Pozycja materiału w rankingach:
Współautorzy:
Leszek Lubicki
Kiedy w marcu nadal hulał wiatr, a śnieg prószył już kolejny miesiąc i nic nie wskazywało, że w końcu przestanie, jedyne co kołatało się nam po głowach to ucieczka do ciepłego kraju. W końcu to zrobiliśmy i uciekliśmy ... promem do Szwecji.

Przygoda zapowiadała się wyjątkowo ciekawie, szczególnie po uświadomieniu sobie, że raczej w tę stronę to za ciepłem nie ma sensu jechać. Ale przecież wiadomo, uciekamy w ogólne ot tak, tym bardziej, że co jak co, ale 4-dniowy rejs z noclegami na promie brzmi kusząco, a atrakcyjna cena wołała reakcję "Nie bądź głupi! Skorzystaj". Bilety zapłacone, dyspozycje majątkowe, w razie zatopienia promu, ustnie złożone, walizki zapakowane. Jedziemy pociągiem do Gdańska skąd odpływa prom. Dreszczyku emocji dodaje straszenie przez rodzinę, że będzie bujać i barwne opowieści o objawach choroby morskiej. A o tym, że w dzień wyjazdu pokazywali w telewizji jak w poprzednią noc fala wysokości 8 metrów wyrządziła szereg szkód na statku płynącym po Morzu Śródziemnym nawet nie wspomnimy.
Za komuny to było dobrze
W nocy na szczęście nie bujało, a poranek wita nas błękitnym niebem i spokojnym morzem. Nieopodal za burtą dostrzegamy z zaskoczeniem zarys jakiego lądu. Po kilkunastu minutach okazuje się, że to nie jest żaden dziki ląd lecz wielkie połacie zamrożonego morza. No tak, mówili w radio, że zamarzły promy między Szwecją a Finlandią. My, po jakże spokojnej nocy, liczymy, że naszego promu to nie spotka.
Miasto na wyspachZobacz także:
Sortuj komentarze:
Mira Giza 08.04.2010 21:23
Wojtek, dzięki wielkie za komentarz. Kiedy pisaliśmy te nasze wspomnienia z podróży to Leszek dokładnie coś podobnego opowiadał. Nie dawałam wiary, ale teraz mogę powiedzieć "Leszku, przepraszam! Teraz wierzę w Twe wspomnienia z młodości" :-)))
Wojciech Arciszewski 08.04.2010 21:08
Fajny tekst i pomysł z milicjantami. Znam ten klimat z autopsji, bo w czasach studenckich, jednego lata, dorabiałem jako steward na promie pływającym na trasie Gdańsk-Nynäshamn-Helsinki. Wowczas taki tryb pracy obowiązywał 2 tygodnie na morzu, dwa w domu, ale my studenci akurat cały miesiąc harowaliśmy.
PRL trwał jeszcze w najlepsze.
Robota parszywa, w tym czasie Skandynawowie pływali masowo promami by napić się taniej wódki z "duty free shop" i pochędozyć w Trojmieście. Upijali się na promie do nieprzytomności, a my musieliśmy się z nimi użerać. Czasami, jak nikt nie widział, dawaliśmy im po prostu w ryja. Pomagało.
Urok rejsu po Bałtyku zależał głównie od pogody. Przy spokojnym morzu było super, ale jak powiało mocniej to kolorowe pawie fruwały, toalety się zapychały, tylko kucharze byli zadowoleni, bo mniej porcji musieli robić.
Ale praca się opłacała, bo były diety marynarskie płatne w baltonowskich bonach (quasi dolarach), poza tym dodatkowo wpadały napiwki w twardej walucie.
Paweł Kiliański 08.04.2010 18:50
Magdo, to by było dopiero coś, jeszcze dorzucić do tego Oslo.. Mmmm.... miodzio :D.
Magdalena Gawryś 08.04.2010 18:34
Paweł> A z tego Sztokholmu jest bardzo blisko do Helsinek :)
Paweł Kiliański 08.04.2010 18:32
Uwielbiam Skandynawie, od wakacyjnego pobytu w Kopenhadze. Może ja mam tylko takie wrażenie, ale tam ludzie są bardziej pogodniejsi od nas... A Sztokholm po cichu mi się marzy :D. Oczywiście 5+ :).
Happening po japońsku - artysta nakarmił gości swoimi genitaliami
(odsłon: +9952)