrażenie. To na pewno miało na mnie jakiś wpływ. Takich osób, które mnie zafascynowały tym co robią i jak robią, było w moim życiu kilka.

Czego życzy się artyście?
- Powiem bardzo humorystycznie - żebym wiedział kiedy skończyć (śmiech ).

Rozmawiała Krystyna Paszkowska

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.