Facebook Google+ Twitter

Prawo linczu

Nie jest to tekst o arcybiskupie Stanisławie Wielgusie, mimo iż w niektórych dziennikach pojawiły się sugestie o takim właśnie sposobie działania mediów. O konsekwencji publicznych kłamstw napisano już tyle słusznych słów...

Chcę w tym felietonie wrócić do sprawy, która jeszcze kilkanaście dni temu wywoływała podobne społeczne emocje, chociaż jest zupełnie nieporównywalna.

W ostatnich dniach grudnia 2006 roku zginęła w Wałbrzychu, z ręki nieznanego jeszcze mordercy mała, siedmioletnia dziewczynka. Świadomie używam zwrotu „nieznany jeszcze morderca”, gdyż mężczyzna zatrzymany przez policję i osadzony, na mocy decyzji sądu, w areszcie, ciągle jest tylko podejrzanym, chociaż media i opinia publiczna już uznały go za winnego. Przypomnę zatem, że w demokratycznym państwie, dopóki ktoś nie zostanie uznany prawomocnym wyrokiem sądu za winnego, to przysługuje mu status osoby podejrzanej. Od razu, by oddalić posądzenie o chęć obrony mężczyzny osadzonego w areszcie dodam, że sprawa ta ogromnie mnie poruszyła i śledziłem bardzo uważnie medialne komentarze jej poświęcone.

Dosyć łatwo można było zauważyć dosyć specyficzny sposób jej przedstawiania. Trudno się dziwić emocjonalnym, dziennikarskim przekazom, kiedy zostaje zamordowana w sposób okrutny mała, niewinna dziewczynka. Ale podobnie trudno zrozumieć, dlaczego media tak konsekwentnie rezygnowały z uświadomienia opinii publicznej różnicy w statusie podejrzanego i uznanego za winnego.

Tylko nieliczne z nich podały – na przykład – że zatrzymany w kilka dni po tragedii sąsiad Grażynki nie przyznaje się do winy. Ten fakt, dosyć moim zdaniem ważny, jest pomijany, , w medialnych komentarzach. Sugeruje to nazbyt wyraźnie, że policja zatrzymała winnego morderstwa i niebawem zostanie on skazany prawomocnie za swój czyn przez niezawisły sąd. Najpewniej tak będzie, ale nie należy do funkcji mediów zacieranie różnic, powtórzę raz jeszcze, między statusem podejrzanego a uznanego za winnego. Wśród wielu funkcji, pełnionych przez nie w systemie demokratycznym, we wszystkich właściwie teoretycznych opracowaniach zwraca się uwagę także na ich funkcję edukacyjną.

Dziennikarze nie powinni reagować podobnie, jak przeciętny człowiek z ulicy, odwołujący się do potocznego pojęcia sprawiedliwości, ukształtowanego przez najstarszą, najbardziej intuicyjną zasadę odwetu, opisaną już w Kodeksie Hammurabiego i zawartą także w Biblii jako prawa talionu (odpłaty, wyrównania krzywd): „oko za oko, ząb za ząb”.
Rozumiem, że morderstwo dokonane, z pobudek seksualnych, na siedmioletniej dziewczynce, jest czymś trudnym do pojęcia dla normalnego człowieka, ale media nie mogą się kierować emocjonalnymi odruchami, nawet w sprawie tak bulwersującej. Mówiąc kolokwialnie, nie należy do ich zadań podgrzewanie atmosfery. Wtedy bowiem zaczyna obowiązywać prawo linczu.

W niezastąpionym „Słowniku mitów i tradycji kultury” Władysława Kopalińskiego można odnaleźć następującą definicję: „Prawo linczu ang. Lynch law, rodzaj samosądu, stracenie (zazw. powieszenie) przez tłum osoby posądzanej o zbrodnię a. przestępstwo; samosąd dokonany przez białych na Murzynie w USA; od nazwiska sędziego i plantatora ze stanu Wirginia: Charles Lynch (1736-96)”.

Odnoszę smutne wrażenie, że szczególnie w telewizyjnych relacjach panowała, być może nie do końca świadoma, akceptacja dla idei samosądu. Właściwie wszystkie dzienniki telewizyjne konsekwentnie przedstawiały mężczyznę, który w imieniu zgromadzonego tłumu wyrażał żal, iż policja uniemożliwiła oburzonym ludziom wymierzenie ludowej sprawiedliwości, czyli dokonania śmiertelnego odwetu. Sprawiało to wrażenie manipulacji ludzkimi emocjami i akceptację dla tak prosto wyłożonego prawa linczu. Być może byli przed telewizorami ludzie, którzy myśleli podobnie jak „uliczny sędzia”. Mam jednak nadzieję, iż nie był o przedstawicielem wszystkich. W końcu w systemie demokratycznym istnieje niezawisły system sprawiedliwości i on, a nie dyszący pragnieniem zemsty tłum, decyduje o wymierzeniu kary.

Jednak wielokrotne, nawet nazbyt nachalne eksponowanie tego fragmentu telewizyjnej relacji sugerowało, że dziennikarz podzielał nie tylko emocje sąsiadów zamordowanej Grażynki, lecz także wyrażał zgodę na natychmiastowe wymierzenie kary. Świadczył także o tym brak jakiegokolwiek komentarza, chociaż był on, w tej sytuacji, niezbędny. O jakości prawa nie decyduje przecież intuicyjne i emocjonalne pojęcie sprawiedliwości wyprowadzone z zasady odwetu i wyrównywania krzywd, lecz kodeksy i oparte na nich wyroki niezawisłych sądów.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Obiektywne podejście do sprawy... zdystansowanie się emocjonującego tematu. Przyjemny dla czytelnika język...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Problem bardzo ciekawy. Wydaje mi się, że etyka dziennikarska przegrywa w sposób oczywisty z interesami koncernów, w których dziennikarz jest zatrudniony. Tekst wyważony, zawierający pełną dostępną informację o obu stronach konfliktu jest chyba po prostu nudniejszy dla odbiorcy. W końcu gdyby tak nie było i wiekszość domagała by się większego obiektywizmu, od razu zostałoby to wychwycone przez speców od badań rynkowych. Jest odwrotnie. Lepiej zagrać na emocjach widza czy też czytelnika nawet świadomie prowokując. To przyciąga uwagę jak magnes. Trudno przy tym mieć pretensje do właścicieli czy też decydentów w mediach. Oni dbają o swoje pieniądze a oglądalność czy też czytalność jest podstawowym celem do zrealizowania. Trudno w ogóle mówić o etyce dziennikarskiej w dzisiejszych mediach. Moim zdaniem granica przesunęła się po prostu w stronę nie łamania prawa. A i to nie zawsze.
Pozostają sami dziennikarze, ci, którym etyka tego zawodu leży na sercu. Czy jednak są w stanie funkcjonować w jej duchu w dzisiejszych czasach i zarobić na życie?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dobry felieton... zgadzam się z Panem Andrzejem.
Jako student dziennikarstwa chcę nadmienic, że uczą nas obiektywizmu przy tworzeniu artykułów informacyjnych, widocznie ów dziennikarz zapomniał albo nie wiedział co to artykuł informacyjny... Mam nadzieję, że spotkały go jakieś konsekwencje. Jeżeli zdarza się, że taki jegomość w newsie podejmuje sie sądu nad jakąkolwiek sprawą, to świadczy o nim samym jak i o redaktorze wydania. Brak obiektywizmu jest chrakterystyczny dla tabloidów... mam tylko nadzieję, że proces "tabloidyzacji" nie opanuje mediów w całości a byłoby to niemile widziane szczególnie w serwisach informacyjnych.

Szkoda tylko, że to socjolog zwraca na to uwagę a nie jakiś dziennikarz.
I jeszcze jedno, ta wspomniana przez Pana Rostockiego sytuacja kojarzy mi się trochę z programem Jana Pospieszalskiego... ;)
Pozdrawiam

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.