Facebook Google+ Twitter

Pożegnanie Fergusona

Ten dzień musiał w końcu nadejść, choć słowo "odchodzę" zabrzmiało jak wyrok śmierci. Po 27 latach na ławce Manchesteru United sir Alex Ferguson usuwa się w cień. Nie sposób mówić o nim-trenerze, nie wspominając o nim-człowieku.

Dorastał w przemysłowej dzielnicy Glasgow, w dość przygnębiającym krajobrazie, który zdominowały zadymione kominy fabryk i drażniące uszy odgłosy przeładunku statków towarowych w pobliskim porcie. Jego ojciec, stoczniowiec, wychowywał go surowo, od małego wpajając twarde zasady moralne i ucząc wewnętrznego rygoru. Jeśli młody Alex nie pokochałby futbolu z wzajemnością, pewnie nie czekałaby na niego honory, fanfary i czerwony dywan, który - chyba nikt nie ma wątpliwości - zostanie przed nim rozłożony w najbliższą niedzielę na meczu ze Swansea.

Zaszczepiony w dzieciństwie etos pracy sprawił, że stał się sympatykiem laburzystów, dobrym znajomym Tony'ego Blaira, którego aktywnie popierał w jego pierwszej zwycięskiej kampanii wyborczej w 1997 r., oraz kompanem do konwersacji Gordona Browna. Wczoraj bojkotowana przez niego przez wiele lat BBC opublikowała 10 mało znanych historii z jego życia. Wśród nich znalazła się ta: następca Blaira, który podzielał zainteresowanie coacha polityką amerykańską, hurtowo wysyłał mu płyty z dochodzenia po śmierci prezydenta Kennedy'ego, a ten zachwycony otrzymanymi materiałami do dziś trzyma w swoich zbiorach kopię raportu Warrena.

Jako piłkarz Ferguson był trudny do prowadzenia - opiekunowie nie przepadali za nim z powodu nieokiełznanego charakteru i nierespektowania ich decyzji, rywale - za wkomponowanie do swojego stylu gry elementu "przyłożenia z łokcia". Pierwsze uprawnienia trenerskie zdobył już w wieku 25 lat. Z biegiem czasu miał się przekonać, że odnalazł swoje prawdziwe powołanie. Ze skromnym Aberdeen zdetronizował Rangersów i Celtic, choć ci bez obawy o ryzyko bankructwa mogli wykupić połowę jego drużyny (drugą połowę jeszcze mniejszym nakładem mogły wykupić kluby z Anglii), oraz sięgnął po Puchar Zdobywców Pucharów. Miarą wielkości trenera są trofea - on zaczął je kolekcjonować z europejskim kopciuszkiem.

Gdy Szkot rozpakowywał walizki w Manchesterze (via reprezentacja Szkocji, którą prowadził na mundialu w Meksyku), Wayne Rooney miał rok, Old Trafford mieściło 60 tys. widzów (na ławkach, po zamontowaniu krzesełek kilka lat później 44 tys., dziś 75 tys.), a nad Manchesterem unosił się duch nieodżałowanej ekipy Matta Busby'ego, do którego sukcesów nie nawiązał żaden z jego następców. Ferguson potrzebował zaufania i czasu. Czas otrzymał, bo mimo trudnego początku (pierwszy tytuł mistrzowski w siódmym roku pracy), dostarczył minimum argumentów (Puchar Anglii i Puchar Ligi), żeby mu zaufać. W jego erze Arsenal prowadziło sześciu menadżerów, Chelsea i Manchester City osiemnastu.

Coraz liczniej wydawane jego biografie pokazują go jako choleryka, narwańca o ogromnej sile osobowości i jasno sprecyzowanych celach. Gdy któryś piłkarz wpadł mu w oko nie negocjował z nim, tylko przedstawiał swój punkt widzenia. Nie prosił, a żądał wykonania na boisku swoich założeń, tak jak w typowym zakładzie pracy. Nie bawił się w iluzję demokracji, tylko zaprowadził rządy twardej ręki. Panowanie nad szatnią i permanentne pilnowanie, by żaden z piłkarzy nie wyrósł ponad zespół - to fundamenty wylane pod konstrukcję sukcesu Manchesteru. Na szczyt wwindowała Fergusona szalona determinacja i skuteczność. Uwielbiał gladiatorów z cechami przywódców, takich jak Steve Bruce, Eric Cantona i Roy Keane, uwielbiał takich pracusiów jak Paul Scholes czy Darren Fletcher. Dla lalusiowatych i bezproduktywnych pseudowirtuozów, bo i tacy się pojawiali za jego kadencji, szybko zaczęło brakować miejsca w kadrze Czerwonych Diabłów.

Niech nikogo nie zmyli przyznany mu tytuł szlachecki - 71-letni wkrótce były szkoleniowiec to kawał drania, z którym trudno było wytrzymać, a nie wytrzymali chociażby David Beckham czy Ruud van Nisterlooy. Jego podział na wrogów i przyjaciół (jak przystało na kogoś z najwyższej półki tych pierwszych miał zdecydowanie więcej) był płynny - w poniedziałek rozmawiał z dziennikarzami jak ze starymi kumplami, we wtorek wyzywał od sk... i tym podobnych. W środę pochwalił pracę trenera drużyny rywali, w czwartek kwestionował jego kompetencje. Koszmar przeżywali skrzydłowi Manchesteru, którzy biegali po tej stronie, po której znajdowała się ławka, oraz sędziowie, w przypadku porażki obdarowywani najobrzydliwszymi epitetami.

Nie o to chodzi, że dziesięciokrotny menadżer roku Premier League nienawidził porażek, ale o to, że nie nienawidził porażek dla niego niewytłumaczalnych. Gdy United po raz drugi ulegli Barcelonie w finale Ligi Mistrzów, mówił, że nie ma cienia pretensji do swojej drużyny, o arbitrach nie wspomniał ani słowa - Katalończycy byli po prostu nieosiągalni.

Ferguson, którego sam Jose Mourinho nazywa szefem, stanął na czele pocztu znakomitych szkockich trenerów: Busby'ego, Billa Shankly'ego, Jocka Steina. Czy naprawdę nominacja Davida Moyes'a na jego sukcesora jest taka dziwna? Szkocka myśl trenerska realizowana na angielskich boiskach zawsze była w cenie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.