Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

93259 miejsce

Poznańskie Electronic Beats nie zawiodło

Ubiegły piątek w Poznaniu, na gigantycznych przestrzeniach Międzynarodowych Targów Poznańskich, był momentem spotkania z ważnymi nurtami alternatywy: elektronicznym popem, eksperymentującym rapem i potężnym berlińskim techno.

Cztery koncerty w jedną noc, i to grane głównie przez najgorętszych artystów, to aż nadto - okazało się, że nieobecność A-Traka, sytuacja nieprzewidziana przez organizatorów, nie wpłynęła na odbiór wydarzenia tak, jakby się wydawało. Międzynarodowi goście zrekompensowali nam to aż nadto.

Zaczęło się od koncertu białostockiej grupy Vshood z Miss God na mikrofonie - nie do końca przypadł mi do gustu ten występ, chociaż DJskie umiejętności dwóch panów za konsolami stały na wysokim poziomie. Mimo wszystko mieszanka drum n'bassu i dubów, którą nam zaaplikowali, popsuta została pretensjonalnym wokalem artystki, którą zaprosili do współpracy. Wydaje się, że bez tego sentymentalnego elementu byłby to po prostu rzetelny popis połamanych brzmień, o jaki w Polsce nie jest łatwo.

Hundreds z kolei świetnie wybrnęli ze swojego zadania: subtelny głos Evy, kompletnie bezpretensjonalny, miły popowy wokal pasuje jak ulał do dość minimalnej oprawy muzycznej, którą zajmuje się jej brat, Philipp. Cały koncert dawał wrażenie trudnej do osiągnięcia harmonii i prostoty, sięgając po dość proste narzędzia: pianino i elektroniczne bity, doprawione sporadycznie perkusją, w tym bębnieniem Evy. Dynamika i dramaturgia utworów przechodziła czasem w gęste popisy minimalistycznej elektroniki, ocierającej się o minimal techno, zgrabne punkty kulminacyjne. I do tego tańce bosej wokalistki, urocze.

Dizzee Rascal, weteran już niemalże alternatywnej sceny, prezentowany był jako wydarzenie kluczowe tego wieczora - z resztą wyszedł na scenę z odpowiednim do tego animuszem, wspierany jeszcze towarzystwem trzech innych panów: DJa i dwóch wokalistów/raperów. Przywiózł polskiej publiczności swój nowy materiał, który, jak nie omieszkał zaznaczyć, grał właśnie po raz pierwszy w Europie w ogóle na żywo. Niezaprzeczalna gratka. Ale już sam efekt nowych wysiłków i poszukiwań Brytyjczyka, do którego mam wielki sentyment, i to jeszcze taki sprzed "Bonkers", pozostawił więcej znaków zapytania niż entuzjastycznych potwierdzeń, że ten facet dobrze kombinuje. Jego premierowe kawałki tak mocno nawiązują do lat 90-tych, że trudno jest wyczuć ten podziemny brud i niepokorność, jakimi kiedyś świetnie żonglował. Zamiast tego zapanowały wypolerowane popy i disco w stylu Mr President i niebywałe, po prostu niewiarygodne wokale MC, którego imienia nie pomnę, brzmiące jak damskie zawodzenia doskonale w stylu tamtych lat. Nie dość, że teksty miałkie (chyba najbardziej żenujący był ten: "I fuc**ng love this town" wkomponowany w sentymentalnie popowo-elektroniczną potańcówkę), to jeszcze ich oprawa daleka od oczekiwań. Wydaje się, że wraz z rozstaniem z trudnymi realiami Londynu nastało też pożegnanie z bardziej grime'ową estetyką, nowoczesnym weltshmerzem i oporem. No nie Dizzee, nie tak miało być. Pozostaje liczyć na to, że płyta wcale nie zabrzmi aż tak tandetnie.



Zwieńczeniem wieczoru był około dwugodzinny popis światła i dźwięku, ubogacony elementem bity na poduszki, Modeselektora. Trudno opisać to, czego tych dwóch panów dokonało: zaserwowali nam jednak tak doskonały, skondensowany, spójny set, że tylko najgorszy malkontent mógłby wciąż rozpamiętywać nieobecność A-Traka. Modeselektor z pełnym przekonaniem i lekkością zarazem podeszli do swojego zadania: zaopatrzeni w dwa niesymetryczne ekrany i całą masę ciekawych wizualizacji (to naprawdę trzeba było zobaczyć, ale o jednym zapewniam - małp nie brakło), które wyśmienicie wpisywały się w treść muzyczną, pogrążyli publiczność na długą chwilę w prawdziwym amoku techno. Nie zabrakło zabójczego "Evil Twin", świetnego przykładu na dobre, ciemne, taneczne techno, monotonnego "Black Block", ślicznego elektro w postaci "Berlin", którym zamknęli koncert, czy hipnotyzującej przejażdżki - "Art and Cash". No i bitwa na poduszki, całkiem udana. Potwierdza się znów rzecz oczywista: Berlin stolicą światowej elektroniki.


A ja już trzymam kciuki za równie udaną kolejną edycję Electronic Beats. Może w Lublinie?;)

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.