Facebook Google+ Twitter

Primavera Sound 2013 - dyskusji o edycji ciąg dalszy

Dlaczego warto przyjść na festiwal wcześniej, kto sprostał wymaganiom, kogo odkryłyśmy i dlaczego festiwal to wydarzenie pełne dylematów - opowiadam wam z Katarzyną Borowską (uwolnijmuzyke.pl).

 / Fot. XarleneNatalia: Rozgrzewka rozgrzewką, czas na prawdziwy maraton. Postanowiłam zacząć od samego początku, słuchając dobiegających ze sceny Ray Ban dźwięków wydawanych przez grupę La Brigada. Biorąc pod uwagę znacznie bardziej staranną selekcję zespołów na główne dni festiwalu i sporadyczne odkrycia naprawdę rewelacyjnych grup (Lisabo, Baskowie grający hardcore, na których weszłam zupełnie przypadkiem rok temu, zrobili na mnie rewelacyjne wrażenie) na głównych scenach, warto przyjść wcześniej, wypić wczesnego red bulla i popróbować różnych hiszpańskich grup. Niestety, to nie było jeszcze żadne wielkie odkrycie - zespół o dość amerykańskiej folkowej estetyce, grający raczej banalnie i zdecydowanie popowo, pomimo całej urokliwości wynikającej z hiszpańskości, nie zagrali interesującego koncertu. Ot poprawne plumkanie, tak na początek bez przemęczania umysłu.

Odkrycie przyszło jednak zaraz potem - na scenie Primavera (kiedyś San Miguel) pojawili się muzycy z zespołu El Inquilino Communista - i to było cudowne doświadczenie. Najpierw podejrzliwie wsłuchiwałam się w doskonałej jakości indie rodem z lat 90-tych, takie w stylu Pavement, proste, ożywiające, przemyślane, kiedy panowie z zespołu przyznali, że grają razem już od ponad dwóch dekad! Później hiszpański kolega douczył mnie, że grupa ta ma status legendy i pioniera zarazem w kraju - nagrali dawno temu trzy doskonałe płyty, później przestali razem działać, a ich koncerty są nie lada rzadkością i gratką. A więc udało mi się trafić na zjawisko o historycznej wartości, do tego oprawione w cudowne alternatywne dźwięki, z trzema świetnymi wokalistami, którzy przepięknie śpiewali po angielsku. Mówię wam, jeśli lubicie Pavement i te stare, dobre czasy dla alternatywy, to zespół idealny, którym możecie zaskakiwać nierozeznanych znajomych.

Szkoda, że takie perełki grają o niegodziwych porach i są spychane przez ten przerażający Primaverowy rozkład jazdy poza możliwości rozsądnego festiwalowicza. Już po osiemnastej robi się gęściej, i wszyscy biegną na sam koniec coraz bardziej upiornego (w sensie rozmiarów) terytorium festiwalu, gdzie gra Wild Nothing. Przyznaję, i ja słucham ich uroczych płyt, które w swojej alternatywnej popowości są wciąż całkiem niezłe. Ale koncertowo już jakoś nie bardzo. Może to wina festiwalu i jego rozmiarów, w których intymność albumów przestaje po prostu działać, pozostawiając już niewiele więcej ponad prostotę i pop. Zdecydowanie przy tej skali pozostają przeciętniakiem, który gra ładnie, tak jak wiele innych zespołów. Informacja techniczna: dominowała płyta "Nocturne", ale nie brakło też wcześniejszych utworów z "Gemini".

Katarzyna: Czyli ja wychodzę na rozsądnego festiwalowicza? Rozpoczęłam od Wild Nothing, czy raczej Nothing Wild, którzy dopiero pod koniec występu zaczęli się przyjemnie rozkręcać ze swoimi dwoma gitarami, basem i perkusją. Było już jednak zdecydowanie za późno, żeby kogokolwiek do tego występu przekonać, i jak nie słuchałam tego zespołu wcześniej, tak słuchać nie będę.

Nadal włączę sobie za to czasem płytę Tame Impala, za pewne częściej pierwszą niż drugą, ale koncertu raczej nie polecam. Jeśli coś ciekawego będzie się w tym samym czasie działo w lipcu na Openerze - nie wahajcie się. Australijczycy grają przyzwoicie, ale lekko irytująco. Odniosłam wrażenie, że za wszelką cenę starają się zrobić coś, żeby prezentowany materiał odróżniał się od wersji studyjnej, czego malowniczym skutkiem były interludia pomiędzy utworami - około jednominutowe wstawki nie mające większego sensu. Przeważa materiał z "Lonerism", która, bądźmy szczerzy, jest płytą bardzo monotonną, wyróżnia się tylko "Feels Like We Only Go Backwards" i chociaż jest to przepiękna piosenka, wersja koncertowa w niczym nie różni się od płytowej. Żywsze kawałki z "Innerspeaker" pojawiały się sporadycznie, a szkoda, bo sprawdzały się znacznie lepiej. To nawet nie byłby taki zły koncert, ale w porównaniu do reszty doznań tego dnia wypadł zdecydowanie blado.

Natalia: Szczerze mówiąc nie mogłam się na nich doczekać. Przyznaję, że koncert na początku zrobił na mnie wrażenie dość pozytywne - dalekie co prawda od zachwytów, jakie wywoływał we mnie "Innerspeaker", którym chłopaki wywindowali poprzeczki i rozbudzili ogromne apetyty na dobrą nową psychodelę - by stopniowo maleć, topnieć i niknąć. Po wszystkich muzycznych doznaniach dnia trzeba było przyznać, że nie jest to pierwszoligowy zespół na koncertach - nie brzmieli co prawda upiornie, jak zapowiadali to ci, którzy już widzieli ich na żywo, twierdząc, że to po prostu świetna produkcja, której na koncertach chłopaki nie są w stanie dotrzymać tempa, ale była to mierna rzecz. Głównym powodem jest to, że zdecydowali się grać przede wszystkim swój nowy album, który jest znacznie bardziej wygładzony i banalny, nie ma już tego ładunku gęstej psychodelii, niejasnego dźwięku, przesterów i szumów, czy długich, wijących się melodii. Zamiast tego pozostały jakieś nieporadne, zredukowane wstawki, które co jakiś czas wrzucali między kawałki - pół minuty bezsensownego, niepotrzebnego instrumentala, nazywanego przez nas "meanwhilem". Gdyby zamiast tego wcisnęli chociaż jeden stary utwór, bo te wychodziły im całkiem nieźle, byłaby dla nich jakaś szansa. Skończyło się na zbyt głośnym i niezbyt ekscytującym popisie. Openerowych festiwalowiczów uprzejmie ostrzegam.

Pozostawię Ci opis Do Make Say Think - nie znam ich aż tak doskonale, by móc przytoczyć tytuły i odwoływać się do zapamiętanych z albumów dźwięków, jednak wiadomą rzeczą jest dla mnie, że jeśli jest szansa na zobaczenie kogoś ze stajni Constellation Records, to rzeczą konieczną jest taki wybór. Cokolwiek się w tym wydawnictwie dzieje jest warte uwagi. DMST zagrali bardzo ładny post-rockowy koncert, jeden z tych, które przypominają o elegancji i urokach post-rocków sprzed lat: są melodie, nie jest zbyt agresywnie, przepiękne momenty kulminacyjne, doskonale zagrane gitary. Szkoda tylko, że trwało to marne pół godziny!

Katarzyna: Nie przesadzajmy, to było czterdzieści minut. Powinni grać godzinę i przykro, że obcięli swój występ o te dwa dodatkowe kawałki, nie obraziłabym się za coś z debiutu albo doskonałego "Goodbye Enemy Airship the Landlord Is Dead", jednak panowie skupiają się na nowszym materiale. Na ten koncert czekałam jednak bardzo długo i pojawiły się dwa z moich ulubionych utworów, więc narzekać nie będę. Tym bardziej, iż był to przepiękny występ. Pierwszą kompozycją było, przewrotnie, "End of Music" z płyty "& Yet & Yet". Znany z Broken Social Scene Charles Spearin pełnił rolę lidera formacji, niestety nie wziął ze sobą trąbki, w ogóle brakowało mi w tym secie dźwięku instrumentów dętych, tak charakterystycznego dla tej kanadyjskiej formacji. Zamiast tego na scenie znajdowały się dwa syntezatory, Moog i "Poland", wykorzystywane głównie na początku. Oprócz nich dwaj obsługujący je panowie grali również na gitarach, a w tle David Mitchell i James Payment ścigali się na zestawach perkusyjnych. Ślicznie wypadło spokojne "Auberge Le Mouton Noir", w wersji nieco nawet łagodniejszej niż na albumie. Z najnowszej płyty "Other Truths" zespół zagrał "Do", a w finale utwór "Frederica" - nieobecność dęciaków sprawiła, że na pierwszy plan wysunęła się melodia gitarowa, co wcale tej kompozycji nie zaszkodziło. Ale będziecie wyjebani za cztery dni - proroczo stwierdził Ohad Benchetrit, po tym jak zamienił swą gitarę na bas przejęty od Spearina - a już zwłaszcza po tej piosence. Ten uroczy wstęp zapowiadał "The Universe!" chyba najbardziej energetyczny kawałek w całym dorobku Do Make Say Think. Może zniszczyć nas nie zniszczył, ale był idealnym zwieńczeniem setlisty, a to, co pan wyczyniał na basie jest nie do opisania. Mogliby przyjechać wreszcie do Polski.

 / Fot. Eric PamiesNatalia: Dzięki temu, że Do Make Say Think zagrali bardzo krótko, był czas na Dinosaur Jr., samą końcówkę, która rzecz jasna brzmiała cudnie. Ci faceci nie wypadają z formy - brawurowo odegrali "Freak Scene", później była zabawa z "Just Like Heaven' (takich ich standard w sumie), a na koniec zrobili nam niespodziankę - wokalistę zastąpił lider Fucked Up, który wykrzyczał "Sludgefeast". Zadziwiająco dobrze połączone moce.

A po nich był koncert, na który czekałam bodajże najbardziej tego wieczora - trudny do zobaczenia Deerhunter na scenie Ray Ban. Przyszły tłumy (wiadomo, Cox nie zawsze daje radę faktycznie przybyć na zamówiony koncert, więc PS w tym roku było nie lada gratką - zagrali aż trzy razy!) i było po prostu pięknie. Znowu akustyk zdecydowanie przesadził z dźwiękiem i lepiej było się ratować zatyczkami, mimo to Deerhunter o takim natężeniu był też nie lada doświadczeniem: brzmiał zaskakująco potężnie. Koncert był doskonały, od pierwszej do ostatniej minuty, wypełniony rzężeniem gitar, trudnymi tekstami, niesamowicie dynamiczny i przekrojowy, dzięki czemu każdy dostał coś dla siebie. Było i wolne "Cover me", i przejmujące "The Missing", i świetne nowe "T.H.M", zaskakująco równe, dopieszczone na żywo. Brakowało mi tylko ulubionego "Operation", które jednak nie zostało zagrane na żadnym z występów.

 / Fot. XarleneKatarzyna: Nie było też mojego faworyta, czyli piosenki "Helicopter". Bradford na czwartkowy koncert założył sukienkę, a na twarzy miał dosyć dziwny makijaż, co pomagało w zbudowaniu odpowiedniego klimatu. Gitarowe uderzenie było chyba nawet mocniejsze od nieco zbyt monotonnego My Bloody Valentine (jeszcze będzie o nich mowa). Dodatkowo Deerhunter wyróżnia się oczywiście świetnymi wokalami, nie tylko w wykonaniu Coxa, ale także Locketta Pundta. Przeważały utwory z nowej płyty, niedawno wydanej "Monomanii", brzmiały jednak o wiele bardziej interesująco - obrane z przekombinowanej, zbyt hałaśliwej produkcji na koncercie prezentowały się znakomicie, zwłaszcza "Sleepwalking" i "Dream Captain". Będę z niecierpliwością śnić o łowcach jeleni oczekując ich koncertu w sierpniu na Offie.

Kolejnym znakomitym koncertem był występ formacji Grizzly Bear, którego w Polsce niestety w najbliższym czasie nie zobaczymy. Uwagę zwracała już oprawa wizualna - urocza instalacja z żarówek. Repertuar był zróżnicowany, nie zabrakło najlepszych utworów z nowej płyty - "Sleeping Ute", "Yet Again", "Gun-Shy" - które brzmiały równie dobrze jak hity w stylu "Knife". Ed Droste popisywał się wirtuozerią zmieniając gitarę na klawisze, a reszta zespołu nie odstawała od niego umiejętnościami.

Natalia: Jak dla mnie wypadli trochę słabiej niż kilka lat temu na tym samym festiwalu, kiedy to zagrali koncert tak niesamowicie czysty i perfekcyjny, że aż niewiarygodny. Czasem coś nie grało, wokale też nie zawsze brzmiały doskonale, sporo na pewno z winy nagłośnienia. Mimo to dalej obronili się jako piękna grupa na żywo: doskonale budują nastrój, harmonijnie łączą dźwięki instrumentów i głosy (co wiadomo z płyt i co brzmi tak samo na scenie), mają całe mnóstwo ślicznych kawałków, a do tego troskliwie zajmują się sceną, na której tym razem dryfowały w powietrzu chińskie lampiony, świecące w rytm melodii. A poziom najnowszej płyty w wersji koncertowej nie ustępuje starszym albumom. Czekajmy cierpliwie na polski występ, może wreszcie.

Bardzo czekałam też na spełnienie mojego innego koncertowego marzenia - zobaczenie francuskiego Phoenix na żywo, co jakoś nie chciało się do tej pory zdarzyć. Zostałam już nastraszona przez bywalca Coachelli, że ich koncerty do najlepszych zdecydowanie nie należą, na szczęście tym razem tak nie było. Phoenix aż emanowali ze sceny energią, podpartą nieco przesadzoną (jak wszędzie tego dnia) akustyką, która przy nowych kawałkach, gdzie mnóstwo gitar próbuje bardziej alternatywnych, mocniejszych melodii sprawiała, że wszystko zgrzytało i bolało. To jednak nie wina zespołu. Były i starocie - "Too Young" zmielone z "Girlfriend", ślicznie subtelny pop znany z "Między Słowami", mieszanka "Love Like a Sunset" (którego się kompletnie nie spodziewałam, bo to taki dziwny jak na nich kawałek) z "Bankrupt", improwizowana, mało śpiewana, ambientowa, wreszcie sporo tanecznych momentów - jak "Fences" czy "Lisztomania". Wreszcie były też latające dolary, wokalista rozbierany przez ochroniarza i pływający na rękach tłumu i wizyta gościnna... J Mascisa w ostatnim utworze, z charakterystyczną Dinosaurową gitarą. No przednio było.

 / Fot. Dani CantoKatarzyna: Rzeczywiście był to wyjątkowo uroczy koncert, na uwagę zasługiwała już sama atmosfera - Thomas Mars i spółka zdawali się bawić jeszcze lepiej niż publiczność. Świetny był wspomagający panów na trasie Thomas Hedlund (można wynająć sobie perkusistę na potrzeby występu? Można!), wyciskający z bębnów skoczne rytmy. Burza konfetti, którą Phoenix obsypali publiczność, okazała się składać z radosnego kolażu na temat stu dolarów, co udało mi się sprawdzić pomimo barcelońskiego wiatru, który większość tych atrakcji przeniósł prosto do morza. Wizuale w tle uderzały w widownię agresywnymi kolorami, ale osładzał je delikatny głos Marsa, który przyszedł nawet pomacać się z fankami, ostatecznie uwalniając się z objęć ochrony i wykonując mały stage-diving. Rozkosznie kiczowatym momentem był wolny kawałek śpiewany przez niego gdzieś z pierwszych rzędów, do akompaniamentu samej gitary. Trochę chcieli być Flaming Lips, ale wypadli mniej pompatycznie, może własnie dzięki temu udało im się mnie zauroczyć.

Tak bardzo, że odpuściłam dla nich większą cześć setu Kierana Hebdena. Jak się okazało, nie była to najgorsza decyzja - Four Tet na scenie Pitchforka nie spełniał perwersyjnych marzeń swoich fanów, wracając do materiału z "Rounds" czy "Pause", ale zgodnie z najnowszymi nawykami prezentował bardziej klubowe brzmienia. Nie było to oczywiście złe, ale po tanecznej rozpuście z poprzedniego dnia (Felix & Al) to jak oglądać "Dwanaście małp" po seansie "Łowcy Androidów". Aczkolwiek "Love Cry" na zakończenie było momentem godnym zapamiętania.

Natalia: Phoenix pogrzebał nasze plany zobaczenia większej ilości Four Tet - ale i tak ulubione stare płyty miały małe szanse na przebicie po niedawnej premierze "Pink". Udało się o tyle, że ostatnim utworem było "Love Cry", i to nie że banalnie zagrany elektroniczny kawałek, ale z odrobiną wariacji i modyfikacji. Doskonały wybór na zakończenie występu.

Wreszcie nastąpili Animal Collective, którzy zaskoczyli mnie spokojną wersją koncertu: spodziewałam się tradycyjnej feerii świateł i kakofonii dźwięków, w jakich się specjalizują, a tutaj niespodzianka: wyciszone, psychodeliczne, refleksyjne, precyzyjne granie, oprawione w rzecz jasna szaloną scenografię: zęby, trójkąty, kolory. Jako nieamatorka Animali chętnie jednak posłucham, co Ty, Katarzyno, na ten temat powiesz?

Katarzyna: To jeden z moich ulubionych zespołów i widziałam ich już po raz czwarty - zawsze są tak samo doskonali, ponieważ za każdym razem prezentują się inaczej. Tym razem zagrali rzeczywiście nieco bardziej stonowany set, choć niemniej psychodeliczny. Oprawa świetna - u góry sceny wisiały zęby, motyw ostatniej płyty, "Centipede Hz" z której materiał dominował, z podłogi wyrastały jakieś dziwaczne kły... Na to wszystko rzucone były błyskające gdzieś w tle wizualizacje. Sama setlista zawierała nie lada smaczki - w połowie występu AnCo zagrali "What Would I Want? Sky", kawałek, którym redaktorzy Pitchforka jarają się niczym czarownice na stosie, zawierający sampel z utworu Greatful Dead. Na żywo sprawdza się znakomicie, budując marzycielski klimat. Po nim zabrzmiały charakterystyczne klawisze "My Girls", tym razem w wersji melancholijnej, wolniejszej, z pulsującym bitem. Ale prawdziwą atrakcją było zakończenie - "The Purple Bottle", piosenka, której Animale nie grali już od bardzo dawna. Wrócili do niego na początku maja i mogliśmy usłyszeć go także pod księżycem w pełni na Primaverze. W wersji ze Steviem Wonderem.

To było doskonałe zakończenie dnia.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Zobacz także:

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.