Facebook Google+ Twitter

Pożegnanie rodziny dziennikarzy oraz ich synka w Katowicach

- Młoda, tragicznie zmarła rodzina uczy nas, że życie jest po prostu kruche. Przemijamy. Wszyscy bez wyjątku - te słowa mogliśmy usłyszeć z ust abp. Wiktora Skworca, który przewodniczył Mszy świętej pogrzebowej dziennikarskiej rodziny.

Katowice, godzina 12:00. Tłum ludzi zmierza wzdłuż ulicy Wita Stwosza. Wszyscy ciemno ubrani, niektórzy z kwiatami w rękach. Nikt nie ma wątpliwości, że zmierzają do Archikatedry Chrystusa Króla, w której za godzinę ma się odbyć ostatnie pożegnanie pary dziennikarskiej, Dariusza Kmiecika i Brygidy Frosztęgi - Kmiecik oraz ich synka Remigiusza, którzy zginęli w ubiegły czwartek pod gruzami kamienicy, w której mieszkali.

Kiedy docieram pod skwer przed świątynią, pierwsze co rzuca mi się w oczy, to nie jej monumentalna budowla, ale migoczący kogut na dachu policyjnego radiowozu stojącego przy przejściu dla pieszych. Przed schodami prowadzącymi do Archikatedry stały trzy karawany - dwa ciemne i jeden jasny. Po schodach w skupieniu wchodzili wszyscy ci, którzy związani byli w jakiś sposób z parą, ich koledzy ze środowiska dziennikarskiego oraz zwykli ludzie, których urzekły reportaże zarówno Brygidy, jak i Dariusza, którzy podziwiali ich dziennikarski talent. Niektórzy wchodzili tylko na chwilę, inni zostawali na całe nabożeństwo żałobne.

Widok trzech trumien - po prawej stronie Dariusza, po lewej Brygidy, a pomiędzy nimi malutka, bielutka trumienka zaledwie dwuletniego Remiczka napawał wszystkich refleksją. Bo przecież w jednej chwili zginęła rodzina, młoda rodzina, która na pewno miała pełno planów na przyszłość. Przed katafalkami znajdowało się zdjęcie całej, szczęśliwej rodziny. I znowu nachodzi pytanie: dlaczego? Przecież zarówno Dariusz, jak i Brygida byli dopiero na początku swojej kariery dziennikarskiej. On pracował w TVNie, ona w konkurencyjnej TVP. Ile czekało ich jeszcze rewelacyjnych materiałów? Ile nagród za swoją pracę mogli jeszcze odebrać? No i Remiś - słodki blondasek, którego życie dopiero się zaczynało, a które zostało przerwane w bezsensowny sposób.

Rodzina uszanowała to, że zarówno Dariusz, jak i Brygida byli osobami publicznymi, toteż zezwoliła na obecność mediów podczas Mszy świętej żałobnej. Jedyne zastrzeżenie jakie miała to takie, aby nie filmowano, ani nie fotografowano sektora, w którym się znajdowała. Tak samo jak odprowadzenie ciał na cmentarz, które miało już prywatny charakter i uczestniczyła w nim tylko rodzina, znajomi oraz oficjalne delegacje państwowe.

Tuż przed Mszą świętą tragicznie zmarli dziennikarze zostali odznaczeni pośmiertnie Złotymi Krzyżami Zasługi, które w imieniu Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej wręczyła rodzinom ofiar Dyrektor Biura Prasowego Kancelarii Prezydenta RP - Joanna Trzaska - Wieczorek. Przy okazji wygłosiła krótkie przemówienie, w którym podkreślała, jak bardzo w tożsamość Kmiecików wpisane były tematy związane ze Śląskiem oraz o tym, że widzowie pokochali ich głównie za to, jakim wartościom byli wierni podczas swojej pracy.

Nabożeństwu przewodniczył metropolita katowicki, arcybiskup Wiktor Skworc. To on wygłosił kazanie, podczas którego niejednemu ze zgromadzonych wiernych zakręciła się łza w oku. "Każda śmierć jest przedwczesna, a co dopiero śmierć młodej rodziny. Ich pełna bólu śmierć nie jest z pozoru bezsensem. Wpatrzeni w krzyż wierzymy jednak, że zaowocuje ona bezkresnym dobrem, o czym się przekonamy po bezkresnej stronie życia" - mogliśmy w nim usłyszeć. "Dariusz, Brygida i mały Remigiusz dają nam wszystkim bezcenną lekcję. W tym naszych świecie porażonym materializmem i kultem przyjemności, goniącym za pięciominutowymi newsami i głodnym sensacji; w świecie zachowującym się jakby, Boga nie było, jakby doczesność miała trwać wiecznie, młoda, tragicznie zmarła rodzina z naszego miasta, wstrząsająco przypomina, że życie jest kruche; przemijamy i zdążamy ku wieczności." - kontynuował. "Umiłowani Składamy Najświętszą Ofiarę. Jest ona nie tylko naszym wołaniem o nadzieję życia wiecznego, ale i dziękczynieniem. Za Dariusza i Brygidę - ludzi wiary, związanych z życiem lokalnego Kościoła; za ludzi prawych przekonanych o wartości rodziny; za ludzi szczerze oddanych swojej pracy, podejmowanej z odwagą, profesjonalizmem i życzliwym zainteresowaniem losami najbardziej wydziedziczonych; za ludzi żyjących Śląskiem i wiernie pokazujących jego sprawy; za dziennikarzy, którzy ukazywali, że dziennikarstwo to nie tyle zawód, co powołanie - misja zmagania o lepszy świat!" - przypominał. "W tym czasie ciężkim jak ołów, kiedy każdy czwartek przypomina tamten dzień 23 października 2014 roku, pragniemy okazać wam naszą solidarność w bólu, pragniemy przynieść dar modlitwy i pocieszenia i złożyć go w sieroce teraz wasze dłonie, tak głodne dotyku córki, syna i wnuka... Niech kojącą będzie dla was, i dla nas wszystkich tu zgromadzonych, świadomość, że Dariusz, Brygida i Remigiusz już nie cierpią, że są - jak ufamy - w ręku Bogu, że w niebie mają wieczny odpoczynek. Praca dziennikarska jest trudna i ogromnie absorbująca - koniec jednego wydania, oznacza początek następnego... Terror ciągłego pośpiechu, żeby zdążyć z materiałem; nieustający stres, także dlatego, że można się narazić różnym możnym tego świata; a bywa, że i dylematy moralne, gdy nosi się w sercu tylu ludzi wraz z niepokojącym nieraz pytaniem: czy kogoś nie skrzywdziłem, czy dobrze zrobiłem, czy można było jeszcze lepiej?" - padło na koniec kazania. Nie da się ukryć, że te słowa przekonały nas wszystkich, że nie umarła para zwyczajnych dziennikarzy, ale takich, dla których liczyła się prawda, a nie pogoń za kolejną sensacją.

Jednak najbardziej wzruszające były mowy pożegnalne brata Dariusza, Krzysztofa, jego przełożonego, Kamila Durczoka oraz redakcyjnego kolegi Brygidy, Tomasza Niecia. "Brakuje mi sił, by wyrazić słowami to, kogo straciłem w życiu. Nie zdążyliśmy zrobić wielu ważnych spraw. Ostatnio brakowało nam czasu, żeby się spotkać w gronie rodzinnym, bo sprawy - i Twoje zawodowe, i moje - nie pozwalały nam się dograć, czego najmocniej żałuję. Dzień przed Twoją tragiczną śmiercią gadaliśmy ponad 30 minut, ale przez komórkę, której rano już nie odebrałeś." - mówił w liście do brata Krzysztof. "Kochana szwagierko, byłaś dla mojego brata najważniejszą osobą. Pamiętam jak spotykaliśmy się zawszę, a on zawszę mówił: wychodzimy Brydka, albo oni muszą już iść. Również jak dzwoniłem do ciebie z jakimś problemem, nigdy nie odrzuciłaś, doradziłaś i wsparłaś" - wspominał szwagierkę. Jednak najbardziej wzruszające wspomnienia dotyczyły małego Remigiusza - "Kochany Remku. Jeszcze tydzień temu przyjechałem odebrać cię ze żłobka. Nie chciałeś, jak ty to mówiłeś, wsiadać do opla. Chciałem cię przekupić babeczką. Byłeś i jesteś naszym oczkiem w głowie dla dziadków i Jacka. Jak na dwa latka byłeś wyjątkowym dzieckiem. Umiałeś tak pięknie mówić i stawałeś się z dnia na dzień coraz bardziej samodzielny. Byłeś i jesteś takim małym słodziakiem".

"Brydziu, wiesz, jest kilka niedokończonych rozmów, to jak sprawa czy z oczami Remika pomylił się lekarz, czy też nie. Wiesz, nigdy tego nie mówiłem, ale tylko ty tak potrafiłaś podejść do człowieka i od razu się otwierał. Darku, wiesz, nigdy tego nie mówiłem, jednak wszyscy ci zazdrościli i wszyscy cię podziwiali. I ja też. Brydziu, kto teraz będzie rozmawiać z ludźmi, z którymi nikt inny porozmawiać nie miał ochoty?" - zastanawiał się Tomasz Nieć.

"Osiem lat temu przyszedł do nas, do redakcji, młody chłopak. Po trzech dniach wszyscy myśleli, że on jest z nami od zawsze. Potem nasza (redakcyjna) rodzina powiększyła się o jego rodzinę – wypiliśmy weselną wódkę i cieszyliśmy się, że postanowili spędzić resztę życia razem. „Ładnie się życie układało”. – taki tytuł nosi jeden z reportaży Brygidy. Darek na drugie imię miał perfekcyjność. Jego Perfekcyjność Dariusz Kmiecik. Tych drugich imion było więcej: sumienność, pracowitość, punktualność, sympatia, otwartość, radość, a przede wszystkim skromność" - wyliczał cechy swojego podwładnego Kamil Durczok. - "Nie było ci łatwo w tej robocie. Ty chyba najczęściej z nas wszystkich z redakcji musiałeś oswajać nas ze śmiercią. Nie oswoiłeś nas ze swoją śmiercią - dodał po chwili. - "Cała nasz Faktowa rodzina obiecuje ci, że będzie się w twoim imieniu buntować. Buntować w tych wszystkich sprawach, których nie zdążyłeś dokończyć" - obiecał na koniec redaktor "Faktów".

W blaskach popołudniowego słońca oraz przy biciu dzwonów trzy trumny zostały wyniesione z archikatedry i załadowane do karawanów. Na ulicy stały autobusy, które zawiozły żałobników na cmentarz komunalny. Kiedy karawany jeszcze stały na placu przed świątynią wiele osób podchodziło i zaglądało przez okna, tak, jakby chcieli powtórzyć osobiście ostatnie słowa Kamila Durczoka wypowiedziane gwarą śląską - "Co ja mam Ci chopie powiedzieć? Wahuj nos tam na wirchu wszystkich, szykuj się tam, aż przyjdymy i paczta jako Darek, paczta jako chopie".

Przypomnijmy, rodzina Kmiecików zginęła w wybuchu kamienicy, do którego doszło w ubiegły czwartek, 23 października, przed 5 rano. W budynku z 1912 roku zameldowanych było 25 osób, 22 z nich ocalały. Poszukiwania rodziny trwały do późnych godzin nocnych, do końca wszyscy mieli nadzieję, że odnajdą się żywi. Niestety, tego samego dnia przed północą strażacy znaleźli w gruzach ciała zaginionych. Trzyosobowa rodzina była jedyną ofiarą tej tragedii. Pięć innych osób trafiły do szpitali, jedna znajduje się w ciężkim stanie w Siemianowickim Centrum Leczenia Oparzeń. Budynek jest aktualnie w stanie rozbiórki, a poszkodowani otrzymają od miasta lokale zastępcze i wypłatę zasiłków. Przyczyny tragedii jaka rozegrała się w czwartkowy poranek nie są znane do dzisiaj.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.