Święta Bożego Narodzenia. Na plaży, w lesie, czy przed telewizorem? Gdzie spędzić święta i jak dostrzec w nich przesłanie. Z ojcem Wacławem Oszajcą, jezuitą, rozmawia Marcin Żebrowski.
Czy kupił już ojciec dwumetrową jodłę kaukaską?
- Nie. Moje mieszkanie nie jest aż tak duże. 
A prezenty? Czy ma już ojciec prezenty dla wszystkich bliskich?
- Nigdy nie przywiązywałem wagi do prezentów. Tak zresztą byłem wychowany.
To chyba nie jest ojciec najlepiej przygotowany do świąt...
-
Prezenty, choinka, stół, zastawa... Czy z tym powinny kojarzyć się
święta? To zależy od nas. Jeśli ktoś tylko w ten sposób, ograniczając
się do zewnętrznych oznak, potrafi świętować, to niech i tak będzie.
Nie mogę mieć do niego pretensji. Natomiast ja świętuję trochę inaczej.
Dla mnie istotą tych dni są inne rzeczy. Nie oznacza to jednak, że to
co towarzyszy świętom na zewnątrz jest nieważne. U nas w domu zakonnym
oczywiście też jest choinka. I my też musieliśmy zorganizować wielkie
sprzątanie z myciem okien włącznie. Tak jest w każdym innym domu i to
też ogromnie ważny element świąt. Wspólne przygotowania budują przecież
atmosferę wspólnego świętowania. Poza tym, nie dzieliłbym przygotowań
na zewnętrzne i wewnętrzne, tak samo, jak człowieka nie da się
podzielić. Nie można po prostu odłączyć duszy od ciała i postawić obok
siebie. Wydaje mi się, że najważniejsze jest, aby zrozumieć, że
wszystkie przygotowania, a także nasze rodzinne świętowanie, będą miały
taki charakter, jaki im sami nadamy. Święta mogą być niezwykle trudnym
i żmudnym obowiązkiem, ale mogą też być okresem wypełnionym miłością i
przyjaźnią. Wszystko zależy od nas, a nie od tego co dzieje się za
oknem, albo co było wczoraj. To my decydujemy, jak przeżyć święta.
Po wigilii ktoś na pewno sięgnie po pilota, a ktoś powie: przecież nie
będziesz w święta oglądał telewizji... W końcu i tak rodzina wyląduje
na kanapie z programem w ręku. Czy to znaczy, że źle przeżyje święta?
-
Nie chcę nikomu dyktować, jak ma przeżywać święta. To powinna być
indywidualna sprawa, która wynika z osobistych przemyśleń, doświadczeń,
pragnień wypływających z głębi. Nie można tego narzucać, z góry
określać i następnie egzekwować. To nie ma sensu. Jeśli ktoś ma ochotę
oglądać telewizję w czasie świąt, to niech ogląda. Jak chce czytać
gazetę, to niech czyta... Ktoś może czeka na święta, żeby przeczytać w
końcu dawno kupioną książkę... Wszystko zależy od tego, co człowiek
chce w święta osiągnąć. Czy te dni mają być prawdziwym okresem
wytchnienia, radowania się i skupienia na przeżywaniu tego co
wspominamy, czy mają być po prostu kolejnym dniem wolnym od pracy.
Musimy zaakceptować, że każdy ma swój osobisty sposób przeżywania
świąt. Nie można z tym walczyć. Ktoś będzie chciał siedzieć przed
telewizorem, ktoś będzie zachęcał rodzinę do pójścia na spacer do lasu,
ktoś inny wybierze się na narty... aha, śniegu nie ma! No to można
pójść na wycieczkę nad morze, na spacer po plaży. I to jest normalne.
Rzecz w tym, aby to wszystko połączyć z prawdziwym sensem świąt, czyli
wspomnianym radowaniem się, refleksją i miłością.
W jaki sposób dotrzeć do głębi świąt na plaży?
-
W każdej sytuacji warto się starać osiągnąć ten cel. Nad morzem na
przykład możemy próbować dostrzec miłość Boga. Chodząc po stałym lądzie
czujemy się pewnie. Patrząc na wodę możemy czuć zagrożenie. Wystarczy
sobie wyobrazić, że jesteśmy w łodzi na środku morza... Wówczas łatwiej
nam dostrzec Boga chrześcijan. Czyli takiego, który nie "wisi" nad
światem, patrząc na wszystko z wysokiego nieba, ale takiego, który
przyszedł do nas, stał się człowiekiem, narodził się w Betlejem i nigdy
od nas nie odszedł. Nie zostawił nas samymi, mimo że czasami staraliśmy
się i staramy się, żeby Boga od nas wyeksmitować.
Przegapiłem
adwent, nie chodziłem na roraty, zapomniałem o rekolekcjach... Mam
jeszcze kilkanaście godzin do wigilii. Czy mogę to naprawić i
przygotować się duchowo do Bożego Narodzenia?
- Jeśli nie
przywiązywaliśmy wagi do duchowego przygotowania, jeśli nie było ono
dla nas na tyle ważne, aby poświęcić na to czas, ale mimo wszystko
jesteśmy tego świadomi, to jest to znak, że czas nad tym popracować.
Nie powinniśmy się z tego powodu na siebie, albo na cały świat obrażać
uznając, że święta są już stracone. Powinniśmy to odebrać, jako sygnał,
który mówi nam, że coś w swoim życiu zatraciliśmy. Niestety nie da się
tego naprawić pstryknięciem palców, krótką modlitwą, albo wylewnym
przełamaniem się opłatkiem z najbliższymi. Powinniśmy spróbować
pracować nad małymi krokami.
Czyli powinniśmy sobie postawić za zadanie lepsze przygotowanie do kolejnych świąt?
-
Nie można tego aż tak odwlekać. Powinniśmy zacząć się zmieniać od razu,
od momentu, w którym dotrze do nas, że coś z przeżywaniem świąt jest
nie tak. Zacznijmy na przykład od sposobu traktowania w czasie świąt
naszych bliskich. Spróbujmy sami budować atmosferę, jaką chcielibyśmy
mieć w czasie świąt, a nie czekajmy, aż ktoś zrobi to za nas. Potem,
powoli wychodźmy ze zmianami coraz dalej, tak aby święta były czasem
rzeczywiście uświęconym.
Zobacz także:
Katowice - Straż Pożarna zaprasza
(odsłon: +633)