Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

83086 miejsce

Prowincjonalizm polskiej kadry uniwersyteckiej

O problemach, z jakimi polski student boryka się w kontaktach z własnymi nauczycielami akademickimi.

Na łamach Wiadomości24 walczyłem już dwukrotnie z edukacją w Polsce. Za pierwszym razem skrytykowałem system międzynarodowych wymian studenckich AIESEC. Następnie opisałem kilka wstydliwych prawd o rynku prywatnych szkół językowych w Warszawie. Nadszedł czas, żebym zwrócił uwagę na prowicjonalizm polskiej kadry akademickiej. Temat ten dojrzewał we mnie od jakiegoś czasu, natomiast czarę goryczy przelała anegdota, którą usłyszałem dzisiaj od znajomej z czasów studenckich w Warszawie.

Zacznę od anegdoty. Pewna absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego zwróciła się do swojego byłego profesora z prośbą o list z referencjami w związku z planowaną aplikacją na studia doktoranckie. Trzeba dodać, że dziewczyna uzyskała tytuł magistra z najwyższymi ocenami, a jej praca dyplomowa została skierowana do publikacji. Mam wrażenie, że słusznie oczekiwała, że promotor jej pracy magisterskiej napiszę kilka zdań pozytywnego komentarza na jej temat - dodajmy: komentarza niezbędnego w procesie rekrutacyjnym na studia doktoranckie za granicą. Dziewczyna pomyliła się. Profesor odmówił wystawienia jakiejkolwiek opinii na temat studentki, tłumacząc się niewystarczająco osobistym kontaktem z dziewczyną. Moja znajoma próbowała się go poradzić, do kogo w takim razie powinna się zgłosić ze swoją prośbą, biorąc pod uwagę fakt, że z żadnym z wykładowcom nie miała bardziej osobistego kontaktu, niż z promotorem własnej pracy dyplomowej (który dodatkowo prowadził kilka wykładów, w których dziewczyna uczestniczyła). Profesor niezbity z tropu tym dosyć racjonalnym argumentem oświadczył jej, że jest przeciwnikiem zachodzących zmian w relacjach między nauczycielami i studentami na wyższych uczelniach, tj. biurokratyzacji i coraz większej anonimowości tych relacji, i kategorycznie odmówił pomocy. Dziewczyna z uśmiechem i bez urazy przyjęła decyzję swojego nauczyciela. Ja nie.

Ta zamykająca dyskusję wypowiedź profesora spowodowała chyba moje największe rozczarowanie. Pokazuje ona, że nie mamy do czynienia z tzw. “akademikiem starej daty”, gotowym na śmierć bronić przestarzałego porządku biurokratycznego, który zapewnia mu ochronne przed prawdopodobnie lepiej przygotowaną konkurencją. Mamy tu bowiem do czynienia z postępowym człowiekiem, którego uwierają obecne struktury instytucjonalne polskich uczelni, jednak nie bardzo potrafi sobie z nimi poradzić. W imieniu czego i dla kogo profesor prowadzi walkę z biurokratyzacją uczelni wyższych? Jeśli myśli o dobru studentów, to chyba nie powinien ich karać za obecne niedoskonałości systemu poprzez odmowę wystawienia biurokratycznie niezbędnego dokumentu. Niestety profesor nie widzi sposobu, żeby zmieniać to, co niedobre, nie krzywdząc przy okazji studentów, w których interesie - jak mu się wydaje - występuje. Problem w podejściu wspomnianego profesora leży w - nie bójmy się tego słowa - prowincjonalnym podejściu do własnej pracy. Co mam na myśli?

W tym miejscu przejdę do bardziej ogólnych refleksji jedynie zilustrowanych w przytoczonej anegdocie. Profesorowie polskich uczelni nie potrafią jeszcze przyjąć do wiadomości faktu, że studenci są ich klientami i mają prawo do daleko idących wymagań wobec swoich akademickich nauczycieli. To, że niektórzy studenci nie płacą za studia, nie oznacza, że nie są klientami uczelni. Okazali się najlepsi na egzaminach wstępnych/maturalnych i państwo postanowiło im te studia zafundować. Nie zmienia to jednak faktu, że dalej są klientami uczelni, którzy płacą (chociaż nieosobiście) za pracę, którą uczelnia na ich korzyść zobowiązała się wykonać. Czy wspomniany profesor miał więc obowiązek napisać list polecający dziewczynie planującej zagraniczne studia doktoranckie? Oczywiście, że tak. Nie musiał rzecz jasna pisać, że uważa, iż dziewczyna będzie doskonałą doktorantką (jak to się powszechnie przyjęło robić). Miał natomiast obowiązek pisemnie wspomnieć o tym, że kierował przygotowaniem jej pracy dyplomowej, zacytować oceny, które uzyskała podczas studiów i wszystko to podpisać swoim nazwiskiem.

To, że tego nie zrobił świadczy o prowincjonalizmie myślenia o własnym stanowisku. Od jakiegoś czasu pracuję na uniwersytecie w południowych Włoszech i podobnie prowincjonalne zachowania nie są mi obce. Obserwuję je na co dzień w autobusach, gdzie kierowcy zmęczeni upałem, którego nie łagodzi zepsuta klimatyzacja, nie chcą odpowiadać na pytania zdezorientowanych pasażerów. Obserwuję je na straganach, gdzie źle opłacani sprzedawcy warzyw i owoców swoją frustrację wyładowują na kupujących, którzy nie chcieli na przykład, żeby wkładano im do siatek spleśniałe brzoskwinie. Obserwuję je na parkingach, gdzie ochroniarze zdenerwowani ciasnotą własnej budki, z wielką niechęcią, niespiesznie otwierają wyjeżdżającym kierowcom szlaban. Wszyscy oni mają bardzo słuszne powody do buntu przeciw warunkom własnej pracy (także nasz profesor), tylko nie zrozumieli jeszcze, że ich interlokutorem powinien być pracodawca, a nie klient.

Post scriptum: Autor tekstu studiował na uniwersytetach w Polsce, Anglii i Włoszech. Na swojej polskiej uczelni poznał wykładowców, których nie ośmieliłby się nazwać prowincjonalnymi. Nie wymienia ich jednak z nazwiska, tak jak nie wymienił z nazwiska “czarnych bohaterów” tego artykułu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.