Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

26924 miejsce

Primal Scream - Chaosmosis - recenzja płyty

Primal Scream wraca z nowym albumem „Chaosmosis”. Płyta nie przypomina praktycznie w niczym swojej bardzo dobrej poprzedniczki „More Light” z 2013 roku.

 / Fot. mat. prasowePrimal Scream wraca z nowym albumem „Chaosmosis”. Płyta nie przypomina praktycznie w niczym swojej bardzo dobrej poprzedniczki „More Light” z 2013 roku. Brak na niej epickich numerów w stylu „2013”, czy rozbudowanych kompozycji jak „River of Pain”, „Goodbay Johnny”, czy „Relativity”, wielce plastycznych, „filmowych” kawałków.
Bobby Gillespie serwuje nam dawkę bardziej przystępnych dźwięków, przywołujących na myśl prędzej Beautiful Future (2008) niż ostatnie dokonania szkockiej legendy. A to nie było wcale takie oczywiste. Mnie osobiście zwiódł bardzo krótki filmik zwiastujący owe wydawnictwo, w którym to wykorzystano fragment utworu „100% or Nothing” z hipnotyczną gitarą i mocno pulsującym bitem. Pomyślałem wtedy, że będzie dosyć mroczno, gęsto jak w zamglonym, szkockim pubie. Cieszyłem się z takiej wizji i czekałem na więcej. Czekałem na singla.
Wtedy na scenę wkroczyło „Where the Light Gets In” ze Sky Ferreirą… Jakże odmienna jest to piosenka od tego, o czym myślałem z narastającym każdego dnia podnieceniem! I bardzo dobrze. Tak ma być, bo lubię być zaskakiwanym w pozytywny sposób. Zresztą artysta jest od tego, żeby robił to, co jemu leży na sercu i umyśle, a nie od zastanawiania się czego oczekują fani. Singiel jest przebojowy, w sam raz do wiosennego nucenia. Na drugiego reprezentanta „Chaosmosis” wybrany został numer „I Can Change”, bardziej „narkotyczny” i klimatyczny. Leniwie snujący się po trąbce Eustachiusza niczym morfina. Za to psychodela zaczerpnięta niby ze „Screamadelici” (1991), choć podana bardziej w sosie hawajskim niż „marihuanowym”, przemawia i porywa nas do tańca z utworu „Trippin’ on Youre Love”. Zatem, generalnie jest się przy czym pobawić. Płyta sprawnie frunie od początku do końca, bez jakiegoś wyraźnego „tupolewania”.
Primal Scream trzyma, według mnie, odpowiedni poziom i fani mogą być zadowoleni. Grupa ma taki status, że ze swoją muzyką może kroczyć w dowolną stronę i zawsze istnieje cudowne przeświadczenie, że sobie poradzi. Dodatkowo uważam, że osoby, które nie znały do tej pory ich wyczynów (może są to pupile Sky Ferreiry?), po przesłuchaniu nowej płyty zostaną w odpowiedni sposób „poinstruowani”, czego mogą się spodziewać na wcześniejszych krążkach. Tym samym poszerzą oni grono miłośników Kowalskiego - ostatniego amerykańskiego bohatera.

https://www.youtube.com/watch?v=JC77NtzW7U4


Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.