Facebook Google+ Twitter

36 miejsce

Profilaktyk z sercem

Rozmawiam z nastolatkami o uczuciach. W szkołach ani w domu prawie nikt tego nie robi – wywiad z Robertem Banasiewiczem, specjalistą terapii uzależnień

 / Fot. archiwum prywatneProwadzi działania profilaktyczne w szkołach na Mazurach. Opowiada Pan wtedy dzieciakom o swoim doświadczeniu związanym z uzależnieniem?
Nie.
Dlaczego?
Bo nikt by tego nie zrozumiał. Proszę sobie wyobrazić, że przychodzę - a mam 50 lat - i mówię im o tym, że 20 lat temu ćpałem heroinę. I co się okazuje? Oni w ogóle nie wiedzą, co to – co to jest heroina! A jak opowiadam, że jeździłem na wieś i kupowałem słomę, to oni w ogóle nie rozumieją, o czym ja im mówię… Bo dla nich to jest prehistoria. Teraz są inne narkotyki i co innego się bierze. A poza tym, proszę zauważyć, że jeżeli oni patrzą na mnie - człowieka, który przez 15 lat używał mocnych narkotyków a dziś jest zdrowy, przeżył to… To pojawia im się naturalna myśl: jeśli on sobie poradził, to ja sobie poradzę! Mogę brać! Bo skoro on wyszedł z uzależnienia, to każdy może wyjść!
Ja, jeśli się posługuję własną historią tylko po to żeby im powiedzieć, że ja wiem jak to jest, jak było – byłem w tym miejscu, brałem, ale nie w tym rzecz, że brałem narkotyki. Rzecz w tym, po co je brałem. A brałem je, bo nie wiedziałem, kim jestem, bo bałem się życia. Musiałem więc znaleźć sposób na to by znaleźć ulgę od tego napięcia, więc brałem narkotyki… One były jak lekarstwo na strach, smutek, napięcie. Dlatego kiedy rozmawiam z nastolatkami o narkotykach, to rozmawiam z nimi o powodach używania i o tym co zrobić, żeby nie mieć takich powodów.
Według badania „Młodzież 2016” w ciągu miesiąca poprzedzającego badanie w 2016 roku: 72% uczniów przynajmniej raz piło piwo, 63% – wódkę i inne mocne alkohole, a 41% – wino. Z najnowszego sondażu wynika, że co najmniej raz w ciągu miesiąca przed badaniem upiło się 44%. Jednocześnie 20% uczniów i 14% uczennic miało kontakt z narkotykami. Co nastolatki wiedzą o narkotykach i alkoholu?
Prawie wszystko. Jest Internet w którym można wszystko znaleźć. Nastolatki wiedzą, jakie zagrożenia wiążą się z alkoholem i narkotykami, wiedzą też jak te substancje działają. I wiedzą też, że zagrożenia związane z używaniem wcale nie są takie wcale straszne, bo już zapalili jointa (albo któryś z ich kolegów) i nic im się nie stało. I prawda jest taka, że gdyby pani do nich przyszła i chciałaby z nimi porozmawiać o narkotykach czy alkoholu, to – mówiąc kolokwialnie - oni nie będą chcieli z panią gadać. Bo im się nie chce o tym słuchać i patrzeć na kolejnego mądralę, który będzie im chrzanił, że „zioło jest be”. Dlatego ja nie rozmawiam z nimi o narkotykach. Ani o tym, że są szkodliwe.
To, o czym Pan rozmawia?
O tym, co czują. Proszę też każdego z nich żeby odpowiedział sobie na takie pytania: kim jestem, co czuję, jakie mam pasje, zainteresowania, co mogą zrobić? Pytam ich, jakie mają uczucia i czy wiedzą, jakie mają uczucia. A także, czy ich zdaniem ich rodzice widzą i czują, co się dzieje.
To może być dla nich trudne – obawiam się, że mogą się wstydzić, czuć nieśmiałość, niepewność…
Oczywiście, że tak. Stąd każda profilaktyczna sesja 45 minutowa ma swoje fazy. Na początku spotkania – i to jest normalne - uczniowie są jeszcze pozamykani. Tym bardziej, że proszę ich żeby usiedli w okręgu… Okazuje się bowiem, że bardzo trudno im usiąść razem, naprzeciw siebie, bez żadnych barier... Oni są przyzwyczajeni do rozmawiania jak siedzą w rzędach, w ławkach. Co prawda, na początku, kiedy ja przychodzę w skórze i w bojówkach to powoduje trochę, że są swobodniejsi (śmiech). Ale kiedy ich sadzam w okręgu to ta swoboda gdzieś znika, bo nie ma niczego, co między nimi mogłoby ich zabezpieczać. Potem pojawia się cisza, napięcie. I wtedy – tak jak czasem i my, dorośli – uczniowie zaczynają wymyślać jakieś żarty. Zagadują to napięcie. Na szczęście kończmy wtedy, kiedy siadają wychyleni na końcu krzesła, zaciekawieni i są gotowi rozmawiać…
Te dzieci są w wieku nastoletnim – od pierwszej klasy gimnazjum do ostatniej klasy liceum. I kiedy jeżdżę po szkołach to widzę wyraźnie, że oni to robią po raz pierwszy w życiu, bo takiej nauki o uczuciach nie ma.
Myśli Pan, że taka nauka byłaby w Polskich szkołach potrzebna?
Konieczna. To jest przecież podstawowa sprawa: mieć kontakt z uczuciami, umieć je nazywać. Tego nikt nie uczy – chyba, że na terapii, kiedy już człowiek ma kłopoty. Ale chcę podkreślić, że t moja współpraca z pedagogami to jest coś wyjątkowego. Cieszę się, że kolejne szkoły dołączają do mojego projektu profilaktycznego. Prowadzę takie zajęcia w niemal wszystkich szkołach w Mrągowie, w dwóch szkołach w Biskupcu i w Warpunach. Nauczyciele, którzy pracują w tych szkołach, to są ludzie, którym się chce coś robić. I to od razu widać jak się wchodzi do szkoły - czuje się tę atmosferę. To, że możemy robić ciekawe, cykliczne działania profilaktyczne to jest efekt prężności tych pedagogów.
A rodzice?
Przecież rodzice z dziećmi nie rozmawiają o uczuciach, bo nie potrafią. Bo i z nimi ich rodzice nie rozmawiali... To, co mnie jednak bardzo cieszy, to fakt, że potem, po moich zajęciach dzieci opowiadają w domu, co robiliśmy. I umawiamy się tak, że po spotkaniu z dziećmi zorganizujemy wywiadówkę dla rodziców. I wtedy rodzice chętnie przychodzą, bo już wiedzą, z kim będą rozmawiać i o czym. To jest fantastyczny sposób na dotarcie do rodziców. Jest to więc coś niestandardowego, innowacyjnego a jednak podstawowego. Żyjemy w takich czasach, że jedyną innowacją jest zrobienie czegoś starego na nowo.
Czasem także same dzieciaki odzywają się do mnie po kilku tygodniach – poprzez facebook czy e-mailem. Piszą o swoich zmartwieniach, chcą się poradzić mnie jak żyć.
Dlaczego Pan działa na Mazurach?
Jestem z Kielc. A Mazury to po prostu dla mnie bardzo ważne miejsce. Przyjechałem na Mazury ratując swoje życie – narkomana będącego na ostatnim zakręcie swojego życia. To był 1997 rok. Od tamtego momentu utrzymuję abstynencję, trzeźwość, nie piję, nie palę papierosów.
Kiedy mnie ktoś pyta o to: jak żyć? Co robić - bez papierosów i wszystkich innych używek i kompulsywnych zachowań (śmiech)? Odpowiadam, że „normalnie tylko bez entuzjazmu”. I ja tak żyję. Bo mogę sobie na to pozwolić. To jest bardzo ważne, że mogę sobie na to pozwolić – żyć bez „entuzjazmu”. Nie potrzebować tego haju, który dają substancje odurzające. Umieć znaleźć radość w codziennych chwilach. Bo to nie znaczy, że nie zdarza mi się nic pięknego. Pięknym przeżyciem jest choćby wyjazd na motocyklu, spacer z psem, świetna inspirująca książka, a czasem po prostu się polenić....
A dlaczego zajął się Pan pomaganiem?
Zająłem się, bo… mogłem. Dla mnie to jest rodzaj nagrody, że mogę pomagać. Jestem terapeutą – dzięki temu spotykam wielu ludzi, którzy wpuszczają mnie do swojego życia. Ufają mi. Mam szansę poznawać ich losy, ich wrażliwość, ich siłę i ich słabości. Potem obserwuję i towarzyszę im w tym, jak się zmieniają, jak zaczynają wierzyć w ludzi, ufać innym ludziom. A to chyba jest najważniejsze. Mnie samemu ta praca także wiele daje. Bo i ja dzięki tym ludziom, których spotykam mogę nadal wierzyć w ludzi. To zawsze działa w dwie strony. To nie jest tak, że tylko ja im pomagam.
Poza tym mam to szczęście, że sam doświadczyłem kiedyś wspaniałej pomocy od innych – i terapeutycznej i duchowej, ale też wprost: materialnej. Bywało w moim życiu i tak, że nie miałem za co żyć i ktoś mi pomógł. Dał pieniądze… Ma więc pewien dług wdzięczności wobec świata. Dlatego zdarza się, że – choć poprzez prowadzenie terapii zarabiam na życie – pomagam ludziom nieodpłatnie. Wiadomo, że chcę wykonywać swoją pracę za pieniądze, ale… nie dla pieniędzy. I jest dla mnie ważne i to, że mam możliwość zwrócenia, oddania tego, co sam dostałem.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.