
Z ustaleń śledztwa wynika, że w czasach, gdy Warszawą rządził Lech Kaczyński, straż nagminnie łamała przepisy. Prokuratorzy wzięli pod lupę m.in. Władysława Stasiaka, wtedy wiceprezydenta, obecnie szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, i Witolda Marczuka, ówczesnego komendanta straży.
To ich celem było wcielić w życie obietnicę Lecha Kaczyńskiego z kampanii przed wyborami w stolicy: "Zapewnienie bezpieczeństwa i porządku publicznego jest zasadniczym obowiązkiem państwa i nic, żadne okoliczności - nigdy i nigdzie - nie mogą go z niego zwalniać". Kaczyński nie ukrywał, że jego wzorem był bezkompromisowy burmistrz Nowego Jorku Rudolph Giuliani.
Stasiak i Marczuk zachęcali strażników do wykraczania poza uprawnienia, de facto dublowania zadań policji: ścigania złodziei aut, pijanych kierowców, gwałcicieli czy handlarzy narkotyków. To Stasiak i Marczuk opracowali system punktowej oceny pracy funkcjonariuszy, który przekładał się na wysokość zarobków.
200 punktów przyznawano za zatrzymanie dilera narkotyków, a tylko sześć za odholowanie źle zaparkowanego auta, czym ustawowo zajmuje się straż. Te zasady premiowania miały doprowadzić do patologii - twierdzi Zbigniew Leszczyński, obecny komendant straży.
Doszło do tego, że funkcjonariusze kreowali przestępstwa, byle zasłużyć na premię. - Wystawiali wnioski do sądu za zerwanie liścia z drzewa - przyznaje Leszczyński .
Stasiak i Marczuk pytani o tamte czasy odpowiadają, że nic nie wiedzą o śledztwie, i przekonują, że strażnicy prawa nie łamali.
Cały artykuł przeczytasz na stronach
polskatimes.pl