Facebook Google+ Twitter

Prawdziwe oblicze Ameryki: dzika przyroda, Las Vegas i mormoni

  • Autor usunął profil

  • Data dodania: 2007-05-29 08:39

- Stany Zjednoczone to nie tylko wielkie wieżowce - mówi pan Alek. - Pokażę wam prawdziwą Amerykę, poczujecie smak Dzikiego Zachodu, a do domu wrócicie skonani. Na pewno nie odpoczniecie na tej wycieczce, zapewniam.

 / Fot. T. KaliszewiczJest piąta rano. Pod chicagowskim biurem podróży zbiera się coraz więcej ludzi. Jackowo – dzielnica zamieszkana przez polską emigrację – też już od dawna tętni życiem. Jedni wracają z pracy, inni do niej jadą. Mężczyźni przeważnie na budowę lub do fabryk, kobiety do sprzątania i opieki nad dziećmi. Tak jest siedem dni w tygodniu, bo taki też jest cykl życia emigrantów. Praca jest podstawą.

Tymczasem pod siedzibą biura podróży stoją już wszyscy uczestnicy wycieczki – 8 osób. Są to Polacy, których los przywiódł aż za ocean. Jedni mieszkają tu na stałe, inni przyjechali do pracy. Ale wszyscy chcą zobaczyć Amerykę – tę prawdziwą.

Punktualnie zjawia się nasz przewodnik – Alojzy Dakowicz. Podjeżdża dużym, świeżo wymytym Fordem Transitem. Na powitanie rzuca: „na pewno nie odpoczniecie na tej wycieczce”. Wszyscy odbierają to jako żart.

Człowiek pasja

Alojzy Dakowicz, pięćdziesięcioletni zgarbiony mężczyzna, w USA mieszka od dwudziestu lat. Wcześniej mieszkał gdzieś w białostockiem, pracując za biurkiem jako zwykły urzędnik – Do Stanów miałem przylecieć na kilka miesięcy. Ładne kilka miesięcy się z tego zrobiło! – wspomina pan Alojzy. Większość swojego życia spędził na Dzikim Zachodzie. W biurze uchodzi za specjalistę od tych rejonów, nikt nie wątpi w jego profesjonalizm. Jeździ z wycieczkami także na Florydę, do Nowej Anglii, na Hawaje, zdarzało się tez mu być na Alasce.

Trasa wycieczki liczy 10 tys. kilometrów. Na panu Alojzym nie robi to większego wrażenia. – Zdarzały się trasy, kiedy przejeżdżałem trzy razy tyle.
Jego rola nie sprowadza się tylko do bycia przewodnikiem. Oprócz tego na wycieczce pełni rolę kierowcy, a niekiedy i mechanika. Ze względów bezpieczeństwa szef zabronił mu opowiadania podczas jazdy. Ma się skoncentrować tylko na drodze. Jednak niezwykły talent gawędziarski pana Alka nie pozwala mu pozostawać długo w milczeniu. Po dwóch godzinach jazdy wydaje się, że już zapomniał o nakazie szefa.

Pomarańczowo w oczach

Zmierzając na Dziki Zachód przejeżdżamy przez Iowę i Nebraskę – prowincjonalne stany USA. Życie toczy się tutaj w wolniejszym tempie, niż w wielkich aglomeracjach – co nie znaczy, że jest mniej interesujące. Sposobem na życie jest tu muzyka country. Country króluje wszędzie – słyszymy ją w przydrożnym sklepie, w barze, a przede wszystkim w lokalnych stacjach radiowych.

Po drodze mijamy wielkie i cuchnące fermy. Aż pomarańczowo robi się w oczach od tysięcy sztuk bydła. Niektórzy pierwszy raz widzą tak gigantyczne uprawy kukurydzy, pszenicy i kapusty. – To nie Polska, tutaj nie ma takiego rozdrobnienia gospodarstw – mówi pan Alek. - Jeśli jakiś farmer będzie miał nawet 50 hektarów upraw, to zostanie szybko zmieciony z rynku.

Za oknem ulewa w stylu amerykańskim. W Polsce tylko raz widziałem takie wyładowania atmosferyczne – tutaj zdarza się to dosyć często. Mamy wrażenie, że za chwilę nasz samochód zostanie zdmuchnięty przez wiatr. Na szczęście jest to złudne wrażenie.

Colorado całe w złocie

To zadziwiające, jak w ciągu niewielkiego czasu może całkowicie zmienić się krajobraz. Przed chwilą byliśmy wśród łanów zbóż, teraz stoimy na szczycie gór Skalistych, gdzie rzucamy się śniegiem.

Z samych szczytów gór patrzą na nas domki, do których zimą można dostać się tylko za pomocą silnego samochodu terenowego. Linia energetyczna tam nie dochodzi, o telefonie stacjonarnym i internecie można zapomnieć. – O to chyba chodzi właścicielom tych domków. Na urlopie chcą być z dala od tego szalonego miejskiego życia – twierdzi pan Alojzy.

Podążamy wśród wielkich Gór Skalistych. Na skałach położonych tuż przy autostradzie rozwieszone są siatki, aby odłamki nie uszkadzały samochodów. Firmy ubezpieczeniowe nie nadążałyby z płaceniem odszkodowań. Cały czas widzimy działalność poszukiwaczy złota, kruszących skały w nadziei na szybkie bogactwo. – Większość złota została już wydobyta – opowiada przewodnik. – Ale kto wie, ile złota mieści się w tych wszystkich skałach? – zastanawia się. Jednak pozwolenia na szukanie złota, i co za tym idzie na kruszenie skał, są limitowane. Gdyby nie to, nie byłoby już gór.

U Carringtonów w mieście

 / Fot. T. KaliszewiczWjeżdżamy do Denver. Kobieca część wycieczki już na samą nazwę Denver reaguje żywiołowo. – Nałogowo oglądałam kiedyś Dynastię – opowiada pani Aleksandra, 45-letnia opiekunka do dzieci z Chicago. – Będę mogła teraz być w samym centrum przygód rodu Carringtonów – śmieje się. Obok nas głośna grupa Niemców zachwyca się miastem. – Tutejsza komunikacja miejska jest całkowicie darmowa, więc jest to dla nich raj – żartuje pan Alek. Rzeczywiście, jest to ewenement w całych Stanach Zjednoczonych – komunikacja miejska w całości jest finansowana przez miasto.
Wśród biegających beztrosko dzikich wiewiórek robimy sesję zdjęciową.

Mormoni werbują

Gigantyczna tablica z wizerunkiem skoczka narciarskiego wita nas w stanie Utah. Wita także doskwierający upał, który od tej pory będzie naszym nieodłącznym towarzyszem. Utah to bardzo specyficzny stan. To 70 proc. powierzchni Polski, a mieszka tutaj tylko 2,2 mln ludzi. Większość osiedliła się wokół Salt Lake City – gospodarza ostatnich Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Nie występuje tam problem suszy, na co skazani są mieszkańcy prowincji. Na odludziach mieszkają jednostki – z reguły zapaleni miłośnicy Dzikiego Zachodu.

 / Fot. T. KaliszewiczUtah jest światową kolebką mormonów. 70 proc. ludności stanu, to wyznawcy tej specyficznej sekty. Można dowiedzieć się od nich, że „diabeł jest bratem Jezusa”, oraz, że „ludzie są bogami, którzy zstąpili na ziemię”. Mężczyzna może mieć kilka żon, co nie znaczy, że wszyscy praktykują wielożeństwo. Mimo zakazu bigamii w USA, około 25 tys. mormonów posiada więcej niż jedną żonę. Często natykamy się na grupki kobiet w chustach – jak się okazuje są to żony ważnego mormona.
– Oczywiście najwięcej do powiedzenia ma najstarsza z żon – mówi pan Alek. Rolę duchownych mormońskich spełniają misjonarze, którzy przez dwa lata mają obowiązek nauczania o swojej wierze. W praktyce pod słowem „nauczanie” kryje się werbowanie w szeregi sekty.
W każdym zakątku świata mormoni posiadają swoich misjonarzy, którzy dbają o pozyskiwanie nowych członków. Zawsze są schludnie ubrani, mówią w lokalnym języku i proponują rozmowę o Bogu. Tak jest i w Polsce, gdzie mieszka 700 mormonów. Wszyscy wyznawcy na świecie mają obowiązek zachowania czystości ciała i umysłu – nie palą tytoniu, nie piją alkoholu, kawy i herbaty. Każdy musi przekazywać 10 proc. swoich dochodów na rzecz kościoła. Są najbogatszą sektą na świecie. Sekta mormońska posiada liczne hotele, kopalnie, przedsiębiorstwa oraz wydawnictwa. – Mają duży wpływ na politykę – mówi pan Alojzy. – Od 1945 r. w każdym rządzie USA posiadają swojego ministra.

Mkniemy autostradą przystosowaną do lądowania samolotów oraz do bicia światowych rekordów szybkości. Ford zatankowany jest do pełna, a wszyscy uzbrojeni są w zapasy wody. Przez kilkaset mil nie będzie żadnego sklepu, ani stacji benzynowej. Dookoła pustynia, porośnięta gdzieniegdzie kępkami traw. W oddali piaskowe, pomarańczowe wzniesienia. Uczestnicy wycieczki doświadczają zjawiska fatamorgana – co jakiś czas ktoś z grupy widzi jakieś wyimaginowane rzeczy.

Jesteśmy w Parku Narodowym Skalnych Łuków. Obok mormonów, jest to symbol stanu Utah. Każdy samochód zarejestrowany w Utah, na tablicach ma symbol łuku. Susza nie tylko nam daje się we znaki. Stoimy obok szerokiego koryta rzecznego, gdzie kilkadziesiąt lat temu płynęła rzeka. Teraz jest sam piasek.

Polak, Indianin – dwa bratanki

Co kilka mil mijamy malutkie domki, przypominające baraki. Na podwórku stoi z reguły jakieś stare, zardzewiałe auto – najczęściej dwudziestokilkuletni Cadillac albo Jeep. Bez auta – tak samo jak bez wody – nie można tutaj normalnie funkcjonować. Wszędzie jest daleko, nawet do sklepu trzeba przejechać kilkanaście mil.

 / Fot. T. KaliszewiczPrzez cały dzień zachwycamy się westernową scenerią Dzikiego Zachodu. Chodzimy po terenach Monument Valley, miejsca najbardziej znanego na Dzikim Zachodzie. To tutaj reżyserzy westernów kręcili swoje największe dzieła, a znane koncerny nagrywały swoje reklamy. Przede wszystkim jednak rozgrywała się tutaj historia – przed kilkuset laty kowboje walczyli tu z Indianami (i na odwrót), a dyliżanse padały łupem rabusiów.

Zatrzymujemy się w przydrożnych budkach, gdzie Indianie sprzedają wyroby swojego rzemiosła artystycznego. Coś podobnego jak polskie targowiska. Ruch jest bardzo mały, jesteśmy jedynymi turystami, więc od razu budzimy zainteresowanie. Siedzący Indianin od razu rozpoznaje, że jesteśmy Polakami i mówi kilka zdań w naszym języku. Bo Indianie Polaków bardzo cenią. Głównie za sprawą polskiego rzeźbiarza Korczaka-Ziółkowskiego, który w Południowej Dakocie przez całe swoje życie rzeźbił posąg Crazy Horse’a – wodza indiańskiego. Rzeźbił przez cały czas – zmagając się przy tym z kłopotami finansowymi, wypadkami, upałami, a na końcu ze swoją chorobą. Rzeźbiarz dwukrotnie odmówił wysokich dotacji budżetowych, licząc, że pomnik powstanie wyłącznie z datków ludzi. Ciężką misję ojca postanowili dokończyć synowie – budowa pomnika trwa już ponad 50 lat. Końca jeszcze nie widać.

Rozmawiając z Indianami można odnieść wrażenie, że są smutni. – Nie mają żadnego powodu do zadowolenia – tłumaczy przewodnik. – Jako pierwotni mieszkańcy Ameryki dostają bardzo małą zapomogę. Szansę na dofinansowanie mają jednak tylko ci, którzy mieszkają w rezerwatach. A tam warunki życia, jak na XXI wiek są okropne. Mieszkają w blaszanych kontenerach, gdzie można tylko pomarzyć o bieżącej wodzie czy energii elektrycznej. Indianie bardzo chronią swojej prywatności w rezerwacie. Posiadają tam własne prawa, które muszą być respektowane. Mają swoją policję, która ma prawo strzelać do każdego, kto wtargnie na teren rezerwatu.

1000 dolarów za gram

Najnowocześniejszy system kamer, ukryty w skałach śledzi każdy nasz ruch. Jesteśmy w Parku Narodowym Skamieniałego Lasu, gdzie najstarsze szczątki drzew pochodzą sprzed 160 milionów lat. Nic więc dziwnego, że park jest tak chroniony. – Jeżeli ktoś zdecyduje się zabrać chociaż najmniejszą część eksponatu, to za taką przyjemność zapłaci dotkliwą karę – ostrzega nas strażnik w kowbojskim kapeluszu. A kara jest odstraszająca – 1000 dolarów za 1 gram. Przechadzamy się po skamieniałym lesie. Patrząc na dobrze zachowane eksponaty, dopiero wtedy można uświadomić sobie, że życie ludzkie to tylko moment. Jak jedna sekunda.

Podróżujemy jak zwykle doskonałej jakości drogą. Obok nas gigantyczne wąwozy, a w nich wraki samochodów, które wypadły z drogi. Belki ochronne są tylko na zakrętach. Trzeba mieć sporo wprawy, by poruszać się po tych terenach. Przewodnik radzi, aby w górach jak najmniej używać hamulców, bo szybko ścierają się klocki. – Najlepiej hamować silnikiem, przerzucając na niższy bieg. Bo kiedy naprawdę będziemy potrzebowali hamulca, może okazać się, że już go nie mamy – mówi pan Alojzy.

 / Fot. T. KaliszewiczZ Japończykami o Wielkim Kanionie

Jesteśmy w kinie, za chwilę zacznie się pokaz filmu o Wielkim Kanionie. W czasie projekcji wielokrotnie odchylam głowę, mam wrażenie, że zaraz uderzę głową o skałę. Albo że orzeł swoim dziobem wbije się w moją twarz. Na szczęście to iluzja, stworzona przez niezwykle realistycznie nakręcony film. Po żywych ruchach siedzących obok mnie Japończyków, domyślam się, że nie tylko ja padłem ofiarą iluzji. Teraz czas skonfrontować wrażenia filmowe, z rzeczywistością.

Idziemy dwa kilometry wzdłuż Kanionu. Dochodzimy do najwyższego punktu obserwacyjnego. Już wyżej nie można. Na samym dole zauważamy malutki punkcik – jak się później okazuje jest to schronisko. Prowadzi go kilka osób, którzy mieszkają tam na stałe. My jednak nie schodzimy na dół. – Nie mamy czasu – tłumaczy pan Alojzy. – Na zejście i powrót potrzebne są dwa dni. Jeszcze mamy sporo do zobaczenia. Niektórzy turyści bagatelizują Kanion. Schodzą na dół zupełnie nieprzygotowani, tak jakby szli na spacer. – Właśnie dlatego w Kanionie ginie rocznie ok. 5 osób – mówi nam przewodnik. – Widząc, że grupa z przewodnikiem poszła na dół, nieprzygotowani ludzie postanawiają iść za nimi. Szybko jednak tracą ich z oczu, a sami błądzą. I wtedy nieszczęście gotowe – ostrzega.

Wszyscy podziwiają przyrodę Kanionu. Na samym dole płynie rzeka, która w rzeczywistości ma 300 metrów szerokości. Z góry wygląda to jak mała kałuża. Takie są uroki tego cudu przyrody. I chyba to przyciąga turystów z całego świata. Słyszymy plątaninę języków, oczywiście języka polskiego też nie może zabraknąć – napotykamy rodaków z Krakowa. Obok nas stoją Francuzi, a jeszcze dalej grupka kobiet w chustach, czyli żony ważnego mormona.

W piekarniku Ameryki

Na stacji benzynowej o pierwszej po południu wychodzimy z samochodu. Temperatura jak na lipiec normalna – 50 st. C. Wszyscy o tej porze siedzą w budynkach, na podwórku widać tylko nielicznych. Jedziemy do Las Vegas, do miasta w którym wzbogaciło się, ale też i zbankrutowało wielu ludzi. Z tym, że więcej jest tych ostatnich.

To, czego prawo zabrania w innych stanach, w Nevadzie jest dozwolone. Na ulicy można pić alkohol, prostytucja jest dozwolona, a hazard jest niemal zalecany. Trudno się temu dziwić - w hrabstwie Clark, gdzie leży Las Vegas zarejestrowanych jest 1271 kasyn. Wszystkie wabią żądnych wrażeń turystów, jak się okazuje z dobrym skutkiem. Nas też zwabili. Z wygraną 3 dolarów, a ze stratą 5, wychodzę z kasyna. Reszta grupy wciągnęła się na dobre.

Jest dziewiąta wieczorem. Miasto powoli budzi się do życia, choć największe oblężenie przeżywa około północy. Na ulicach tworzą się korki, a chodniki w całości zapełnione są turystami. Kiczowate w dzień miasto, w nocy przeradza się w stolicę światowej rozrywki.

Idę przez główną ulicę Las Vegas. Mimo że zapadł już zmrok, to temperatura nie schodzi poniżej 45 st. C. Stojące na ulicach spryskiwacze z lecącą lodowatą parą, chociaż na chwilę ochładzają przechodniów. Na ulicach obcokrajowcy (najczęściej imigranci z krajów afrykańskich) „naganiają” turystów do pobliskich klubów nocnych i agencji towarzyskich. Z pobliskich kasyn dobiega charakterystyczny dźwięk lecących monet. Las Vegas nigdy nie zasypia.

Wieżowce to tylko dodatek

Wracamy wreszcie do Chicago. Zmęczeni nieprzespanymi nocami, opaleni słońcem Dzikiego Zachodu i marzący, aby położyć się w swoim łóżku. Jednocześnie z bagażem nowych doświadczeń, których próżno szukać w poradnikach. Zobaczyliśmy prawdziwą Amerykę – zupełnie inną od lansowanego w mediach stereotypu. Wieżowce i wielkie miasta to tylko dodatek do pięknej i dzikiej przyrody. Pan Alojzy miał rację – nie odpoczęliśmy. I o to chodziło.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (12):

Sortuj komentarze:

"wszyscy" tzn. po prostu wszyscy.

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 30.05.2007 22:15

Dziękowałem wszystkim za pozytywne komentarze, mówiąc inaczej - tej części, której spodobał się mój tekst i która wyraziła to pozytywnym słowem.

Komentarz został ukrytyrozwiń

moj nie był pozytywny:>

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 30.05.2007 17:26

Dziękuję wszystkim za pozytywne komentarze.

Komentarz został ukrytyrozwiń

już skomentowałam

Komentarz został ukrytyrozwiń

byłam w Stanach, Arizonie, Nevadzie,Las Vegas, Kalifornii itd, więc nie skupię się na zazdroszczeniu.
Za to styl opiwieści nie zaciekawił mnie.
Piszesz, że zobacyzłeś amerykę daleką od sprzedawanych nam stereotypów, tymczasem sam je w tym pisaniu powielasz.
cóż to za odkrywcze stwierdzenie, że Las Vegas nigdy nie zasypia, pffff
jak ma zasnąć, skoro żyje nocą?:>

albo sformułowanie:"Wszyscy podziwiają przyrodę Kanionu."
Sory stary, ale lepiej średnio zdolny gimnazjalista by to ujął.

słowem
banał.

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 30.05.2007 09:58

(+) Takiego debiutu tutaj mozna tylko pozazdroscic... Gratuluje!

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 29.05.2007 18:35

świetne. chociaz juz wczesniej wiedzialem ze ameryka to nie tylko wiezowce. Juz od roku planuje sie wybrac.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Bardzo dobrze napisane, czuję lekki niedosyt;-) plusik

Komentarz został ukrytyrozwiń

Bardzo lubię dobre reportaże, a ten właśnie do takich zaliczam. Prawdziwa panorama Ameryki: duże odległości bez sklepów, darmowa komunikacja w Denver, ,,światowe" Las Vegas, można by jeszcze długo wymieniać, ale lepiej po prostu przeczytać!!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.