Facebook Google+ Twitter

Primavera Sound - co było piękne w Barcelonie i co warto zobaczyć w Polsce

Mamy dla was relacje z Dead Can Dance, Nicka Cave'a, Haxan Cloak, Deerhuntera po raz drugi i kilka innych doniesień. Katarzyna Borowiecka (uwolnijmuzyke.pl) i ja rozpamiętujemy dwa ostatnie dni festiwalu w Barcelonie.

 / Fot. XarleneSobota rozpoczęła się od cudu. Potem nie mogło być już lepiej, ale niekoniecznie cały czas było gorzej...

Katarzyna: Na początek sprawdziłyśmy, co mają do zaprezentowania Pantha du Prince & The Bell Laboratory. Wszelkie przesadzone określenia wydają mi się wciąż na miejscu w stosunku do tego koncertu. Było to genialne i jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję, biegnijcie na takie wydarzenie co sił. Nie mam pojęcia, skąd Hendrik Weber wytrzasnął tych magików (no dobrze, mam,wszystko zaczęło się od lunchu w Oslo...) ale ich współpraca to jedna z najlepszych rzeczy, jakie wydarzyły się w świecie muzycznym w tym wieku. Pantha na laptopie dopełniał bitami przepiękne dźwięki produkowane przez sześcioro Norwegów przy pomocy perkusji, wibrafonu, marimby i dzikiego mnóstwa przeróżnych dzwonów tudzież innych, trudniejszych do zidentyfikowania instrumentów. Całość brzmiała lekko, nieco podniośle, ale z wdziękiem, urzekająco i diabelnie tanecznie. Czasem muzycy odchodzili od instrumentów by zgromadzić się z przodu sceny z tajemniczymi przedmiotami w rękach - z dystansu trudno było zgadnąć, w jaki sposób wydawali z nich dźwięki, co podkręcało nastrój pełen magii i niesamowitości. Wszyscy byli przy tym ubrani stosownie do nazwy projektu w fartuchy, a ponieważ sięgały do ziemi, wyglądali jednocześnie nieco jak mnisi. Gdy światło przygasło i każdy z nich poszedł w górę przejściem między siedzeniami Auditori, z instrumentem w ręku, grając "Quantum", trudno było się oprzeć wrażeniu, że oto idą nas pobłogosławić. Surowa, delikatna kompozycja brzmiała przepięknie i aż przeszły mnie ciarki. Nie tylko mnie zresztą - gdy książę i laboranci dotarli na drugi koniec sali, uwieńczono ich marsz owacją na stojąco. A nie był to wcale koniec występu. Na deser zagrali dwa utwory z "Black Noise" Panthy - "Lay in a Shimmer" i "Satellite Snyper" .

Natalia: No, co do skali i znaczenia tego wydarzenia, byłabym jednak ostrożna, rzec jednak należy, że koncert był przepiękny. Jeśli ktokolwiek ma wątpliwości co do tego, że elektronika to fajny gatunek z mnóstwem niewykorzystanych jeszcze możliwości, powinien poszukać Laboratorium Panthy. Okazuje się, że za pomocą imponującego instrumentarium, z organami, perkusjami, klawiszami, marimbami i hmm... specyficznym zestawem instrumentów, na których został wykonany jeden z utworów (naprawdę, nie podejmę się opisu - chyba, że metalowa pałka przewleczona kolejną metalową pałką by wystarczyła komuś....), można zrobić rzeczy niezwykłe. Duch elektroniki do tańczenia został zachowany, do tego rzecz jasna troska o wizualia, charakterystyczna dla Panthy (tym razem nie spektakularne wizualizacje, ale cień instrumentów i muzyków ubranych w fartuchy były clue sytuacji), ale udało się go podać w niestandardowy sposób. Fascynujące wcielenie Panthy.

Na scenie Ray Ban zaraz po nich grał zespół Guadalupe Plata, który zagrał bodajże pierwszy tak wczesny bis - rock'n'rollowa energia, rzetelny warsztat, bardzo przyjemny koncert w stylu psychodelii lat 70. Wyraźnie jest wśród publiczności tęsknota do takiego grania, a że występ faktycznie dali dobry, entuzjazm nie dziwił. Kolejne przyjemne festiwalowe odkrycie.

Potem już była klasyka, czyli Mount Eerie na scenie ATP - znów piękny koncert na mojej ulubionej scenie. Kto zna twórczość Mount Eerie vel The Microphones, ten wie, że jest to granie niebywale subtelne, minimalistyczne, ciche i smutne. Phil Elverun w towarzystwie trzech uroczych pań (perkusja - dosłownie jeden talerz i bęben, klawisze i bas), które prześlicznie wokalnie dopełniały kompozycje, wykrzesali magiczne rzeczy ze swojego instrumentarium. Dominowały dwie ostatnie płyty, które nie ustępują ani nie odbiegają od poprzednich: są mroczne, nostalgiczne, sięgają głęboko do najczarniejszych zakamarków duszy, chociaż pozostawiają też sporo nadziei. Phil gra poza tym na hmm... ile to było? Dwunastostrunowej gitarze, całkiem imponujące zjawisko, choć nie jestem przekonana, czy przy jego minimalistycznym stylu ma to ogromne estetyczne wrażenie. Ach, no i poza "Clear Moon" i "Ocean Roar" był też, uwaga, cover The Microphones - "Ice". Bardzo ładny koncert. Pamiętam też, że w odbiorze przeszkadzał weselny jazgot Adama Greena... szkoda, że ATP zmieniło swoją zaciszną lokację i wiele cichych występów jest przez to narażonych na takie nieprzyjemne zderzenia.

Katarzyna: Dwunastrostrunowa gitara to rzeczywiście imponujące zjawisko, którego - wstyd przyznać - nie byłam do tej pory świadoma. Jednak sam koncert wiele stracił na otoczce - ogromną pomyłką było usytuowanie takiej cichej, nastrojowej muzyki na pustej festiwalowej scenie w pełnym słońcu tyłem do morza. Mount Eerie pasowałby idealnie do zacisznego Auditori, z dala od konkurującego z nim Greena, który brzmiał cokolwiek festynowo. Albo chociaż po zmroku.

Natalia: Na ATP grali też tego samego dnia moi faworyci - The Sea and Cake, zespół od lat przeze mnie posłuchiwany i jakoś wciąż w Polsce nieobecny. Pięknie zagrali - trochę zabrakło mi tylko różnych elektronicznych smaczków, które pojawiają się tu i tam w ich kompozycjach (ja je co prawda słyszałam, ale były mocno przytłumione przez resztę instrumentów), poza tym jednak perfekcja płytowych wykonań została odtworzona z należytą pieczołowitością. Ten zespół to w końcu zbiór wytrawnych muzyków, zajmujących się i post-rockiem, i popem, i nieco jazzującymi eksperymentami z alternatywnym graniem, więc efekty po prostu musiały być dobre. Bardzo też cieszył zrównoważony repertuar, w którym nie brakło ani muzyki z "Car Alarm" (mój ulubiony album, trochę bardziej zrelaksowany i wakacyjny), i nowego "Runner", i pozostałych płyt. Pięknie się panowie spisaliście.

Katarzyna: Moim zdaniem elektronika na tym koncercie to wytwór twojej fantazji. Panowie grali bardzo elegancko, acz porwać mogli chyba tylko swoich wiernych fanów.

Natalia: Żeby może dopełnić relacji z tejże sceny, wspomnę jeszcze o pozostałych występach - doskonale wypadli Thee Oh Sees, zespół z ponad dziesięcioletnią historią, co znów przekłada się na jakość występu. Nawet tak dzika i spontaniczna muzyka, jaką prezentują Kalifornijczycy, wymaga ciężkiej pracy (punk od dawna nie jest tylko trzema akordami) - umiejętne wplatanie keyboardów, wiolonczeli (czy to była wiolonczela?), ważenie sporej ilości gitar i basów wychodzi im jednak znakomicie. Publiczność oszalała, nic dziwnego, dostała przecież dość nieczęstą dawkę ogromnej energii połączonej z niezbyt natężonym noisem, a utwory świetnie łączyły się w całość. Zaczęli od "The Dreamer", przeprowadzili nas przez intensywną drogę, a potem wokalista uroczo zapowiedział ostatni kawałek, po którym zreflektował się, że "o cholera, mamy więcej czasu niż myślałem, no to zagramy jeszcze dwa". To jest podejście!

Na Phosphorescent udałam się z ciekawości, ufając intuicji. Och jakże mi brakowało takiego wyciszającego koncertu na Primaverze, gdzie wszyscy dookoła byli nie-Hiszpanami, czyli preferowali śpiewanie piosenek i uważne nasłuchiwanie od przekrzykiwania artystów. I znów pozytywne zaskoczenie - mimo mylącej, czy raczej niewiele znaczącej, szufladki indie, w którą się ten amerykański zespół wkłada, sporo słychać w nim tradycji amerykańskiego gitarowego grania i elementów country, ale nie takich, które mogą odstraszyć ludzi generalnie obawiających się muzyki country. Znów, ponad 10 lat na scenie robi swoje - utwory są supersubtelne, przepięknie przemyślane, a te wszystkie miłosne historie, wyśpiewane delikatnym wokalem Matthewa Houcka, głowy zespołu, świetnie wpasowują się w to bardzo klasyczne i amerykańskie tło. Zdaję sobie też sprawę z tego, że kompletnie mi dotąd nie znany zespół jest jednak ważnym fenomenem muzycznym dla wielu osób - wszyscy dookoła znali teksty.
Na koniec ATP-owego wieczora: pięć minut z Nurse with Wound, które widziałam dosłownie te 5 z bodajże dwudziestu minut koncertu. Było głośno i zapowiadało się na intensywne dronowe doświadczenie - ale Ty możesz nam opowiedzieć o tym trochę więcej.

Katarzyna: Tak jest, dla tego awangardowego, eksperymentalnego industrialu poświęciłam część koncertu My Bloody Valentine, co zresztą okazało się słuszną decyzją. Bądź co bądź tej jednostajnej, źle nagłośnionej ściany dźwięku w której znajdowały się okropne kawałki z beznadziejnej nowej płyty będę mogła doświadczyć jeszcze raz na Off Festivalu (choć być może dźwiękowcy sprostają wyzwaniu nieco lepiej...). A tymczasem Steven Stapleton z kolegami zafundowali mi set wprawdzie krótki, ale za to jakże intensywny - zza stołu zastawionego imponującą ilością tajemniczych elektronicznych instrumentów dwaj panowie wyczarowywali dźwięki przeszywająco niskie, tajemnicze, chrobotliwe i niesłychanie transowe. Dodatkowo leżała tam także gitara, po której strunach jeden z nich przesuwał małym smyczkiem. Więcej niż dronów było w tym wszystkim jednak hałasów, a to za sprawą trzeciego muzyka, który stał obok i doprawiał całość przepysznymi przesterami z gitary elektrycznej, zamieniając ten trzydziestominutowy set w prawdziwą orgię dziwnych dźwięków. Widzę, że tym razem idziemy kluczem scen, to która następna?

Natalia: Została nam jedna sytuacja z Ray Bana - Dead Can Dance, zdecydowanie jeden z najbardziej oczekiwanych i emocjonalnych dla mnie koncertów - i to nie dlatego, że jestem wielką fanką zespołu, po prostu ta ostatnia płyta rzuciła mnie na kolana. Koncert sprostał moim oczekiwaniom i z nawiązką oddał urodę tej płyty. Zaczęli, tak jak przewidywałam, fenomenalnym "Children of the Sun", które wyśmienicie otwiera spotkanie z "Anastasis", budując ten ulotny klimat mistycznej i epickiej historii o ludzkości, którą Dead Can Dance opowiadają na swój własny sposób. W najnowszej narracji mnóstwo jest mitologicznych odwołań, baśniowości, otwierających nowy intelektualny wymiar. To takie remedium na kryzys, kiedy jedyne, o co potrafimy się martwić, to finansowy status i zamach na klasy społeczne - Brendan opowiada o duchowych korzeniach i rezurekcji, bo takie jest znaczenie greckiego terminu, którym zatytułowali album. Odwołali się też do kryzysu, kowerując "Ime Prezekias" , grecki tradycyjny utwór, który w metaforze uzależnienia od kokainy zawiera wiele ciekawych obserwacji na temat Grecji, politycznej siły i ludzkiej natury. Znamienne są słowa Man, if I were a dictator, the world could turn to ashes for all I care /as long as I've got someone to light my hookah /and someone else to put it out - dobitna metafora kapitalistycznych niedociągnięć.

Katarzyna: Warto wspomnieć, że dylemat - nie wiem jak ty, ale ja go miałam - pod tytułem "Dead Can Dance czy Band of Horses?" rozwiązał za publiczność huragan w Stanach Zjednoczonych. W miejsce amerykańskiego kwintetu po raz drugi zagrał Deerhunter, którego można było zobaczyć także jeszcze w niedzielę, więc wybór stał się oczywisty. Do tego, co już opowiedziałaś, dodam, że Dead Can Dance wyglądali przy tym spektakularnie, głównie za sprawą Lisy Gerrard w lśniącym płaszczu do ziemi i z majestatyczną fryzurą (tak, ona potrafi udowodnić, że fryzura może być majestatyczna). Wokalnie przewodził jednak pan, grający także na bozouki. Ten koncert miał podobnie plemienny klimat jak występ The Knife, jednak w wydaniu mocno folkowym, tradycyjnie ludowym.

Gdzieś między DCD a następnym koncertem żywej legendy zahaczyłam o skład mający nie mniejsze znaczenie, Wu-Tang Clan.Żałuję, że nie usytuowanie w programie nie pozwoliło mi na więcej niż trzy kawałki. Nie jestem znawcą tej wielkiej formacji, ale przez tę chwilę bawiłam się świetnie - hip-hop swoją kuriozalnością dorównuje metalowi (specyficzna otoczka, etos dopełniający brzmienie, zestaw poglądów i charakterystyczna powaga), ale jest przy tym zdecydowanie milszy dla mego ucha. Choć preferuję wykonawców zajmujących się instrumentalną wersją tego gatunku, raperzy na żywo sprawdzają się świetnie. A to za sprawą wodzirejki - jeśli potraktuje się rzecz w odpowiednich kategoriach i wczuje w klimat, satysfakcja jest gwarantowana. Przez kilka minut pod Primaverą zdążyłam oprócz wysłuchania historii o żądnych milionów sukach uczcić pamięć nieodżałowanego Ol' Dirty Bastarda przy pomocy świecenia komórką. Abstrahując od szacunku dla zmarłych i przepraszając poważnych fanów - jak można się nie ubawić?...

Natalia: Jako że na uroczy Ray Ban już nie było tej nocy sensu wracać, to może skończymy historie z Heinekenem, gdzie było doskonale? Najpierw Nick Cave, który prosił się o pożarcie przez publiczność, przede wszystkim jej kobiecą część - temperament, z jakim zagrał ten koncert, dzikie tańce, wychodzenie do publiczności, przytulanie dziewcząt, mocno nasączone erotycznym elementem, siłą rzeczy doprowadziły mnie do konkluzji, że Nick to wciąż cholernie atrakcyjny mężczyzna. Z drugiej strony byłam zaskoczona nieśmiałą reakcją Hiszpanek - zdecydowanie płomiennie wyobrażam sobie Polki w takiej konfrontacji. No dobra, ale do rzeczy - koncert był wyśmienity. Zabrakło mi, oj zabrakło, brudnej twarzy niektórych dokonań grupy (tak tak, ja ciągle o tym "Dig, Lazarus, Dig!!!" gadam), ale cała masa mrocznych subtelności, które zagrali, zrekompensowała mi te braki. Koncept wymieszania świeżych kompozycji ze starociami jak "From Her to Eternity" czy "The Weeping Song" sprawdził się znakomicie, omijając najdrapieżniejsze momenty w karierze i manifestując filozoficzną spójność zespołu - to ciągle są te same tematy, oprawione trochę inaczej, opisane na nowy sposób. Szkoda, że publiczności znów zabrakło jaj i nie podołali wywołać panów powtórnie na scenę - o Openerowe bisy na szczęście się nie obawiam.

Katarzyna: Rzeczywiście, aż płonę z ciekawości, co też polskie fanki zrobią z wyzwaniem, za przeproszeniem, suck my dick... Nick rozpoczął od "Jubilee Street", najpiękniejszej kompozycji na nowej płycie, a skończył na tytułowej "Push the Sky Away", co było bardzo udaną klamrą. Najgorętszym momentem była tradycyjna folkowa piosenka "Stack-a-Lee", którą Bad Seeds wzięli na warsztat w 1995 roku. Całość znakomita, choć mnie tym razem udręczyli paplający Hiszpanie.

Natalia: A potem My Bloody Valentine, czyli słynna ściana dźwięku, przecudny koncert. Podobno grupa ta grywa dwa rodzaje koncertów: wkurzony bezlitosny hałas albo zrównoważony shoegaze, który nikomu nie grozi utratą słuchu. Całe szczęście, że na Primaverze byli w tym drugim nastroju - mogłam wyjąć zatyczki z uszu i cieszyć się pełnią doświadczenia. Mam wątpliwości co do nagłośnienia - wokalu nie było słychać w ogóle, czasami coś tam dotarło do naszych uszu - ja wiem, że estetyka zespołu pozwala na takie efemeryczne efekty, ale bez przesady. Te wokale na płytach są zdecydowane, ewidentne - mam więc powody myśleć, że akustyk znów nie dał rady. Podobnie nie jestem pewna, czy hałas, którym uraczyli nas na koniec, był planowanym zabiegiem: niebywały szum zakrył wszystko na dobrych kilka minut. Ale tutaj prawdy się już nie dowiem. Cokolwiek dobrego potraficie sobie wyobrazić na temat MBV na żywo, powinno oddać doświadczenie tego koncertu. Było pięknie, hałaśliwie, melodyjnie i nostalgicznie - dostaliśmy dużo starych dobroci,przeplecionych utworami z tej długo oczekiwanej, nowej płyty - doskonale splatające się w całość. Jedyne, czego jeszcze mogłabym zapragnąć, to "Slow", miejmy nadzieję, że na Offie się to uda. MBV mają się wyśmienicie.

Katarzyna: Owszem, był to dobry koncert, ale nie przesadzałabym z zachwytami. Ze swojego miejsca wokale słyszałam całkiem elegancko, zatyczek też nie potrzebowałam, mimo przebywania blisko sceny. Zdecydowanie najgłośniejszym z widzianych przeze mnie na żywo zespołów pozostają Swans, gonieni przez Fuck Buttons. Zespół Shieldsa na scenie wygląda intrygująco - wszyscy po prostu stoją produkując jak najwięcej hałasu. Jako zdecydowany przeciwnik nowej płyty doznałam przykrego uczucia irytacji słysząc "Only Shallow" zaprawione rzężeniem gitarowym rodem z tego krążka, strasznie zepsuty kawałek. Na szczęście druga z moich ukochanych piosenek, "Come in Alone" zabrzmiała już doskonale - taki to był koncert przeplatanych wrażeń. Końcowa dawka hałasu wydaje mi się jak najbardziej planowana i zrobiła na mnie całkiem korzystne wrażenie, taki lekko ironiczny finał zmieniający marzycielski shoegaze w pełen mocy noise. Chcę im dać jeszcze jedną szansę na Offie, ale nagrania "m b v" już nie cofną...

Natalia: Wreszcie Primavera - taka fajna scena i taki koszmarny koniec. Hot Chip zagrali po MBV i postanowiłyśmy zgodnie na tym występie zakończyć przygodę w Parc del Forum w tym roku. W sumie szkoda, lepiej było słuchać pitolenia gdziekolwiek indziej, niż przekonać się o tym, że Hot Chip przetransformował się w popowy koszmar. Ten koncert nie miał racji bytu - poszukiwania są dobre, ja rozumiem, że się człowiek nudzi, kiedy musi grać szlagiery dla indie młodzieży już od dekady, ale jeśli poszukiwać, to z głową. Tymczasem w przypadku Hot Chip doszło do straszliwej degradacji: wokalista już nie śpiewa, tylko miauczy, i to żałośnie. Melodie przetransformowały się w superkicz, nieudolny synthpop, który wyróżnia się od reszty tylko totalnym brakiem polotu. Drugie wiejskie wesele na Primaverze tego samego dnia.

Katarzyna: Ha, postanowiłyśmy zgodnie, chcesz powiedzieć - nie posłuchałam ostarzeżenia. Nieprzyjemność usłyszenia Hot Chip miałam już rok temu na festiwalu Nowa Muzyka i raczej nie paliłam się do przeżycia tego ponownie. Poszłam z tobą jedynie aby móc potem powiedzieć a nie mówiłam? i ewentualnie umilić sobie czas szyderstwami. Zupełnie nie pojmuję, jak ci sami muzycy mogą produkować tak nieziemsko boskie sety elektroniczne i grać taką chałę. Choć najsłabszy punk stanowi rzeczywiście wokal.

Ale na koniec mogę na szczęście wspomnieć jeszcze o kilku przyjemnych rzeczach. Mianowicie z bólem serca oddalając się od seksownego Nicka zajrzałam jeszcze na chwilę na ATP, gdzie z akompaniamentem Bad Seeds w tle grali Meat Puppets. Ten moment festiwalu był w ogóle najboleśniejszy - na Heinekenie Cave, na ATP taki klasyk, na Ray Banie smutne piosenki o miłości Camery Obscury, na Primaverze szaleństwa z Danem Deaconem... Coś trzeba było jednak wybrać. Meat Puppets stanowili chyba najsłabszy punkt na tej liście, ale byli najbliżej zwycięskiego Nicka, więc skoro jest okazja, żal nie sprawdzić, co mają do pokazania. Trafiłam idealnie, na piosenkę rozsławioną przez Kurta Cobaina, "Plateau". Śliczne, rockowo-folkowe granie. Później panowie przeszli do bardziej skocznych i okraszonych odrobiną country rytmów, więc wróciłam do Bad Seeds.

Został mi jeszcze jeden koncert do opisania - Liars. Czy my na pewno jesteśmy na dobrej scenie?... zapytała mnie koleżanka znająca tylko "Sisterworld". Widziałam to trio już po raz trzeci i za każdym razem brzmieli inaczej (chociaż na Offie brzmieli po prostu źle, ale to za sprawą nagłośnienia, uwierzcie). Ostatnio panowie są zafascynowani samplingiem, więc mocno elektroniczne brzmienia dobiegające z Pitchoforka wcale mnie nie zdziwiły. Dostaliśmy sporo premierowego materiału, który zmienia zespół w Disco Liars i choć mocno różni się od tego, do czego zdążyli przyzwyczaić swoich fanów, wciąż ma moc pulsujących rytmów i lekko agresywną energię charakterystyczne dla twórczości grupy. Set był wyśmienity i tylko "Overachievers" z rockowej "Sisterworld" średnio do niego pasowało - po przerzuceniu się na aranżację elektro kompozycje tego typu nie wychodzą Liarsom najlepiej. Co innego świetne "WIXIW" czy "No 1 Against the Rush", nie wspominając o doskonałym "Broken Witch". Eksperymentowanie w perfekcyjnym wydaniu.

Choć teren Parc del Forum żegnałyśmy przy akompaniamencie nieznośnego niezamierzonego jazgotu, to jednak opuszczałyśmy go z mnóstwem wspaniałych wrażeń. To był koniec, ale nie ostateczny.

Natalia: Wreszcie pożegnalne koncerty na Via Paral.Lel. Zaczęło się tragicznie, kiedy w Barts zasiadłyśmy dzielnie do słuchania starego jak świat alternatywnego zespołu w stylu The Smiths czy cośtam innego z Wielkiej Brytanii, ja z wyraźnym nabożnym życzeniem, żeby to było jakieś ładne odkrycie wielkiego talentu, który po prostu przeszedł niezauważony, bo tak przecież bywa. Ale nie, ich brak sławy jest absolutnie uzasadniony - straszne, pretensjonalne smęty o miłości, żałosne teksty i muzyka do kotleta. Panowie nazywają się The Orchids i zdecydowanie nie marnujcie na nich czasu.

Katarzyna: Potwierdzam, był to tatuśkowaty zespół wyglądający jak prosto z festiwalu w Pcimiu, gdyby na wiejskich festiwalach zamiast lokalnego folkloru i disco polo pokazywały się podrzędne brytyjskie zespoliki. Odpowiednik czegoś takiego widziałam zresztą kiedyś w Krakowie na open micu i na takich okazjach The Orchids powinni się skupić.

Natalia: Później była Julie Doiron, pani z gitarą (to już alarmujące), która znudziła nas jeszcze bardziej bezustanną repetycją: każdy kawałek brzmiał dokładnie tak samo. Starała się być urocza i fajnie, że zdecydowała się na koncert z elektrykiem w ręce w zaawansowanej ciąży, zabrakło jednak jaj w tym koncercie (feministki, nie czepiajcie się).

Katarzyna: Julie na początku była urocza, ale jak długo można słuchać tej samej piosenki... zwłaszcza będąc po tygodniu intensywnego koncertowania. Ani ona, ani towarzyszący jej pan z drugą gitarą nie byli w stanie zatrzymać nas do końca.

Natalia: Dopiero Allah-Las nas pobudzili. Odnalazłyśmy sobie cudny kącik w sali Apolo, z którego widać było muzyków z boku (bardzo miła i niespotykana perspektywa), a ci przenieśli nas w lata sześćdziesiąte. Było trochę beatlesowsko, trochę kinksowsko, trochę psychodelicznie, trochę lo-fi. Naprawdę świetnie zagrany koncert, aż się ten sztampowy obraz pustyni i niekończących dróg narzucał słuchaczowi.

Katarzyna: Nieodparcie przypominali mi moich ukochanych Black Lips - to równie bezpretensjonalne, beztroskie czerpanie pełnymi garściami z klasyki rocka, zwłaszcza tego surfującego. Gitarowe czary a la Velvet Underground doprawione energicznym wokalem. Momentami panowie brzmieli jak Dire Straits i to już było nieco mniej fajne, ale dobrze było zobaczyć ten koncert, bo podobno Black Lips są mniej przyjemni na żywo, kultywując ducha punkowego przy pomocy różnego rodzaju płynów ustrojowych.

Zajrzałam jeszcze na chwilę na koncert Merchandise, którym ty wzgardziłaś na podstawie występu w Parc del Forum, i nie wydał mi się szczególnie okropny - wokalista ma bardzo miły, niski głos, muzyka jest w porządku. Ale może rzeczywiście szybko się to nudzi.

Natalia: Przepięknie wypadł za to Haxan Cloak. Majstersztyk. Idealnie pasowała mu malutka przestrzeń dolnej sali Apolo, pomalowana na czarno i uzupełniona surowymi kratami i jakimiś elementami instalacji. Artysta zniknął gdzieś w tej ciemności, otoczony tylko białą mgłą gęstą jak mleko, którą czasami wstrząsały błyski stetoskopu. Nie musieliśmy go oglądać, wystarczyła ta masa doznań, które dostarcza słuchaczom swoimi dźwiękami. Jego nowa płyta, "Excavation", ma tę specjalną właściwość, że nie jest tak właściwie do słuchania, a przynajmniej nie do końca - część częstotliwości rozgrywa się w starciu z podłogą, ścianami, ma wibrować, pomijając słuch trafiać do umysłu. To się udało doskonale: zmysły zostały wyciszone, bo bodźców było niewiele, pozostało więc tylko przeżywanie i pochłanianie tego, co pozostało: trochę światła, mnóstwa dźwięków i gigantycznych, mrocznych wibracji. Tytuł płyty doskonale nazywa to doświadczenie zanurzania się w samym sobie, sięgania po rzeczy niewidoczne i głęboko ukryte, a niesamowicie ciemne, ambientowo-dronowe obrazy, które maluje Hoaxan, są idealnym przewodnikiem.

Katarzyna: Haxan zabrał nas do swojej jaskini, stając się przewodnikiem niewidzialnym, ale jego obecność była odczuwalna bardzo dobrze. Salą wstrząsały grzmoty jego muzyki skojarzone z błyskawicami reflektorów, wszystko było mroczne i budowało niesamowity klimat. Właściwie nie było potrzeby patrzenia na scenę, przy zamkniętych oczach rozpryski światła nadal docierały gdzieś pod powieki, a brak rozgadanych Hiszpanów w zasięgu wzroku pozwalał lepiej zanurzyć się w produkowanej przez wykonawcę przestrzeni. Wkradały się w to wszystko nieco bardziej taneczne bity, doskonale podkreślając na zasadzie kontrastu mocniejsze, mniej ustrukturyzowane brzmienia. Uczestnikom Offa gorąco polecam.

Natalia: No i na koniec Deerhunter, czyli moje nowe koncertowe uzależnienie - nie wiem, czy tej nocy nie byli jeszcze lepsi, niż na Ray Banie dwa dni wcześniej. Zdarzyło się trochę więcej, mam też wrażenie, że delikatna nostalgia wdarła się w ten koncert, szczególnie gdy pod sam koniec zaczęły dominować długie przesterowane hałasy - muzycy poddali się nastrojom, a Bradford zdawał się jakoś taki... smutny? Mimo to zakończenie koncertu było niesamowite, "Agoraphobia" przeszła w bardzo długi jazgot gitar, cudowny punkt kulminacyjny.

Większość utworów już i tak słyszeliśmy dwa dni wcześniej, i znowu żałowałam, że nie zechcieli wrzucić na listę "Operation". Koncert w każdym razie fantastyczny.

Katarzyna: Setlista niby prawie identyczna, ale koncert inny - chyba nikogo nie trzeba szczególnie przekonywać do tezy, że im mniejsza sala, tym milej. W Apolo było nieco intymniej, można było podejść bliżej, dostrzec smutek Bradforda bez pośrednictwa kamer, muzycy też jakby po dwóch koncertach lepiej się rozkręcili. Wszystko było bardziej hałaśliwe, spontaniczne, szalone. Locket mniej śpiewał, panowie w pewnym momencie porzucili wyjące gitary i wyszli, ale wrócili na smakowity bis, grając perfekcyjne połączenie melodii z nieokiełznanym hałasem. Miejmy nadzieję, że po występie na sierpniowym festiwalu Łowcy zawitają również do jakiegoś polskiego klubu.


Primavera jest świetnym wyborem dla każdego, kto chce zażyć w pigułce wszystkie hity koncertowe sezonu. Nie do końca satysfakcjonująca jest taka godzina, na przykład Nicka Cave'a, publiczność hiszpańska ma mnóstwo mankamentów. Ale uczta muzyczna jest prawdziwie wykwintna. Pierwszą ogłoszoną gwiazdą przyszłorocznej edycji jest powracający po latach Neutral Milk Hotel.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.