Facebook Google+ Twitter

Primavera Sound #2

Pytania zadane, najważniejsze koncerty zrelacjonowane. Czas w telegraficznym skrócie przedstawić pozostałych faworytów tegorocznej Primavery.

 / Fot. Primavera Sound 2016 Eric Pamies
Beak>


Beak = Disco przez dziwaków dla dziwaków, i to do tego tak mało ważne, że ich strona na wikipedii składa się z około dziesięciu zdań. Nawet obecność Barrowa z Portishead nie pomaga. Beak o tym wiedzą - byli z resztą pod wrażeniem, że ktokolwiek ich zna, nie mówiąc już o tym, że niektórzy kojarzyli kawałki z pierwszej płyty. Więc były one dedykowane “to all these weirdos in the first row”.

Koncert był fantastyczny - Beak rozkraczył się na granicy psychodelii, lo-fi, dance-punka i bóg wie czego jeszcze, co daje naprawdę unikalne brzmienie, kawałki trochę za długie na normalne, ale nie za długie w ogóle. Psychodeliczna motoryka. Przygaszone wokale. Wiele zespołów na głównych scenach nudzi powtarzalnością, wszystko takie ładne, gładkie i dobrze znane - spotkanie z Bristolczykami jest więc orzeźwiające i intymne, bo oczywiście większość jeszcze albo nie dotarła do Parc del Forum, albo woli brylować pod lepszą sceną przy lepszym zespole. A do takich “Yatton” czy “Wulfstan II” nogi same tańczą.

John Carpenter


Legenda horrorów dała pierwszy w życiu koncert tamtej nocy - 2 czerwca 2016 roku, przed gęstym tłumem. Było pierwszorzędnie: atmosfera kina akcji i dreszczy z lat 70-tych i 80-tych, ukłony w stronę Ennio Morricone, John żujący gumę i opowiadający w przerwach o inspiracjach do różnych filmów, o poszukiwaniach zielonookich piękności (oczywiście niebezpiecznych). Obejrzeliśmy wyselekcjonowane fragmenty wielu klasyków - dużo było zombie i innych upiorów wymieszanych z obrazami kapitalizmu. Jeśli ktoś kiedyś będzie miał szansę i ochotę na nostalgiczne granie, gorąco polecam Carpentera.

Psychic TV


Fantastyczna rozgrzewka przed festiwalem, dla małej grupki, której chciało się przybyć w poniedziałek wieczorem do Apolo i zobaczyć Genesis P-Orrige na żywo. Psychic TV to szczególna sytuacja, w której była gwiazda industrialu i wszystkiego, czego trudno się słucha/ogląda, zostaje liderem hardrockowej grupy, której gitarzysta produkuje ornamentalne riffy, a perkusista przed koncertem całuje się z młodym chłopcem. Kiczowato, ale znów - w bardzo nostalgiczny i uroczy sposób. Wracając do domu, śpiewaliśmy na głos “I really think so, ououou”.

https://www.youtube.com/watch?v=_YNJG6pJmGY

Savages

Uwielbiam te dziewczyny i pewnie mam problem z oceną tego koncertu - ale wydaje mi się, że było fantastycznie. Camille Berthomier, znana jako Jehnny Beth, ma wszelkie talenty liderki artystycznego ruchu, jest fenomenalną wokalistką, fantastyczną pisarką, która wychodzi poza ciasne ramy feminizmu w stronę uniwersalnych problemów, krytyki przemocy, władzy, kakofonii, mediów, wszystko to ponad podziałami na płci. Oprawione w brutalne dźwięki liryki są skrojone na wielkie, dobrze nagłośnione koncerty: słychać wtedy niuanse wokalu, a muzyka wprawia w trybalne drgawki. Jehnny spędziła dużą część koncertu na rękach tłumu - w jedynej konfiguracji z publicznością, jaka wypada punkowej artystce. Brawo.

Floating Points live

Muzyka przez intelektualistów dla intelektualistów. Floating Points zdobyli serca publiczności pięknym debiutem i ogromny tłum przyszedł sprawdzić, jak materiał ten sprawia się na żywo. Shepherd, znany przede wszystkim z doktoratu z neurologii i miłości do jazzowych klasyków, zebrał zespół, który doskonale rozumie jego muzyczne fascynacje. Dzięki nim orginalne utwory, subtelna, wdzięczna elektronika zaprawiona jazzem, stają się monumentalnymi jazzowo-funkowymi kompozycjami na scenie. A wizualizacje ilustrujące matematyczne kalkulacje przypominają, że grają je geeki.

https://www.youtube.com/watch?v=-f73houX03c

Wreszcie w superskrócie: doskonały koncert zagrali Drive Like Jehu - kolejny z rzadkich powrotów, tym rzadszych na scenie post-hardcore. Kaliforniczycy po 20 latach przerwy wrócili do grania w 2014 roku, i od tamtej pory od czasu do czasu, głównie w Stanach, da się ich gdzieś spotkać. Byli na Primaverze rarytasem, i godnie powetowali wszystkim fanom Radiohead niebecność na Shellacu. Ta sama estetyka, ten sam grubo ciosany math rock spleciony z hardcorem, ta sama ponura medytatywność wypełniona krytycznymi lirykami. Naprawdy świetny koncert. Podobnie było z Autolux - mimo niedoskonałego nagłośnienia, trójka z Los Angeles zagrała mniej więcej taki koncert, o jakim marzyłam. Brudny, noisowy, z przesterami i wycofanymi wokalami, z Carlą stojącą na perkusji śpiewającą balladę z “Pussy’s Dead”, z całym ich eksperymentalnym podejściem do grania. Zabrakło tylko “Turnistile Blues” do pełnej radości. Zamiotło mnie ostatecznie spotkanie z Ho99o9 - większość przestała ten koncert z otwartą gębą. Freak show, okropne zdjęcia, przedłużane paznokcie, peruki, dziwne ubrania, i najsurowszy z surowych punków, grany na perkusji przez drobnego chłopca, jako tło do rapu z getta. Bezlitosna jatka, proszę państwa. Zdecydowanie polecam w ramach przeżywania czegoś nowego. I lepiej na żywo, bo w domu aż tak nie boli.




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.