Facebook Google+ Twitter

Prezes Widzewa wyszedł z cienia

Sylwester Cacek ostatnio wyszedł z cienia i wziął ster prowadzenia Widzewa w swoje ręce już bez pomocy pośredników w rodzaju Pawła Młynarczyka, byłego prezesa klubu. Jakie są efekty tej zmiany?

Fani Widzewa podczas meczu w Łodzi, widok na trybunę C / Fot. SzaterOstatnie miejsce w tabeli, żenująco niska frekwencja na meczach i konflikt z kibicami. Chciałoby się zapytać: „I po co mu to było?”. Siedział sobie chłopina w Genewie a grono posłusznych mu pomagierów wykonywało jego polecenia. Polecenia były idiotyczne i konsekwentnie prowadziły klub na dno ale przynajmniej nikt go z trybun stadionu nie wysyłał do psychiatry ani nie sugerował ewakuacji w trybie pilnym.

Relacje między kibicami a zarządem klubu nigdy do łatwych nie należały ale w ostatnich latach jakoś tam obie strony nauczyły się żyć obok siebie, co zaowocowało wspólnym frontem na rzecz budowy nowego stadionu. Odkąd Cacek został prezesem klubu, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, sytuacja pogorszyła się w stopniu drastycznym. Prezes obrażony na kibiców uzewnętrzniających swoją frustrację z powodu tragicznej postawy drużyny, w przypływie małodusznej mściwości, podwyższył ceny biletów a służbom odpowiedzialnym za wpuszczanie coraz mniej licznej grupy entuzjastów kopania się po czole w wykonaniu widzewiaków, nakazał szczegółową kontrolę wchodzących na stadion. To kuriozalne działanie doprowadziło do gigantycznych kolejek przed bramkami, mimo, że ostatni mecz Widzewa oglądało około 1 000 (słownie: tysiąca) kibiców. Trudno sobie wyobrazić większą kompromitację dewizy „nasz klient, nasz pan”.

Czy można mieć pretensje do kibiców oczekujących zmian w fatalnie funkcjonującej drużynie? Zespół prowadzony przez poprzednika Rafała Pawlaka z meczu na mecz prezentował się coraz gorzej. Gołym okiem było widać nie tylko brak pomysłu i planu taktycznego ale także brak sił (widzewiaków łapały skurcze już po godzinie gry). Wyobraźmy sobie jak zachowałby się prezes firmy z branży spożywczej, do którego dochodzą głosy konsumentów, że oferowany przez niego produkt, powiedzmy, kaszka o smaku bananowym, cuchnie przepoconymi skarpetami i smakuje podobnie? Zmieniłby recepturę i może nawet wyraził ubolewanie z powodu błędów technologicznych, które doprowadziły do wyprodukowania niejadalnego wyrobu. Co zrobił Sylwester Cacek, gdy grono nie tylko kibiców ale też byłych trenerów, piłkarzy i w ogóle ludzi interesujących się piłką, wyrażało się niezwykle krytycznie o sytuacji w drużynie? Szedł w zaparte: „drużyna potrzebuje czasu”, „winni są kibole, stwarzający niezdrową presję”, itp. To tak jakby ten przykładowy prezes firmy mleczarskiej, mówił, że konsumenci się nie znają a jego kaszka powala bananowym aromatem zaś w smaku to po prostu delicje.

Cacek wie lepiej. Nie obchodzi go, że jego słowa o „szczegółowej selekcji piłkarzy pod kątem umiejętności i charakteru” śmieszą całą Polskę. Wypominanie sympatykom Widzewa, że są „kibicami sukcesu” to także materiał dla kabaretu. Może kiedyś, gdy Sylwester Cacek z kolegami chodził na mecze Legii, w Widzewie byli jacyś kibice sukcesu jednak od grubo ponad 15 lat, fani klubu z al. Piłsudskiego przeżywają jedynie gorycz mniejszych lub większych klęsk. Jest to w dużej mierze zasługa samego Cacka, który właścicielem Widzewa jest od ponad siedmiu lat. W tym czasie Widzew dwa razy spadł z ligi a jedynym wydarzeniem sportowym, które można rozpatrywać w kategorii sukcesu, to udział w finale towarzyskiego turnieju w Maladze. Jednym słowem: „rozpusta”.

Mimo cyklicznych porażek, ustawianiu klubowych rekordów w dziedzinie nie wygrywania meczów na stadionach przeciwnika, kibice wciąż chcą przychodzić na mecze. Poza tym groteskowym meczem z Wisłą Płock (tysiąc kibiców), spotkania Widzewa cieszyły się największą popularnością w 1 lidze. Może wielu kibiców stawiało się na stadionie nie z myślą by oglądać coś co nawet po zmrużeniu jednego oka trudno nazwać piłką nożną a po to by spotkać się ze znajomymi i uczynić zadość słowom pieśni „zawsze będę tutaj wracał, choćby było bardzo źle” to jednak frekwencja, jak na poziom rozgrywek i przede wszystkim miejsce w tabeli nie była najgorsza. Poza tym bardziej zaawansowani wiekiem sympatycy Widzewa mają jeszcze w pamięci wielkie chwile z historii swojego klubu i one także przyciągają to starzejące się niestety grono na kolejne mecze.

Zbigniew Boniek (172 mecze w barwach Widzewa) / Fot. PilkarzJak odpowiada im Cacek? „Nie ma czegoś takiego jak widzewski charakter”, „tych sukcesów wcale nie było tak dużo”. Pomijając oczywistą niekonsekwencję w zarzucaniu fanom, że ci są właśnie kibicami sukcesu, by w następnym zdaniu stwierdzać, że tych sukcesów w sumie zbyt wiele nie było, to słowa Cacka wypowiedziane przed pucharowym meczem ze Śląskiem Wrocław (przegranym, jakżeby inaczej!), były zwykłą obelgą wymierzoną w byłych, wybitnych piłkarzy klubu z Łodzi i jego kibiców.

Zachowanie Sylwestra Cacka z ostatnich tygodni jest nieracjonalne z punktu widzenia człowieka, któremu na sercu leży dobru klubu. Droga obrana przez Cacka, droga szargania legendy jednego z największym polskich klubów piłkarskich i ludzi, którzy tą legendę tworzyli a także tych, którzy się z nią identyfikują, prowadzić może tylko do upadku Widzewa. Prezes, który tak bardzo lubi nazywać najbardziej fanatycznych kibiców spod „zegara” kibolami sam zachowuje się jak największy szkodnik. Jak pseudoprezes. Albo prezesol.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.