Facebook Google+ Twitter

Prof. Władysław Bartoszewski: - Jestem umiarkowanym optymistą

  • Źródło: Dziennik Bałtycki
  • Data dodania: 2007-04-07 07:17

Z profesorem Władysławem Bartoszewskim spotykamy się w jednej z sopockich kawiarenek przy ulicy Boh. Monte Cassino. Jest wyjątkowo rozluźniony, pogodny. Wygląda na wypoczętego. Mimo swojego wieku ma w sobie tyle energii i pogody ducha, że można mu pozazdrościć.

Od początku rozmowy zastrzega, że opinie, które wypowiada, są opiniami i spostrzeżeniami jego - skromnego obywatela, Władysława Bartoszewskiego. Jego urokowi i sile słów trudno się oprzeć...
Rozmawiamy w Wielki Piątek, dzień męczeństwa Chrystusa. Co Pan myśli na ten temat, że ludzie w naszych czasach często wstydzą się symboliki religijnej? Uciekamy od tego, wolimy, aby nasze życie było prostsze, łatwiejsze. Martwi to pana?
- Jeśli chodzi o symbolikę zewnętrzną, to nie zawsze trafia mi ona do przekonania. Byłem wychowany w gimnazjum i liceum katolickim, ale nikt od nas noszenia krzyża nie wymagał. Czy ludzie są lepsi w Wielkim Tygodniu? To wie tylko Pan Bóg. Żadna statystyka nie obejmuje tego, co człowiek ma w sercu. Czy my jesteśmy lepsi, bo uwielbiamy Jana Pawła II? Gdyby prześledzić jego wypowiedzi z lat PRL i po 1989 roku, to widać narastającą troskę, wiele ostrzeżeń, bólu, ostrych sformułowań. On oczekiwał czegoś innego od narodu suwerennego niż tego, któremu trzeba było pomagać w drodze do suwerenności. On widział, że kondycja tego narodu odbiega od jego wyobrażeń. Czy poziom moralności społeczeństwa jest wyższy? Nie powiedziałbym tego. Ale nie powiedziałbym też, że jest on gorszy! Jednak zjawiska negatywne, takie jak masowa korupcja, negatywny stosunek do własnego państwa albo obojętność wobec niego na pewno odbiegają od wyobrażeń tych, które chcielibyśmy opierać na naukach, np. Jana Pawła II. Dopiero co obchodziliśmy uroczyście drugą rocznicę Jego odejścia. To skłania do refleksji, ale czy wystarczająco dużo ludzi? Nie sądzę. Nie uważam, aby groziły nam puste świątynie, brak refleksji, brak chęci działania. Jestem umiarkowanym optymistą, choć procesy społeczne nie sprawdzają się w ciągu trzech miesięcy ani w ciągu trzech lat.
- Prezydent Sopotu, występując o nadanie panu tytułu Honorowego Obywatela Sopotu, powiedział, że jest pan "ucieleśnieniem patriotyzmu". Zatem - czym dla pana jest patriotyzm?
- To więź z najbliższymi i najważniejszymi wartościami. To przedłużenie więzi, którą normalny człowiek powinien mieć z ojcem, matką, rodzeństwem, z interesem otoczenia, regionu, miejscowości. To też przywiązanie do wartości kulturowych, takich jak język, obyczaj, krajobraz. Stąd właśne pochodzi przywiązanie górali do gór, Kaszubów do Kaszub, krakowiaków do Krakowa, poznaniaków do Poznania itd., choć pracują w różnych miejscach na świecie. Kiedy byłem w Senacie, miałem wiele do czynienia z profesorem Edmundem Wittbrodtem i z przyjemnością obserwowałem, jak on łączy swoje działania, wykształcenie ze swoim ogromnym przywiązaniem do miejsca pochodzenia. Od tego człowieka to wręcz promieniowało.

- A czuje się pan związany z Sopotem, obywatelem którego stanie się Pan już za kilka dni?

- Moje związki z Sopotem sięgają 1934 roku. Kiedy to byłem 12-letnim uczniem gimnazjum, ojciec zabrał mnie do Gdyni, wówczas bardzo intensywnie rozbudowywanej. Odwiedziliśmy także Wolne Miasto Gdańsk. Byłem wówczas pierwszy raz za granicą i dlatego nigdy tego nie zapomnę. Ludzie na ulicach mówili po niemiecku. Miałem wtedy za sobą 1,5 roku nauki tego języka i jakieś tam pojęcie o kilkudziesięciu słowach. Ojciec pojechał także ze mną do Sopotu, żeby obejrzeć, rzecz jasna, tylko z zewnątrz "Grand Hotel" i Kasyno. Pospacerowaliśmy po Sopocie, potem wróciliśmy do Gdańska i statkiem popłynęliśmy na półwysep. Do dziś mam fotografię z ojcem zrobioną przed Dworem Artusa w Gdańsku. Mówiąc anegdotycznie, moje kontakty z Sopotem trwają ponad siedemdziesiąt lat.
- Wróćmy do współczesności. Nawet w tej przedświątecznej atmosferze trudno uciec od tematu lustracji. Ile czeka nas jeszcze poprawek w ustawie lustracyjnej i jakie będą konsekwencje obecnej lustracji dla naszej dyplomacji?
- Wiem, że kiedy wybierałem kandydata na ambasadora, to otrzymywałem na jego temat informacje biograficzne i mniej więcej wiedziałem o jego przeszłości. Nie było dla mnie przeszkodą przy nominowaniu, że ktoś był członkiem PZPR, a było przeszkodą, jeżeli był w SB. Preferowałem ludzi przygotowanych i wyszkolonych, niezależnie od przeszłości PRL. Bardzo wielu takich udało się dobrze obsadzić. Generalnie nie mam złego stosunku do lustracji. Sam dostałem wezwanie w drugiej dekadzie marca od pana prezydenta, abym się zlustrował jako sekretarz kapituły Orderu Orła Białego. Złożyłem więc w odpowiednim biurze oświadczenie, że nie byłem ani tajnym, ani jawnym współpracownikiem. Mnie to ujmy żadnej nie przynosi, bo dlaczego miałoby być inaczej? Problem miałbym, gdybym był szefem i musiałbym usuwać ludzi w związku z takim czy innym przebiegiem postępowania. Ja osobiście takiego problemu nie mam. Od początku uważałem, że ustawa jest sklecona pośpiesznie i obarczona wieloma błędami. Niektórzy senatorzy również zwracali na to uwagę. Jeśli chodzi o służbę zagraniczną, to nie oszukujmy się... Na całym świecie, do służby zagranicznej używani byli pracownicy służb specjalnych. Trzeba rozróżnić, czy ktoś służył Układowi Warszawskiemu, czy Rzeczpospolitej Polskiej. To jest ta zasadnicza różnica! Szum medialny wokół lustracji i powodowanie tego szumu przez nieprzemyślane wypowiedzi uważam za szkodliwy, chociaż za mniej szkodliwy niż niewiarygodną, horrendalną wypowiedź członka rządu pana Antoniego Macierewicza, który powiedział i nigdy tego nie odwołał i nie przeprosił, podobnie premier i pani minister spraw zagranicznych, że ponad połowa - co najmniej 5 ministrów spraw zagranicznych - była obcymi agentami. Czekam teraz na tego partnera, który przyjdzie i zaproponuje nam współpracę. Gdybym był politykiem innego państwa powiedziałbym, że to teren zadżumiony, tu rządzi agentura. I to jest szkodliwe, a nie - mniej lub bardziej właściwe - interpretowanie ustawy lustracyjnej.
- Mediatorem na Ukrainie ma być kanclerz Austrii z inicjatywy Wiktora Janukowycza. Czy to nie jest swego rodzaju spychanie Polski do drugiej, a nawet trzeciej ligi? To nie dlatego, że Janukowycz nie chce widzieć w nas partnera, a może bardziej ze względu na brak umiejętności mediacyjnych prezydenta Kaczyńskiego?
- Nie obciążałbym prezydenta sposobem widzenia pana Janukowycza, który jest wyrobionym politykiem. Pan Alfred Gusenbauer jest kanclerzem od kilku miesięcy, jest to lewe skrzydło socjaldemokracji, nic nie rozumie ze spraw rosyjskich, jest zatem idealnym kandydatem, aby mu mówić, co się chce. Nie wątpię, że pan Janukowycz wie, iż prezydent Polski, bez względu na to kto by nim był, jest człowiekiem kompetentnym i posiada wiedzę o Ukrainie. Ważne jest to, kto kogo zaprasza. Do tej pory popieraliśmy pomarańczową rewolucję i nie widzę powodu, dla którego miałoby się to zmienić. Oni natomiast mogą zdanie zmienić.
- Wkrótce będziemy prowadzić negocjacje w sprawie tarczy antyrakietowej...
- Rozmowy nie mają być prowadzone według wzorca A lub B. Mają być prowadzone skutecznie. Po wyniku ocenia się wszystkie działania w polityce zagranicznej i nie tylko, a nie po tym co się mówi i co ma się zamiar zrobić. Ważne jest to, co się osiągnie. A to co się chce osiągnąć, trzeba wiedzieć wcześniej. Tu potrzebna jest sztuka dyplomacji. Nie jest nią uśmiech nawet najprzystojniejszego ministra.
- Jak Pan widzi Annę Fotygę, obecną minister spraw zagranicznych?
- Na pytanie jak widzę mogę jedynie odpowiedzieć - nie widuję, nie utrzymuję kontaktów. Ostatnio widziałem ją w maju 2006, w czasie wspólnego pobytu w Berlinie, ale nie prowadziłem tam z nią rozmów. Uśmiechaliśmy się do siebie i na tym się skończyło.

Kameralna uroczystość w kameralnej sali


Uroczystość, podczas której prof. Władysław Bartoszewski odbierze tytuł Honorowego Obywatela Sopotu, odbędzie się 11 kwietnia w Sali Koncertowej Filharmonii Kameralnej Sopot, na terenie Opery Leśnej. Laudację wygłosi dr Aleksander Hall, historyk, polityk, poseł na Sejm w latach 1991-1993 i 1997-2001. Uroczystość uświetni koncert Polskiej Filharmonii Kameralnej Sopot pod dyrekcją Wojciecha Rajskiego. Wstęp tylko za zaproszeniami. Mieszkańcy Trójmiasta natomiast będą mogli spotkać się z profesorem Bartoszewskim w czwartek, 12 kwietnia, o godzinie 17, w sali posiedzeń Rady Miasta Sopotu przy ulicy Kościuszki 25/27.

Kim jest prof. Władysław Bartoszewski


Prof. Władysław Bartoszewski urodził się 19 lutego 1922 r. w Warszawie, polityk, działacz społeczny, historyk, pisarz. We wrześniu 1939 roku wstąpił do służby cywilnej obrony stolicy w charakterze noszowego i związał się z Polskim Czerwonym Krzyżem. Rok później trafił do hitlerowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. W 1942 wstąpił do Armii Krajowej i zaangażował się w „Żegotę“, organizację pomagającą Żydom. Pomagał uczestnikom powstania warszawskiego. W latach 1946-54 dwukrotnie więziony. Od 1982 roku współredagował "Tygodnik Powszechny". Dwukrotnie pełnił funkcję ministra spraw zagranicznych - w latach 1995 i 2000. W 1997 roku został wybrany senatorem RP, zyskując imponujące poparcie 470 tys. obywateli. Kawaler Orderu Orła Białego, honorowy obywatel państwa Izrael. Jest także honorowym obywatelem Gdyni.
Izabela Heidrich

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

minus. Pan Władysław Bartoszewski nie był i nie jest profesorem, wiec artykuł jest po prostu propaganda kłamstwa.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.