Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

1626 miejsce

Prywatne szkoły językowe: opowieść ku przestrodze

Artykuł omawia problemy na rynku prywatnych szkół językowych w Warszawie. Autor opisuje swoje bulwersujące doświadczenia pracy w kilku takich szkołach. Pokazuje brak profesjonalizmu tych szkół i wyjaśnia przyczyny ich bylejakości.

Zdecydowałem się napisać ten artykuł “ku przestrodze”, ponieważ niepokoi mnie jakość usług na rynku prywatnych szkół językowych w Warszawie. Mieszkańcy Warszawy, a pewnie tez całej Polski, świadomi oczekiwań dzisiejszego rynku pracy coraz częściej zapisują się na prywatne kursy językowe (o czym świadczy ilość tego rodzaju szkół tylko w stolicy). Zjawisko należny oczywiście oceniać pozytywnie, gdyż dzisiejsi uczniowie prywatnych szkol językowych to nie tylko osoby zapisane na kursy po to, by nadrobić braki szkolne, ale także tacy uczniowie, których nauka języków obcych wiąże się z pasja czy ambicjami zawodowymi, lub nawet podróżniczymi. Podróżując po świecie, wiele razy spotkałem się za granica z opinią o Polakach jako prawdziwych poliglotach. Kiedy zgłosiłem referat do prezentacji na konferencji naukowej w Kolumbii, profesor tamtejszego uniwersytetu oznajmił mi, ze choć nie znam za dobrze hiszpańskiego (co przyznawałem w załączonym CV), to od czasu zgłoszenia prezentacji do jej wygłoszenia na pewno zdążę się hiszpańskiego nauczyć, “jak na Polaka-poliglotę przystało”.

Niestety ten artykuł nie będzie laudacją polskich zdolności językowych - chociaż zdaje sobie sprawę, że wolelibyśmy właśnie taki tekst przeczytać. W artykule, z przykrością, opiszę problemy prywatnych szkół językowych w Warszawie. Moja wiedza na temat tego rynku pochodzi z trzy i pół letniego doświadczenia pracy w kilku takich warszawskich placówkach (z uwagi na tajemnicę zawodową nie podam ich nazw). W najkrótszy sposób problemy prywatnej edukacji językowej może streścić w kontrowersyjnej tezie: prywatne szkoły językowe sprzedają mierny produkt edukacyjny, gdyż wynika to z logiki prowadzenia tego typu placówek. Szkoły najchętniej przyjmują uczniów z minimalną wiedzą językową i oferują mi możliwości minimalnych postępów. Do tego celu zatrudniają minimalnie kompetentnych nauczycieli/lektorów. Zanim wgłębię się w mechanizmy, które prowadzą do takiego stany rzeczy, nakreślę obraz uczenia w prywatnych szkołach językowych i opowiem o krzywdach, jakie się takiemu uczniowi nierzadko wyrządza. Będzie to streszczenie moich trzy i pół letnich obserwacji w trakcie pracy w charakterze lektora języka angielskiego. Na końcu artykułu zastanowię się nad możliwymi rozwiązaniami tego problemu.

Jak szkoła językowa może skrzywdzić swojego ucznia?

Jaką krzywdę można wyrządzić swojemu uczniowi prywatna szkoła językowa? Po pierwsze może go niczego nie nauczyć. Po miesiącach, bądź latach regularnego uczęszczania na kursy i płacenia niebagatelnych pieniędzy za czesne, uczeń może opuścić szkołę bez znajomości języka, którego chciał się nauczyć. Nierzadko tak się właśnie się dzieje. Najczęstszym powodem takiego stanu rzeczy jest takie ułożenie programu zajęć, które utrudnia przyswajanie i zapamiętywanie informacji (np. z uwagi na uczenie w sposób linearny kolejnych czasów występujących w językach obcych bez omówienia w międzyczasie innych zagadnień gramatycznych, które umożliwiłyby korzystanie z tej wiedzy w praktyce). Inną przyczyną braku postępów w nauce jest niesystematyczny dobór ćwiczeń gramatycznych przez nauczyciela. Lektorzy odwiedzający uczniów w domach podczas całodobowego “obchodu” często wolą korzystać z jednego podręcznika gramatycznego bez względu na różnice poziomowe swoich podopiecznych z tego prostego powodu, aby odciążyć swoje torby/plecaki oraz by ograniczyć wydatki na materiały dydaktyczne i kserówki, których szkoła zazwyczaj nie zapewnia. Kolejna przyczyna bezowocnego uczenia to dobór przerabianego na lekcjach słownictwa na zasadzie ad hoc. Nauczyciele często ściągają gotowe materiały z różnych źródeł internetowych lub kopiują ilustrowane kompilacje tematyczne ze słowników, przez co uczą np. nazw egzotycznych zwierząt lub specjalistycznych nazw narzędzi kuchennych, podczas gdy uczniowie nie znają, bądź nie pamiętają, podstawowych czasowników typu “brać”, “wstać”, “przyjść”.

Nienauczenie niczego nie jest to jeszcze największym zmartwieniem ucznia w nieprofesjonalnej prywatnej szkole językowej. Czasami taka szkoła po prostu uczy źle. Student, który na koniec kursu nie nauczy się niczego zazwyczaj już wcześniej jest świadomy swoich mizernych postępów. Czasami się tym nawet przejmuje i zrzuca problem na bark braku talentu bądź niewystarczającej pracy własnej, nie mając pojęcia, że powód niepowodzeń może leżeć gdzieś indziej. Brak postępów często demotywuje uczniów, którzy coraz mniej przykładają się do nauki i ostatecznie opuszczają szkole. Student źle nauczony znajduje się chyba w jeszcze bardziej dramatycznej sytuacji, niż student, który się niczego nie nauczy. Ten drugi stopniowo uświadamia sobie bezcelowość chodzenia na kursy i oswaja się z prawdopodobieństwem porażki. Student źle nauczony o swoich brakach dowiaduje się znienacka, całkiem niespodziewanie, po wielu miesiącach trudu i włożonej w naukę ciężkiej pracy. Takie przykre olśnienie może mieć miejsce w momencie kontaktu z obcokrajowcem, w trakcie wyjazdy zagranicznego, w momencie przystąpienia do certyfikowanych międzynarodowo egzaminów językowych (jak np. TOEFL z języka angielskiego).

Na koniec przytoczę kilka najbardziej bulwersujących przykładów złego uczenia, jakie zaobserwowałem podczas pracy i które nie mieszczą się w omówionych wyżej kategoriach. Przykład pierwszy: nauczyciel nie rozumie dobrze zasad stosujących się do użycia czasów w języku obcym, które nie maja swoich odpowiedników w języku polskim (np. Present Perfect i Past Continuous w języku angielskim), w związku z czym tłumaczy ich zastosowanie “na czuja”, najczęściej mylnie. Przykład drugi: nauczyciel myli mniej powszechne kolokacje przyimkowe, które nie odpowiadają tym obecnym w języku polskim (np. in respect of/to w języku angielskim). Przykład trzeci: w najbardziej perfidnych sytuacjach nauczyciel nie może przypomnieć sobie określeń prostych przedmiotów (np. piórnik, temperówka) i stosuje pojęcia opisowe, których uczniowie niepotrzebnie uczą się później na pamięć.


Uczyć źle - jako logika rynku


Jednym z głównych powodów, dla których niektórym prywatnym szkołom językowym zdarza się uczyć źle lub nie uczyć wcale, są pokusy oparte na kalkulacjach ekonomicznych. Pokusy te sprawiają, ze nie opłaca się mieć w szkole uczniów, którzy radzą sobie dobrze i szybko widać znaczące postępy w ich nauce. Zdecydowanie bardziej ekonomicznym kandydatem do prywatnej szkoły językowej jest uczeń początkujący. Nie wymaga on wiele przygotowania ze strony nauczyciela. Materiały dla takiego ucznia nie muszą być spersonalizowane, gdyż nie zakłada się różnic w poziomie wiedzy zerowym lub bliskim niemu. Można więc stosować to samo przygotowanie dla każdego początkującego ucznia. Uczeń początkujący jest ideałem dla szkoły, lecz początkującym uczniem nie sposób być w nieskończoność. Każdy początkujący uczeń z biegiem czasu oczekuje przejścia na poziom ucznia mniej lub bardziej zaawansowanego. W prywatnych szkołach językowych ulegającym pokusie łatwego zarobku zazwyczaj się tak nie dzieje. Uczeń wieloletni nie jest targetem tego typu placówek, gdyż wymaga więcej czasu, bardziej skomplikowanych materiałów dydaktycznych, bardziej czasochłonnego przygotowania zajęć i bardziej kompetentnego nauczyciela. W sytuacji dużego popytu na prywatna edukację językową - co obserwujemy w Warszawie - bardziej opłaca się utrzymywać jak największą liczbę uczniów o jak najniższej znajomości danego języka, stosując częstą rotację. W przypadku niezadowolenia niektórych uczniów z braku postępów w nauce lepiej pożegnać się z nimi, zamiast podwoić wysiłki dydaktyczne. Na ich miejsce szybko znajdą się nowi uczniowie - najlepiej początkujący.


Nauczyciele-studenci

Konsekwencją opisanej wyżej logiki rynku prywatnej edukacji (przy założeniu dużego popytu) jest negatywna selekcja nauczycieli. Jako że prywatne szkoły językowe celują w uczniów początkujących, rzadko kiedy opłaca im się zatrudniać najwyższej klasy ekspertów. Zamiast nich łatwiej zatrudnić amatorów. Od nauczyciela prywatnej szkoły językowej nie wymaga się zdanych egzaminów i certyfikatów, które potwierdzałyby jego kompetencje. Uczyć w takiej szkole może każdy, kto umie posługiwać się językiem obcym. W obliczu małych wymagań, nauczyciele nie mają prawa mieć wygórowanych roszczeń w kwestii zarobków - prywatne szkoły językowe oferują swoim lektorom stosunkowo niskie płace i brak stabilności zatrudnienia. W konsekwencji, lektorami są zazwyczaj studenci, którzy najczęściej traktuje tę prace jako “dorabianie" do utrzymania się podczas studiów i wielokrotnie nie bardzo się do niej przykładają, traktując priorytetowo ukończenie studiów i inne zajęcia.

Aby zilustrować mechanizmy negatywnej selekcji opisane wyżej, posłużę się przypadkiem szkoły języka włoskiego mieszczącej się w okolicach warszawskiej starówki. Dyrektorka tej szkoły przez jeden rok była moją nauczycielką podczas studiów filologicznych na Uniwersytecie Warszawskim. O jej kompetencjach może świadczyć fakt, że od wielu lat bezowocnie próbowała napisać doktorat, a pod koniec roku akademickiego oznajmiła swoim studentom, że nie będzie już pracować na uniwersytecie, co najprawdopodobniej wiązało się z jej wcześniejszym odsunięciem od obowiązków układania egzaminu końcowego (dla studentów na poziomie licencjatu) po tym jak lektorzy włoskiego pochodzenia kwestionowali poprawność pisanych przez nią testów. Po licznych niepowodzeniach uniwersyteckich nauczycielka otworzyła własną szkołę językową, którą zareklamowała swoim, jak widzimy, nie zawsze chlubnym doświadczeniem pracy akademickiej. Co gorsza, w szkole zatrudniła swoich byłych studentów. Pomimo sympatii i szacunku dla moich kolegów, to nie sądzę, żebyśmy byli gotowi prowadzić lekcje języka włoskiego po niecałych dwóch lub trzech latach studiów filologicznych (część z nas nie miała wcześniej żadnego kontaktu z językiem włoskim!). Jak poradzili sobie moi koledzy? Nawet zakładając najlepszy z możliwych scenariuszy, od samego początku można było być co najwyżej bardzo umiarkowanie optymistycznym. Jak donosili mi sami zainteresowani, praca nie zawsze wychodziła im dobrze. Trudno mieć jednak do nich pretensje - w końcu dopiero się uczyli.

Co można z tym zrobić?

Opisany przeze mnie przypadek nie jest na pewno wyjątkowy pod względem tego typu balansowania na granicy sprzedawania uczciwego produktu dydaktycznego. Zjawisko zatrudniania nie w pełni wykwalifikowanych nauczycieli (w wielu przypadkach studentów niegotowych jeszcze do pełnienia roli nauczyciela) jest powszechne przynajmniej w tych szkołach językowych w Warszawie, gdzie sam pracowałem. Właściciele czy dyrektorzy takich szkol liczą na nieznajomość językowa swoich uczniów bądź ich rodziców, którzy nie są w stanie ocenić wartości oferowanego im produktu. Ciężko stwierdzić, czy szkoły takie rzeczywiście rzetelnie i kompetentnie uczą swoich klientów. Na rynku prywatnych lekcji językowych niełatwo zdefiniować kompetencje i profesjonalizm, gdyż nie istnieją żadne regulacje dotyczące tego typu jednostek - było nie było, edukacyjnych. Czy należałoby takie regulacje wprowadzić pozostaje kwestią otwartą do debaty.

Raz spotkałem się z sytuacją, w której rodzice dziecka, od dłuższego czasu uczącego się języka angielskiego bez postępów, sami wzięli sprawy w swoje ręce i wymyślili sposób na test wiarygodności szkoły swojej córeczki. Pewnego razu poprosili babcię dziecka, znającą dobrze język angielski, aby uczestniczyła w lekcji swojego wnuka i oceniła kompetencje i przygotowanie prowadzącego zajęcia nauczyciela. Ocena wypadła negatywnie i była to ostatnia lekcja tego dziecka w tamtej szkole. W innych przypadkach, sami lektorzy biorą sprawy w swoje ręce. Znam bardzo wielu doskonałych lektorów, którzy starają się pracować z pełnym zaangażowaniem i pasją w prywatnych szkołach językowych, mimo niesprzyjających takim praktykom pracodawcom. Tego typu inicjatywy czasami się powodzą, innym razem zniechęceni lektorzy rezygnują z ambicji rzetelnego uczenia i uczą byle jak.

Nie chciałbym, żeby ktoś mylnie zrozumiał powyższy artykuł. Nie wiem i dlatego nie chcę powiedzieć, że na rynku prywatnych szkol językowych miernota góruje nad ekspertyzą. Na pewno istnieje wiele świetnych placówek, zatrudniających wysokiej klasy lektorów. Jednak istnieje wystarczająco dużo miernych szkół, które psują wizerunek i prestiż zawodu prywatnego nauczyciela. Mam wrażenie, ze wprowadzenie pewnej regulacji do tego rynku przysłużyłoby się odbudowaniu zaufania do tego typu usług wśród klientów, nagrodziło rzetelnych, ciężko pracujących nauczycieli w postaci lepszych warunków pracy (np. popularyzując umowy o pracę zamiast umów o dzieło/zlecenie na tym rynku) i podniosło ogólną jakość usług.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.