Facebook Google+ Twitter

Powspominajmy, jak było

Była to rozmowa z cyklu „Wspomnienia”. Niemal każdy je zna. Zimowe popołudnie. Szklana tafla telewizora na chwilę traci magnetyczną moc. Ludzie spoglądają na siebie. Cisza dzwoni w uszach, choć wcale nie jest cicho.

Rodzice spoglądają na dzieci. Starsi spoglądają na młodszych. Chwila refleksji. Co można im powiedzieć? Co powiedzieć takiego, czego nie powie im nikt inny? Powspominajmy, jak było. Jak to było, jak was jeszcze nie było.

Wystarczyło tylko słuchać. Posłuchać reprezentanta poprzedniego pokolenia. Posłuchać własnej mamy. Chylący się ku wieczorowi pokój otaczał nas szczelnie. Świat zdawał się na chwilę zwalniać w swoim biegu. I dobrze. Teraz uwaga! Na chwilę przerzucamy most między jednym a drugim pokoleniem. Bo widzisz, teraz jest inaczej, kiedyś nie było tak. Wszystko się zmieniło. Dziwię się, no bo jak to, niemożliwe, żeby aż tyle się zmieniło. Mam 23 lata. Nie rozumiem. Te słowa są jak zaklęcie. Po nich zaczyna się opowieść. Żeby nic nie zepsuć, czasem tylko będę się do niej wtrącał nawiasem.

Pamiętam soboty



Mama ma te 45 lat. Z tej perspektywy można już popatrzeć z dystansem na wiele spraw. Można się wyprostować, zaczerpnąć oddechu i wyprostować myślenie. Opowiadać po prostu jak było. Więc opowiedziała mi.

Żyło się inaczej. Pamiętam soboty. Tyle się wtedy działo, sobota to był dzień jak najbardziej roboczy i to od samego rana. Robiło się pranie. Ale nie takie jak dzisiaj, wrzucisz coś do automatu, naciśniesz przycisk i gotowe. Wtedy się robiło pranie. Pełna mobilizacja. Pralka wyjeżdżała na środek kuchni, bo w mieszkaniu nie było łazienki (siedzimy w tej samej wielkiej kuchni, stare budownictwo, łatwo wizualizować sobie tę scenę) Dzieci musiały zniknąć na ten czas. To był zimny chów. Nikt nie myślał wtedy o bezstresowym wychowaniu. Miłości w tym było jednak tyle samo, ale jakoś tak inaczej. Więc te dzieci znikały, a w kuchni królowała mama i babcia. Bo akurat było tak, że w domu mieszkały naraz trzy pokolenia. Wirówka zawodziła głośno. Stojąc blisko niej trzeba było do siebie krzyczeć. Sterty ubrań porozkładane na podłodze wyznaczały koloryt sobotniego poranka. Ubrań nie było dużo, bo i pieniędzy w portfelu nigdy nie było w nadmiarze. Nosiło się ciuchy po starszym kuzynie. To co, że za duże. I co, że po chłopaku. Wszystko się jeszcze dało obnosić.

No i ta pościel, gotowało się ją a potem krochmaliło w wielkim garnku. Człowiek kładł się do łóżka i miał wrażenie, że świeża pościel wisi nad nim jak twarda płyta. Po paru chwilach jednak układała się na ciele. I pachniała. Pachniała świeżością tak, że aż w nosie kręciło. To jeden z najlepiej zapamiętanych zapachów dzieciństwa.

Sobota to był przede wszystkim dzień porządków. W śląskim mieszkaniu musiało być czysto. Mogło być biednie, ale czysto przede wszystkim. Za oknami dymiła Huta „Batory” i Zakłady Chemiczne „Hajduki”. Kurz był wszędzie. I wszędzie ze ścierką wdzierała się mama albo babcia. Okna też były czyste tylko przez moment. Sobotnia walka była więc zacięta. Po tygodniu nielekkiej pracy kobiety podwijały rękawy i walczyły. Tak, żeby popołudniu było już czysto i można było usiąść. Żeby to jakoś wyglądało. Sprawa honoru porządnej pani domu. Siadało się i co? Nie było telewizora. Jedna rodzina w klatce miała. Do nich się chodziło czasem na film, albo oglądać „Teatr Telewizji”. Bez telewizora popołudnia i wieczory były inne.

Inność między innymi



I tu właśnie, między innymi, siedzi ta inność. Widać po zmianie wyrazu twarzy. Że to do tej inności się tęskni mając 45 lat. Bo, jak się dowiaduję, na przykład grało się w karty. Na ogromnym stole kuchennym się grało.
W brydża, w remika i pinusia. Nazwa „pinuś” funkcjonuje na Śląsku i nie wiadomo, jak się to mówi poprawną polszczyzną. Kogo to zresztą obchodziło. Czasem ten ogromny stół nakrywało się kocem i „kulało się koble”. Po polsku - grało się w kości. Kostki podskakiwały bezgłośnie po szerokiej i miękkiej tafli stołu a dzieci patrzyły zauroczone. Co wypadnie tym razem, ile oczek. Dzieciom nie pozwalano grać, gdy grali dorośli. Dzieci miały zresztą swoje zabawy, nie pchały się na siłę do dorosłych zajęć. Czasem tylko patrzało się, co tam się w dorosłej kuchni dzieje. Po czyjej minie widać wygraną, a kto gromi innych wzrokiem, bo przegrywa. Te gry, rozmowy przy nich, śmiechy i żale łączyły ludzi. Podobne były problemy, małe radości też rzadko odbiegały od pewnej stałej puli. Wspólnota tworzyła się samoistnie. Razem przeciw światu, przeciw całemu złu. Na te karty przychodzili sąsiedzi (też bez telewizora), przychodził wujek z ciocią. Przychodzili na karty, ale tak naprawdę przychodziło się do siebie nawzajem. To były radości, na to się czekało. Tym się żyło.

Świat piwnic i ceglanego chleba



A czym żyło się, będąc wtedy smarkaczem? Bo nie komputerem i nowym dzwonkiem w komórce. Przede wszystkim zabawą z innymi dziećmi z podwórka. A podwórko to było specyficzne (spoglądam jakoś tak inaczej z okna tej wielkiej kuchni na znane mi przecież podwórko). Podwórko pośród bloków w kształcie dwóch wielkich liter „U”, zwróconych do siebie górną częścią. Bloki szczelnie zamykały dziecięcy teren zabaw, co wcale nikogo nie ograniczało. Nie było zabawek, nikt nie podawał gotowych rozrywek na tacy. Trzeba było mieć wyobraźnię.

Obmurowane okienko z piwnicy stawało się sklepową ladą. Stawało się w tej ciemnej dziurze i na asfaltowym murku sprzedawało się chleb z cegły i cukierki z kamyków. Wszystko, czego dusza zapragnie. Choć nie miało się wiele, można było mieć wszystko, a może właśnie dzięki temu. Każdy miał w tej zabawie równe szanse, nikt nie „szpanował” nowymi zabawkami. No może czasem, jak przyszła paczka od rodziny z Niemiec. Ale to nie było to, nie było jakiegoś wywyższania się. Na całe podwórko był jeden rower. Ogromny, z wielką, okrągłą lampką na kierownicy. Wydawał się dzieciakom tak ekskluzywny, że mówiły na niego „mercedes”. Jeździło na nim całe najmłodsze pokolenie. Każdy z osobna uczył się na nim trzymać równowagę. Każdy rozkwaszał kolana przy upadku na tym samym wysokim krawężniku.
Kiedy padał deszcze i wielkie kałuże robiły się na ulicy przed domem, zdejmowało się buty i boso skakało się po tych kałużach. Nikt się nie bał zarazków czy samochodów. Bo jeździł jeden, góra dwa na dzień. Człowiek był jakiś taki bardziej wolny.

Wszystkie dzieciaki były wszystkich. Kiedy któraś starsza pani wołała z okna, że potrzebuje czegoś z pobliskiego sklepu, nie było zmiłuj. Trzeba było iść. Szacunek do starszych to była podstawa. Z tym się nie dyskutowało. W zamian za zakupy, na podstawie niepisanej umową, starsze panie podparte parapetami, wywieszone w oknach, stanowiły całodniową ochronę. Widziały wszystko i każde dziecko było bezpieczne. Świat zamykał się dla nas tutaj na kilkanaście lat. Miało się te osiemnaście czy dziewiętnaście lat i nadal grało się w piłkę czy w chowanego po klatkach schodowych. Dłużej było się dzieckiem. I to było dobre. Do tego również się tęskni mając 45 lat.

Dzieckiem gorzej było być w niedzielne poranki. Trochę odczuwało się hierarchię wtedy. Bo w niedzielę rano szło się do kościoła i znowu nie było zmiłuj. Szło się i koniec. Kto by to pomyślał, żeby nie iść. Wylegiwanie się w łóżku i gapienie w ekran telewizora było wykluczone. Z szaf wyjeżdżały najlepsze ubrania, takie „na niedzielę”. Poranna msza i obiad. Śląski obiad tradycyjny- kluski, rolada i modra kapusta, przedtem jeszcze oczywiście rosół. Wszystkim dzieciom smakowało, bo musiało smakować. Nic innego do jedzenia nie było, a kto nie zjadł, chodził głodny. Jak dzieci stroiły fochy, babcia zawsze mówiła, że głodu im potrzeba.. Te słowa zawsze działały. Bo przecież ten szacunek miało się zakodowany w głowie.

Nie miało się takiej śmiałości



Jednak kiedyś się tym dzieckiem przestawało być. To też nie odbywało się tak jak dzisiaj, tylko jakoś tak delikatniej. Naiwniejsi wszyscy byli. Pierwsze miłości przeżywało się nie na swoim blogu, raczej w swojej głowie. Nikt nie miał do siebie takiej śmiałości jak dziś. Wszystko jakoś tak niezgrabnie się odbywało (widać, że lepiej, widać aprobatę do tamtych sposobów na uczucia). Chłopcy byli i dziewczyny były. Dwa osobne światy. Jeśli się już spotkały, to to już było wydarzenie na większą skalę. Jakikolwiek „związek”, choć takiego słowa się wtedy nie używało, poprzedzony był długimi pertraktacjami prowadzonymi przez najbardziej zainteresowaną dwójkę, ale oczywiście nie bezpośrednio! Kolega przekazywał za kolegę koleżance koleżanki, że chciałby z nią „chodzić”. A wtedy się właśnie chodziło ze sobą (nasuwa mi się skojarzenie, że dziś jest w tym wszystkim chyba za dużo leżenia). Chodziło się na spacer do parku, czasem do kawiarni na lody. W porównaniu z tym, co dzieje się dzisiaj, tamta młodzież wydaje się być dziecinna. Wszystko miało swój urok jednak. Czekało się z wieloma rzeczami i dobrze. Bo jest na co czekać.

Chłopak z gitarą i wieczory na ławce



Nastolatki nadal trzymały się razem. Więzi z podwórka trzymały mocno. Wieczory na ławce przed klatką, kilkanaście osób, dwie gitary. Śpiewało się razem, gadało głupoty. Tak jak dzisiaj, ale bez-

alkoholowo. Mieliśmy w sobie nadal te dzieci, do wygłupów nie potrzebowaliśmy wysokoprocentowych „wspomagaczy”. Co nie znaczy, że nikt nie pił alkoholu. Jasne, zdarzali się i tacy, ale byli jakoś z boku. Patrzało się na nich z pobłażaniem. Nikomu to nie imponowało. Taka akurat to była grupa- dość porządna, ale takich wtedy było wiele. Więcej. Po ulicach nikt się nie bał nocą chodzić (czy to możliwe, że w ludziach było mniej zła?).

Na imprezach tańczyło się do zagranicznych przebojów, ceniło się je. To były odgłosy z innego, lepszego świata. Szpulowy magnetofon i zabawa do rana. Wagary zdarzały się nie raz. Byleby skończyć liceum, zawodówkę. Nie wiem, czy ktoś w ogóle myślał o studiach. Bo przecież dla każdego była praca. Nagle wszyscy zaczęli pracować, żenić się, wychodzić za mąż, na ulicach spotykaliśmy się, pchając wózki. Niektóre więzy przetrwały do dziś. Chcemy się dalej spotykać, dalej chcemy tak razem być jak kiedyś. To zostaje. Chociaż w domu stoi telewizor, kino domowe i jest przecież Internet.

Świat bez wad?



Czy wszystko było lepiej? Ciężko powiedzieć. Ludzie mieli mniej pieniędzy, w sklepach też było wszystkiego mniej. Ale ludzie mieli siebie. Na tym się koncentrowali. Samemu wiele się wtedy nie zdziałało. W gromadzie żyło się lepiej. Tak bardziej po ludzku. W kwestii międzyludzkiej po prostu lepiej.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Rewelacyjny tekst. Dziękuję za wycieczkę w świat mojego dzieciństwa.
"...odgłosy z innego, lepszego świata." - Przeboje Radia Luxemburg i wolność słowa w Radio Wolna Europa (nie wolno było mówić, że się je słyszało w domu).

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 01.12.2008 13:25

(+) słuchałam tej rozmowy z wielkim wzruszeniem, podzielam opinię, że kiedyś ... " Człowiek był jakiś taki bardziej wolny" ... :) Isa Skarbek

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.