Facebook Google+ Twitter

Prawie jak polityka...

Rzecz o tym, jak przestrzeń politycznego dyskursu zostaje zasiedlana przez duchy, upiory i strzygi

Kiedy tydzień temu tygodnik „Newsweek” porównał Jarosława Kaczyńskiego do Władimira Putina w mediach zawrzało. W programie Tomasza Lisa roztrzęsiony Rafał Ziemkiewicz przekonywał rozgorączkowanego Stefana Niesiołowskiego, że nie ma się czym emocjonować. Dostojny Senator Putra (charakterystyczne złożenie dłoni „w piramidkę”, mające przekonać audytorium o buddyjskim spokoju wypełniającym prawe i sprawiedliwe przestrzenie senatorskiej psyche) łagodnie wyjaśniał, że nie ma się czego bać. Jarosław Kaczyński nie jest potworem, nie zamierza ograniczać reguł demokracji. Jarosław Kaczyński ma wizję, która – by zacytować niezastąpionego Michała Karnowskiego (opisywałem jego przypadek w jednym z poprzednich felietonów) – może wydawać się „chropawa”, jednak jest słuszna, sprawiedliwa i jedyna...

Zgadzam się, że porównywanie Kaczyńskiego do Putina to lekkie przegięcie. Nadal żyjemy w kraju demokratycznym – mamy niezależną prasę, przestrzeń publicznej debaty zdrowo nam się zróżnicowała (być może to jedyny dobry skutek rządów PiS), nikt za przekonania nie zamyka ludzi do więzień. Z drugiej jednak strony staram się zrozumieć przesłanki, które skłoniły redaktorów „Newsweeka” do tego typu porównań...

Grupa prawicowych publicystów często posiłkuje się tezą, że rządy PiS-u to zbawcza odtrutka na światopoglądowy autorytaryzm IIIRP, który został wykreowany przez łże-elity związane ze środowiskiem „Gazety Wyborczej”. Taka teza pozwala im usprawiedliwić najbardziej bzdurne posunięcia rządu (i związanych z nim mediów). Tłumaczą to tak: skoro wcześniej przeginano w kierunku ideologii związanej z hasłami równouprawnienia, multikulturowości, feminizmu, liberalizmu, politycznej poprawności, to teraz – aby nadać publicznej debacie zrównoważony ton – można przeginać w drugą stronę (dobrym przykładem takiego dyletanckiego przeginania jest publicystyka pani Elizy Michalik). Niech sobie czytelnik/widz wyrobi własną opinię. Najpierw go indoktrynowano w jedną stronę, to teraz go poindoktrynujmy w drugą i zobaczymy co wybierze. Nie ma – zdaniem prawicowych publicystów – nic zdrożnego w tym, że telewizja publiczna (oraz wszelkie inne media związane z obozem władzy) zgodnym chórem sławią wartości wyznawane przez aktualnie rządzących. Nie ma nic złego w tym, że programy publicystyczno-kulturalne prezentowane w TVP („Ring” Ziemkiewicza, „Warto rozmawiać” Pospieszalskiego) narzucają odbiorcy podobną wizję świata. Wizję niezwykle mocno związaną z systemem wartości wyznawanym przez prawicę.

Takie „wyrównywanie szans” jest dość głupie, krótkowzroczne i naiwne. Widać jak na dłoni, że tymi wszystkimi piewcami „nowej wizji świata” włada niezdrowy resentyment. Nie ma nic gorszego niż nachalne pakowanie w głowy narodu własnych traum, obsesji i lęków (w ostatnim „Ringu” Ziemkiewicz dał niezły popis takiej praktyki, kiedy zaczął zastanawiać się co z nami, Prawdziwymi Polakami, zrobią w przyszłości mniejszości etniczne – być może zabiorą nam naszą „naszość”?). Nie mogę przestać odnosić wrażenia, że ci wszyscy nadwrażliwi, zakompleksieni publicyści, którzy – o zgrozo! – przez lata zmuszeni byli publikować w niskonakładowych pismach, teraz przeżywają swoje słodkie pięć minut, które traktują jak swego rodzaju zemstę za lata rzekomej marginalizacji.

Efektem tej dziennikarskiej bitwy jest wzajemne podbijanie bębenka, które prowadzi do sytuacji groteskowych. Obie strony ideologicznego sporu w zacietrzewieniu umacniają swoje pozycje, sięgają po bzdurne argumenty, gorączkują się, piszą paszkwile... „Polska Michnika i Kiszczaka” kontra „Kaczyński to Putin”... Jesteśmy świadkami polityczno-dziennikarskiej psychodramy. To taki teatrzyk, mający dać jego głównym aktorom poczucie spełnienia własnych ambicji, uratowania tożsamości, uleczenia traum i obsesji, publicznego dowartościowania. W takich praktykach celuje Ziemkiewicz, który niezdrowo reaguje na każdą krytykę, wietrząc w niej przejaw spisku „Michnikoidów”. Dyskurs polityczny – jak nigdy dotąd – stał się żywiołem leczenia prywatnych kompleksów. Ktoś powie, że to mało merytoryczna uwaga. Cóż, cała nasza polityka ostatnimi czasy jest niesłychanie mało merytoryczna (za co wyleciał Sikorski? Nie wiem tego do dziś). Prawicowi propagandyści zapełnili przestrzeń debaty publicznej szeregiem prywatnych demonów („Michnik” jest tu figurą idealną, skupiającą na sobie cechy wszystkich pozostałych upiorów prawicowego dyskursu: „Żyd”, „Zdrajca”, „Komuch”, „Inny”, „Obcy”, „Ten Któremu Się Udało”) i uprawiają coś w rodzaju „teologii negatywnej” – nie wiemy jak ma być, ale wiemy jak być nie może. Druga strona nie chce być gorsza i straszy opinię publiczną upiorem totalitaryzmu...

Pamiętam jak jeszcze kilka lat temu w miarę nośnym politycznym sloganem było wezwanie do tworzenia „rządu fachowców”. To, czy takie rządy rzeczywiście miały miejsce – to już całkiem inna sprawa. Zatrważające jest to, że obecnie nikt już do takich haseł się nie odwołuje. Zamiast zdrowej polityki mamy nieustający seans voo-doo.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.