Facebook Google+ Twitter

Premiera "Trzech sióstr" w Dramatycznym. Bogajewska: Idę za Czechowem, próbując zrozumieć, co do mnie mówi

- Czechow to doskonały obserwator i znawca ludzkiej duszy. Pokazuje pewien świat, a ja idę za nim, próbując zrozumieć, co do mnie mówi. A „Trzy siostry” są mi szczególnie bliskie, bo w sposób wyjątkowy pokazują świat świeżo po rozpadzie - mówi Małgorzata Bogajewska, reżyserka spektaklu. W Teatrze Dramatycznym trwają ostatnie próby przed premierą 9 marca.

Próba medialna "Trzech sióstr" / Fot. Teatr DramatycznyLidia Raś: Wybór „Trzech sióstr” Czechowa był podyktowany jakimiś zasadniczymi powodami?
Małgorzata Bogajewska: Od dawna myślałam o Czechowie, ale czekałam na odpowiedni moment. Byłam przekonana, że do niego trzeba dorosnąć. Doskonale opisywał ludzi i tworzył postaci nieplakatowe, nieintencjonalne, często pozbawione stanu podwyższonej świadomości, a ja czułam, że trzeba czasu, by się móc do nich „dobrać”. „Trzy siostry” są mi szczególnie bliskie, bo w sposób wyjątkowy pokazują świat świeżo po rozpadzie. Świat, który wcześniej ktoś organizował, wyszedł z ram. I choć ograniczenia mogły nawet uwierać, to jednocześnie dawały gwarancję istnienia zasad. W tym dramacie takim gwarantem był ojciec. Gdy go zabrakło, pozostali ludzie, którzy nie wiedzą jak żyć, nie potrafią kochać, nie są w stanie zadbać o siebie.

W czym tkwi uniwersalizm tego tekstu?
Im bardziej rzeczywistość staje się harpiczna, tym bardziej podwyższa się poziom wyzwań, z którymi trzeba się zmierzyć. Siostry są świetnie przygotowane teoretycznie, są wykształcone, znają języki, ale wybierają zawody poniżej swoich możliwości. Właściwie są złożone z marzeń i nie potrafią odpowiadać na wyzwania, które pojawiają się przed nimi. One się po prostu w rzeczywistości nie odnajdują. I w tym, nawet wbrew pozorom, da się rozpoznać nasze dzisiejsze lęki. Ten spektakl opowiada właśnie o schyłkowości, przełomie, kobiecości, dziwnych wybuchach emocji, gdy człowiek już nie daje rady… Czechow to doskonały obserwator i znawca ludzkiej duszy. Pokazuje pewien świat, a ja idę za nim, próbując zrozumieć, co do mnie mówi. Stwarzam postaci wyłącznie z tego co napisał, z jego lęków, sympatii, nadziei.

Co można powiedzieć o bohaterach sztuki?
Portrety kobiet zostały przez Czechowa narysowane ostrą kreską, nawet z pewną niechęcią do nich, ale ja staram się je bronić, zrozumieć ich motywacje. Choćby „czarnego charakteru” w tej sztuce czyli Nataszy, bo przecież ona jako jedyna potrafi o coś walczyć i czegoś bronić. Siostry poddały się, zamknęły w marzeniach. W moim spektaklu Oldze i Maszy musiałam dodać nieco lat (są więc w okolicach czterdziestki), bo dzisiejsza 26-latka na pewno nie jest kobietą z poczuciem końca życia. Tylko Irina (Anna Szymańczyk) jest w wieku „ogólnej młodości”, bo ta jej cecha jest bardzo ważna. Jej zrywanie się do życia jest czymś innym niż wzloty i upadki starszych sióstr.

Postaci mężczyzna są tak napisane, by nie dać kobietom żadnego punktu zaczepienia, żadnej szansy na ich obronę. W tym zestawie może Kułygin i Tuzenbach zasługują na uwagę, ale pozostali to całkowici przegrani: Czebutykin przepił życie, Andrzej uzależnił się od hazardu i stracił majątek rodzinny, Solonemu zdaje się, że jest Lermontowem. Czechow tak tworzy świat, by z niego nie było wyjścia.

Jak się Pani pracuje na Dużej Scenie Dramatycznego? Wielu reżyserów i aktorów obawia się jej, a tu przecież mamy do czynienia z Czechowem, który nie ułatwia zadania. Antydramatyczny na pewno nie jest, ale też nie tworzy typowej akcji.
Scena im. Holoubka jest wspaniała. Zakochałam się w niej. Wykorzystujemy ją maksymalnie, na całej szerokości i głębokości, a moi aktorzy dobrze sobie radzą. Oczywiście, trzeba się uwolnić od grania „żyćkowego”, rodem z telenoweli, bo ta scena wymaga, ale poza tym nie stwarza żadnych problemów. Mogę zapewnić, że nasz Czechow nie dzieje się wyłącznie w słowie, nie będzie statycznym przedstawieniem salonowym. Choć pierwsza i druga część rozgrywają się właśnie w salonie, to klimat oczekiwania, pęczniejące emocje, narastający erotyzm budują dynamikę.

Popularne stało się dziś rezygnowanie z tzw. czwartej ściany w spektaklu. Czy Pani też dała się skusić na to rozwiązanie w „Trzech siostrach”?
Nie rezygnuję z czwartej ściany, choć emocje, które prowadzą bohaterów są chwilami tak wielkie, że wymykają się ramom rozmowy, niemalże przyzywają widza na świadka, ale wszystko to jest zaczepione w relacjach między postaciami.

Wybrała Pani tłumaczenie Natalii Gałczyńskiej, a nie popularnej dziś bardzo tłumaczki Agnieszki Lubomiry Piotrowskiej. Nie chciała Pani uwspółcześnić tekstu Czechowa?
Oczywiście, że chcieliśmy go uwspółcześnić i tak wybór padł na tekst Gałczyńskiej. Zdecydowało świetnie dobrane słownictwo i styl niepozbawiony rytmu typowego dla Czechowa.

Literatura rosyjska jest Pani szczególnie bliska? Reżyserowała Pani sztuki Wyrypajewa, Griszkowca, Sigariewa…
Rosyjscy dramaturdzy, niezależnie od czasów, mają wyjątkową łatwość odnajdywania „co się komu w duszy gra” i fascynacji człowiekiem. Czuję się bezpiecznie, gdy mam dostęp do postaci przez jej psychologię, a tak jest właśnie w dramatach rosyjskich, które pozwalają stworzyć pełnokrwistych ludzi, boksujących się samotnie ze światem i zwykle przegrywających. Jak w „Trzech siostrach”.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Kocham Czechowa (magistrowałem się na nim). Myślę, ze kiedyś uda mi się zobaczyć to przedstawienie. A rozmowa ciekawa bardzo.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.