Facebook Google+ Twitter

Prorocy Jah we Wrocławiu

  • Źródło: Gość dnia
  • Data dodania: 2012-02-24 14:42

W niedzielny wieczór 19 lutego pomimo mrozu na zewnątrz, we wrocławskim klubie Alibi królowały gorące rytmy wprost z Jamajki.

Wrocławski koncert był nie lada gratką dla miłośników rytmów reggae, zwłaszcza rastafarian, którzy chyba jednak byli zdecydowaną mniejszością, sądząc po ilości osób pijących piwo. Gratka polega na tym, że na jednej scenie zagrały trzy wielkie gwiazdy muzyki reggae: I Jah Man Levi, Fantan Mojah i I-Wayne. Szczególną gratką dla rastamanów był jednoznaczny i bezkompromisowy przekaz Rastafari prezentowany przez tych trzech muzyków. Bez cienia zawahania można ich nazwać współczesnymi prorokami Jah.

Zanim jednak na deskach sceny klubu Alibi wystąpili wyżej wymienieni panowie, swój czas miały supporty: Marlene Johnson oraz East West Rockers. Jedyne co warto odnotować to akustyczno - ogniskowy repertuar EWR-owców. Mnie poruszyły dwa pierwsze kawałki: "Ciężkie czasy" i "Wstaje rano".

Jako pierwszy z wielkiej trójki na scenie pojawił się I-Wayne i mogliśmy usłyszeć rootsowe brzmienia z pozytywnym przekazem. Publiczność bardzo ciepło przyjęła tego jamajskiego rastamana z czerwonym turbanem na głowie.

Następnie na deski wyszedł potężny bobo shanti, Fantan Mojah i temperatura w klubie (także ta duchowa) wzrosła jeszcze bardziej. Fantan przywiózł z sobą czysty, duchowy przekaz ubrany w modern-rootsowy strój. Miał też świetny kontakt z publicznością, a w pewnym momencie wciągnął na scenę czule przytulającą się parę, by po zadaniu kilku pytań, a zwłaszcza czy się kochają, udzielić im ślubu...

Po godzinie 23.00 na scenę swoim spokojnym, pełnym dostojeństwa krokiem wszedł oczekiwany przez tak wielu w Polsce (w której zagrał po raz czwarty i w której - jak podkreśla - bardzo lubi koncertować, ponieważ ludzie otwarci są na przesłanie Rastafari), pojawił się I Jah Man Levi. I Jah Man, ponieważ Trevor Suterland (oficjalne nazwisko muzyka), odbywający wyrok za drobne przestępstwo spotkał się z Jego Wysokością, Imperatorem Haile Selassie I i doświadczył duchowej transformacji i taki właśnie pseudonim przybrał (albo raczej nowe imię). Levi, ponieważ rozpoznał w sobie powołanie Lewity, czyli człowieka wprowadzającego innych w obecność Bożą.

Tą obecność można było wyraźnie odczuć podczas jego występu. Zresztą wciąż ją podsycał cofając się co chwila w głąb sceny po to, by się pomodlić. I Jah Man jest niezwykle uduchowionym człowiekiem, co widać w tekstach jego utworów. Znał dobrze Boba Marleya i - jak wyznaje - przychodzi on do niego w snach. Uduchowienie to płynęło swobodnie ze sceny, a usłyszeliśmy między innymi "Africa", "Ring the Alarm", "Witness", "Are We a Warrior", "Beauty and the Lion", a na bis "Jah Heavy Load" oraz "Moulding".

Na koniec uścisk dłoni z polskimi braćmi i wszystko się skończyło. Znakomity koncert, który pozostawi niezapomniane wrażenia.
Jacek Mirek

Rozpoczął się konkurs Dziennikarz obywatelski 2011 Roku.
Zgłoś swój materiał! Zostań najlepszym dziennikarzem 2011 roku. Wygraj jedną z ośmiu zagranicznych wycieczek.




(Jacek Mirek)

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Jacek Mirek
  • Jacek Mirek
  • 27.02.2012 09:36

Dziękuję za słowa uznania. Pzdr

Komentarz został ukrytyrozwiń

Bardzo dobry reportaż. Pozdrawiam

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.