Przez ostatnie wakacyjne tygodnie przejechałem blisko 4 tys. km polskimi drogami - głównie na południu. I jak nigdy wcześniej jestem pewien - nasze państwo w żywe oczy kpi z kierowców, a pomysły na rozwiązanie problemu wypadków drogowych, tylko przyczyniają się do kolejnych nieszczęść, albo ocierają się o absurd.
O remontowanej autostradzie A4, na której płaci się pełną opłatę, nie będę się rozwodził. Napiszę krótko - to przykład na rzecz oczywistą - jeśli umowa pozwala na "kasowanie" kierowców, nawet gdy tkwią w korku, to znaczy, że państwo i urzędy nie myślą o kierowcach, tylko o inwestorach. Fakt bezsporny. Pytanie - "czemu"?
Ale w okolicy Krakowa znalazłem też przykład bardziej stresujący - drogę na Olkusz, omijającą płatną A4. Otóż droga na Olkusz była zawsze szeroka i przejezdna, z szerokimi poboczami. Niepokój budziła tylko jakość asfaltu. Po przebudowie droga na Olkusz stanowi dziwadło. Zamiast poszerzyć pobocza, zabudowano (całkowicie!) środek drogi - mamy tam swoistą "wystawę" znaków, dziwnych wysepek, pasa wybrukowanej przestrzeni. Jakikolwiek manewr jest niemożliwy. Nadmiar przestrzenny - zlikwidowano. Łatwe kiedyś wyprzedzanie, zostało całkowicie uniemożliwione. Zamiast zwiększyć przepustowość drogi - drastycznie ją ograniczono. Całość "wzmocniono" stojącymi co 4 km (średnio!) fotoradarami. Takiej polityki nie rozumiem. Zamiast lepiej jest gorzej.
Ale widziałem na owym odcinku jeszcze większe dziwadło. Mijam Olkusz, "zabudowana" droga rozszerza się w drogę ekspresową. Można przyśpieszyć, ale na chwilę. Bo po chwili wpada się w ograniczenie prędkości 50 km/h. Uzasadnienie? Jasno wynika z zamontowanego obok ograniczenia znaku - UWAGA! "oblodzenia". Jadę w lipcu. Do oblodzeń, choćby teoretycznych, kilka miesięcy. Ale łatwiej absurdalny zakaz powiesić na cały rok, niż montować go w październiku i demontować w marcu... Problemy są jednak dwa: jeśli w tym miejscu ustawi się policja nie pomoże kierowcy wyśmiewanie zagrożenia lodowego, bo ograniczenie to ograniczenie. Trzeba będzie płacić. Ale drugi skutek jest gorszy - takie absurdalne ograniczenia powodują, że lekceważymy wszystkie znaki. Także te uzasadnione. W masie absurdów oznaczeniowych te naprawdę ważne giną.
Pod Toruniem (na tzw. pseudoobwodnicy) czekam 40 min. w korku. Wypadek? Remont? Nie, nic się nie dzieje. Po prostu w Łysomicach, ktoś tak ustawił sygnalizację świetlną, że frajerzy na "obwodnicy" czekają długo na wyjazd. Jazda przez miasto Toruń daje 40 min. oszczędności czasu...
Przykłady można mnożyć. Traktowanie kierowcy jak oszołoma, który ma zapłacić każdy, nawet najbardziej absurdalny podatek, a w zamian nie dostaje nic, stało się normą. Ugruntowana normą. I w zasadzie nie ma w tym nic nowego. Ale tendencja pogłębia się. Dziś (poniedziałek) rano przeczytałem na Wiadomosciach24.pl,
Akcja na drodze o happeningu na krajowej drodze nr 7. Otóż na poboczach wyłożone będą w workach "ciała" ofiar wypadków, rozrzucone mają być zabawki. Wszystko by uwrażliwić na bezpieczeństwo na drodze. I to w zasadzie wydaje się sensowne. Ale... na tym nie koniec. Natychmiast kierowców potraktuje się w tych miejscach ograniczeniem prędkości 50 km/h i ustawi... 18 dodatkowych fotoradarów!
I w tym miejscu mam dość. Ograniczyć, zakazać, ograniczyć. Czy ktoś myśli? Kierowca jadący z Gdańska do Warszawy 4 godziny jest bardziej wypoczęty, niż ten jadący 7 godzin.
Inny przykład - wyjeżdżając z Trójmiasta w kierunku Kaszub uwielbiałem "najdłuższą" prostą Pomorza. 2800 metrów prostej drogi. Rozładowywały się tam korki, nigdy nie widziałem wypadku. A potem przy tej prostej powstała stacja benzynowa i karczma. Karczma popularna, znana, odwiedzana przez setki gości. No i co się wydarzyło na drodze... W każdym normalnym kraju administrator drogi wymusiłby i na stacji, i na właścicielu karczmy, zbudowanie bezpiecznych, niskokolizyjnych zjazdów na drogę wojewódzką. Ale nie w Polsce. W Polsce postawiono ograniczenie prędkości do 50 km/h i fotoradar, a na wysokości stacji paliw "wysepkę". W efekcie 2 podmioty korzystają z położenia przy drodze, a nie inwestują realnie w rozwój tej drogi. Ich sukces odbywa się kosztem jakości korzystania z drogi. Oczywiście pod hasłem "bezpieczeństwa".
Tylko, że to jest bezpieczeństwo "byle jakie". I właśnie to taka bezrefleksyjność drogowców przeraża.
I na koniec tytułem "odświeżenia pamięci". Przed wyborami Donald Tusk szydził z Jarosława Kaczyńskiego, że
pomysł ustawienia 1500 fotoradarów zamiast budowania dróg, mógł stworzyć tylko człowiek nie mający prawa jazdy. Jak dziś mówić o Donaldzie Tusku, który z pomysłu fotoradarów nie wycofuje się, a happeningi "dla bezpieczeństwa" ocierają się o absurd...