Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

4193 miejsce

Przegląd grup Mistrzostw Świata 2014 w Brazylii. Część I

Jak spiszą się potentaci? Kto będzie czarnym koniem? Czy gospodarze rzeczywiście są faworytem? Czy Holandia znowu wystawi samych indywidualistów? Oto pierwsza część mojego, autorskiego przeglądu grup nadchodzącego Mundialu w Brazylii.

 / Fot. Internet6 grudnia 2013 roku odbyło się losowanie fazy grupowej tegorocznych finałów Mistrzostw Świata. Niestety trzeci raz z rzędu w gronie 32 najlepszych zespołów naszego globu, zabrakło Reprezentacji Polski. Obiektywnie patrząc na przepaść w jaką w ostatnich latach wpadła nasza piłka nożna, nie powinniśmy się temu dziwić. Fatalna postawa podopiecznych Waldemara Fornalika w ostatnich eliminacjach jest tym bardziej zasmucająca, że obecnie dysponujemy bardzo dobrą, piłkarką generacją, która bez problemu powinna wywalczyć awans na brazylijski turniej. Niepowodzenie oznaczało oczywiście zwolnienie trenera. Teraz nowa „miotła,” w postaci Adama Nawałki będzie, musiała zatroszczyć się o stworzenie ze zblazowanych, klubowych gwiazdeczek sprawnie funkcjonującego, skutecznego zespołu. Pierwsze dwa mecze ze Słowacją oraz Irlandią pokazały, że przynajmniej na papierze, selekcjoner ma ciekawy pomysł na osiągnięcie założonego celu. Niestety te same mecze niezbicie uwidoczniły, jak duży dystans dzieli byłego opiekuna Górnika Zabrze od wprowadzenia swych pomysłów w życie.

Z drugiej strony nie sposób się temu dziwić, skoro naszym niewydarzonym „kopaczom” chciało się, w obu meczach, biegać przez około 30 minut zamiast pełnych 90. Porażka i bezbramkowy remis na inaugurację pracy Adama Nawałki, dały mediom znakomity powód do ponownego rozdzierania szat i biadolenia nad fatalną kondycją polskiego sportu. Nie będę tu usiłował obalać stereotypów, ani przekonywać tych, którzy niezależnie gdzie spojrzą zawsze zobaczą klęskę. Zanim przejdę do omówienia grup przyszłorocznego Mundialu, chciałbym tylko zasugerować, aby nie patrzeć na osiągnięcia naszych sportowców przez pryzmat kolejnych, futbolowych porażek. Jest to bowiem postawa krzywdząca dla przedstawicieli wielu wspaniałych dyscyplin, w których albo znajdujemy się stale w ścisłej czołówce światowej, albo tak jak choćby w przypadku żużla jesteśmy niekwestionowaną, globalną potęgą. Dodatkowo takie podejście niepotrzebnie nobilituje wyczyny samych piłkarzy. Może zamiast uwypuklać kolejne niechlubne rekordy futbolistów, należałoby zgodzić się z nieco żartobliwym felietonem Adama Federa wyemitowanym w wieczornych wiadomościach 29 listopada 2013 roku i poszukać innego „sportu narodowego”.

Zostawmy już jednak polską, piłkarską mizerię i przejdźmy do wydarzeń naprawdę ważnych, którymi za kilka miesięcy będzie żył cały, sportowy świat. 32 finalistów Mundialu, jak zwykle podzielono na 8 osiem grup po 4 zespoły. Drużyny z dwóch, czołowych miejsc w każdej grupie awansują do 1/8 finału.

W grupie A znalazły się „jedenastki” Brazylii, Chorwacji, Meksyku oraz Kamerunu. Obok gospodarzy, przez zdecydowaną większość ekspertów uważanych za głównych faworytów do triumfu w całej imprezie, znalazły się tu zatem trzy zespoły, które jednym słowem można scharakteryzować jako nieobliczalne. Każdy z nich ma szansę stania się czarnym koniem turnieju, ale jednocześnie patrząc realnie na ich potencjał trzeba powiedzieć, że ta, która obok Brazylii awansuje do dalszych gier, pożegna się z zawodami już w 1/8 finału.

Analizując możliwości zespołów z pierwszej grupy, nie można zapominać, że walce o ćwierćfinał zmierzą się one z dwójką najlepszych z grupy B. O to miano powalczą Hiszpania, Holandia, Australia oraz Chile. Zdecydowanymi faworytami, nie tylko na papierze, ale także w praktyce są tu drużyny ze Starego Kontynentu. Pomijając wszystkie inne czynniki mamy przecież do czynienia z aktualnym mistrzem oraz wicemistrzem świata. Na tę chwilę ciężko jest oszacować jaką formę w całym turnieju zaprezentują Hiszpanie i Holendrzy, ale nie ulega wątpliwości, że obu tym zespołom grożą całkiem różne problemy.

Z jednej strony mamy Mistrzów Świata oraz podwójnych Mistrzów Europy, czyli innymi słowy piłkarzy i selekcjonera, którzy na poziomie reprezentacyjnym, wygrali niemal wszystko. Czy tak znakomity team, udanie współpracujący od wielu lat, może napotkać jakieś poważne przeszkody w drodze po kolejne trofea? Po pierwsze jego czołowi zawodnicy stają się coraz starsi, a ogromne sukcesy nie sprzyjają wprowadzaniu do pierwszej jedenastki nowych, młodszych graczy. Oczywiście w meczach towarzyskich Vicente del Bosque pozwala sobie na rotowanie składem, ale w walce o punkty i puchary, przeważnie stawia na sprawdzony mix Realu Madryt, FC Barcelony oraz kilku przedstawicieli lig zagranicznych. Po drugie tak duża stałość drużyny owocuje ogromnym doświadczeniem i zgraniem poszczególnych formacji. Niestety ma ona także skutki negatywne. Dzięki owej stałości składu oraz niezmiennej taktyce, każdy kolejny rywal potrafi z wielką łatwością przewidzieć, w jaki sposób zagrają aktualni Mistrzowie Świata. Sztab szkoleniowy reprezentacji Hiszpanii zapewne zdaje sobie z tego sprawę. Niełatwo jest jednak zdecydować się na modyfikowanie strategii, która tak długo przynosiła znakomite efekty.

W rezultacie Iker Casillas i spółka mogą podzielić los Francji z Mundialu 2002 lub FC Barcelony z ostatniego roku pracy Josepa Guardiola. Teoretycznie obie wymienione drużyny dominowały w światowym futbolu, ale jednocześnie ich taktyka stała się na tyle schematyczna i skostniała, że sięganie po kolejne trofea okazało się niemożliwe. Czy podobnie skończą obecni Mistrzowie Świata? Trudno przewidzieć, ale jeżeli finał ostatniego Pucharu Konfederacji potraktujemy jako rzetelny wyznacznik, to zaobserwowane wówczas symptomy powinny być poważnym ostrzeżeniem dla Vicente del Bosque. Zobaczyliśmy bowiem Hiszpanię, która niby próbuje grać to co zawsze, na tle przeciwnika potrafiącego znaleźć i wykorzystać wszystkie wady wynoszonej pod niebiosa tiki-taki. Ktoś może oczywiście powiedzieć, że to znakomita gra Brazylii przesądziła o jej zwycięstwie i tamtego dnia nikt nie mógłby jej sprostać. Ja jednak nie ukrywam, że nigdy nie byłem fanem „katalońskiej wyszywanki” i może dlatego łatwiej dostrzegam wszystkie niedociągnięcia tego stylu gry.

Wielu ludzi postrzega tiki-takę jako czyste piękno futbolu oraz niedościgły wzorzec, godny wszelkich prób naśladowania. Kiedy ja patrzę na grę FC Barcelony lub reprezentacji Hiszpanii, widzę schematyczną, nieznośnie powolną wymianę setek bezużytecznych podań w środkowej strefie boiska. Przy wysokim poziomie umiejętności technicznych poszczególnych zawodników pozwala to na bardzo długie utrzymywanie się przy piłce i znacznie ograniczenie pola manewru przeciwnika. Zamiast skupiać się na konstruowaniu własnych akcji ofensywnych, musi on bowiem stale walczyć o odzyskanie futbolówki, dbając jedocześnie o jak najlepszą szczelność bloku obronnego.

W takiej sytuacji jedno skuteczne, nierzadko bardzo finezyjne i piękne rozegranie piłki wystarcza do zdobycia bramki. Od tego momentu jest nam już znacznie łatwiej kontrolować przebieg meczu. Stosując tiki-takę z założenia nastawiamy się bowiem, na długie utrzymywanie futbolówki, uniemożliwiając tym samym przeciwnikowi odrobienie strat. Co więcej, aby budować kolejne akcje ofensywne, rywal mu poluźnić szyki obronne, ułatwiając nam wyjście z kontrą i powiększenie przewagi.

Prawdziwe problemy zaczynają się jednak wówczas kiedy to przeciwnik wyjdzie na prowadzenie. Wielokrotnie widziałem reprezentację Hiszpanii lub FC Barcelonę, które stojąc w obliczu konieczności odrabiania strat, były niezdolne do zmodyfikowania stylu gry i w efekcie ponosiły spektakularne klęski. Dwa koronne przykłady to wspomniany już finał Puchary Konfederacji oraz półfinałowa rywalizacja Dumy Katalonii w zeszłorocznej edycji Ligi Mistrzów. Po tych zmaganiach niemal wszyscy okrzyknęli Bawarczyków najlepszą, klubową drużyną świata, pogromcami wielkiej Barcelony. Tymczasem najważniejszą zasługą teamu prowadzonego wówczas przez Juppa Heynckesa było bezwzględne obnażenie oraz wyzyskanie słabości tiki-taki.

Abstrahując od niedociągnięć oraz zaskakująco małej elastyczności omawianej wyżej taktyki, nie wiem czy coraz starszych liderów reprezentacji Hiszpanii stać na jeszcze jeden wielki turniej. Być może brazylijski Mundial pokaże jak bardzo się pomyliłem, ale porywająca gra zawodników z Półwyspu Iberyjskiego przeciwko Włochom, w finale EURO 2012, przeminęła już chyba bezpowrotnie. Gdyby wychwalana pod niebiosa „katalońska wyszywanka” wyglądała tak w większości spotkań, zapewne przestałbym na nią narzekać. Niestety coraz częściej przypomina ona bezbarwne i statyczne wymienianie bezużytecznych podań, jakie mogliśmy zaobserwować u Hiszpanów w pozostałych meczach polsko-ukraińskiego turnieju. Ktoś może oczywiście powiedzieć, że tak krytykowany przeze mnie styl, doprowadził podopiecznych del Bosque do sukcesu w kolejnej wielkiej imprezie, ale dla kogoś przyzwyczajonego do tempa oraz dynamiki angielskiej Premier League, jego oglądanie jest tak samo nieznośne, jak podziwianie klasycznego, włoskiego catenaccio.

Głównym rywalem Hiszpanów w pierwszej fazie Mundialu będą zapewne Holendrzy, którzy jak już powiedziałem mają całkiem odmienne problemy. Wszyscy wiemy, że popularni Oranje, zawsze dysponują olbrzymim potencjałem. Niestety na przeszkodzie do wielkich sukcesów, stają im różne perturbacje wewnątrz samej kadry. Kiedy sztabowi szkoleniowemu udaje się pogodzić na boisku rolę wielkich gwiazd, zjeżdżających się z całej Europy i nadać im wspólny cel, otrzymujemy wspaniałą, przebojową drużynę zdolną sięgnąć po drugie miejsce na świecie. Kiedy jednak ta delikatna misja trenerów zakończy się fiaskiem, widzimy bezładną zbieraninę, wybitnych indywidualności, niezdolną wygrać meczu i strzelającą zaledwie dwa gole podczas EURO 2012. Którą Holandię zobaczymy na brazylijskim Mundialu? Udzielenie poprawnej odpowiedzi na to pytanie przypina mi wróżenie z herbacianych fusów.

W grupie C znalazły się drużyny Kolumbii, Grecji, Wybrzeża Kości Słoniowej oraz Japonii. Moim zdaniem jest to najdziwniejsza ze wszystkim ośmiu grup tegorocznego Mundialu. Każdy z grających tu zespołów pochodzi z innej strefy geograficznej, a co za tym idzie ma w swoim składzie ludzi o mentalności, kulturze oraz naturalnym sposobie gry całkiem odmiennym od przeciwników. Jednocześnie żaden team nie góruje nad resztą na tyle, aby uznać go za zdecydowanego faworyta do awansu do 1/8 finału. Na papierze jest to chyba najsłabsza grupa ze wszystkich, ale paradoksalnie można ją określić mianem quasi „grupy śmierci”.

Nie mamy tu co prawda do czynienia ze zwyczajowo kojarzonym z tym określeniem, zderzeniem piłkarskich potęg, ale wszystkie cztery zespoły są na tyle wyrównane i nieobliczalne zarazem, że walka o czołowe miejsca, może przypominać istny spacer po linie. Brak dużo silniejszej drużyny, która przed startem rozgrywek, stałaby w światowej hierarchii wyżej od rywali, powoduje bowiem, że nie tylko w teorii, ale i w praktyce wszyscy mają równe szanse. W związku z tym każda rozegrana akcja, strzelony gol, czy też wywalczony punkt, mogą mieć wprost kapitalne znaczenie. Ponadto nie sądzę, aby nadmierny respekt przed możliwościami rywali, zwykle towarzyszący wzajemnym zmaganiom tych największych, przeszkodził drużynom z grupy C w zaprezentowaniu pełni swojego potencjału i dostarczenia kibicom wspaniałego widowiska. Wyrównany poziom, połączony z brakiem światowych potentatów, powinien nas bowiem uchronić od zbytniego przywiązania do dyscypliny taktyczne oraz nudnych dla większości obserwatorów „piłkarskich szachów”.

Nie podejmę się wskazania dwójki, która wywalczy tu awans do 1/8 finału. Grecy już raz zdołali wszystkich zaskoczyć, udowadniając podczas EURO 2004, że nawet teoretyczny outsider, mając wystarczająco dużo determinacji, potrafi sięgnąć po spektakularny triumf. Z drugiej strony mamy Kolumbię, czyli drużynę, która pomimo wieloletniego braku wielkiego sukcesu, zajmuje absurdalnie wysokie miejsce w rankingu FIFA. Czy stanowi to wyznacznik jej prawdziwej siły? Moim skromnym zdaniem nie. Ukazuje jedynie skutki dziwacznego sposobu naliczania punktów, a za tym idzie oderwanie całego rankingu od rzeczywistości.

Niezależnie od tego kto z grona Japonii, Kolumbii, Grecji i Wybrzeża Kości Słoniowej przejdzie do dalszych gier, nie wróżę im znamienitych osiągnięć w całym turnieju. Dzieje się tak ponieważ w 1/8 finału będą musieli się zmierzyć z tymi, którzy przetrwają zmagania w prawdziwej „grupie śmierci”.

W grupie D, bo o niej mowa los skojarzył ze sobą Anglię Kostarykę Urugwaj oraz Włochy. Mamy tu zatem trzy, uznane, piłkarskie marki oraz drużynę z Ameryki Środkowej, która w tym ekskluzywnym gronie będzie raczej skazana na niewdzięczną rolę dostarczyciela punktów. Co więcej uważam, że jeżeli potentaci nie przyjmą, dobrze znanej z wielkich turniejów strategii „przede wszystkim nie przegrać”, to zdobycie nawet 6 punktów, może komuś nie wystarczyć do awansu. Nie jest to może najbardziej prawdopodobny scenariusz, ale jak pokazały zmagania w grupie F tegorocznej edycji Ligii Mistrzów, takie wypadki też się czasem zdarzają. Tam trzy czołowe zespoły miały aż pod 12 punktów, ale do dalszych gier mogły przejść tylko dwa.

Jakie szanse na odegranie znaczącej roli w brazylijskim Mundialu mają trzej potentaci z grupy D? Reprezentacja Anglii od lat stanowi dla mnie jeden z największych paradoksów współczesnego futbolu. Ktoś może nie lubić oglądać rywalizacji w Premier League, ale chyba tylko najbardziej zagorzali piewcy hiszpańskiej Primera Division, nie zgodzą się z tym, że jest to najlepsza liga naszego globu. Co więcej moim zdaniem z każdym, kolejnym sezonem dystans pomiędzy nią, a resztą Europy, staje się coraz większy. Oczywiście angielskie kluby w niemal każdym okienku transferowym dokonują wielomilionowych zakupów. Nie oznacza to jednak, że w ich barwach nie występują najlepsi rodzimi piłkarze, często należący do ścisłej, światowej czołówki praktycznie na wszystkich pozycjach. Jeśli do tego wszystkiego dodamy jeszcze świetnie funkcjonujące szkółki oraz regularne wprowadzanie młodych, utalentowanych graczy do składów pierwszych zespołów, to wyniki reprezentacji Synów Albionu, należy uznać za zatrważająco słabe.

Patrząc na potencjał zawodników możliwych do powołania na poszczególne pozycje, ta drużyna powinna regularnie bić się o najwyższe cele na wielkich, międzynarodowych imprezach. Tymczasem od wielu lat odpada z rywalizacji przeważnie w fazie 1/8 finału lub co najwyżej najlepszej ósemki, z trudem przechodząc uprzednio przez fazę grupową. Co więcej na finały EURO 2008 Anglicy w ogóle się nie zaklasyfikowali. Dlaczego tak się dzieje?

Szczerze, jako wieloletni kibic angielskiego futbolu i zagorzały fan Manchesteru United, nie potrafię, udzielić sensownej odpowiedzi na to pytanie. Faktem jest jedynie, że kolejni selekcjonerzy, cierpiąc na autentyczny kłopot bogactwa, nie potrafią zbudować zespołu, którego elementy składowe zaprezentowałyby pełnie swoich możliwości. Jest to tym bardziej zadziwiające jeśli weźmiemy pod uwagę klasyczne cechy z jakimi zawsze kojarzył się wyspiarski futbol, takie jak: nieustępliwość, wysokie tempo gry, twarda walka przez całe 90 minut oraz znakomite egzekwowanie rzutów rożnych i wolnych. W międzyczasie zapewne pod wpływem bodźców szkoleniowych z zewnątrz z angielskiej piłki zniknęły przestarzałe, wyśmiewane dawniej elementy takie jak na przykład słynne „rzuć piłkę na wysokiego napastnika i biegnij do przodu ile sił w nogach”. Zmagania w Premier League i to nie tylko w wykonaniu tych topowych zespołów, stały się bardziej techniczne, zyskały więcej finezji i polotu, nie gubiąc jednocześnie pozytywnych cech z przeszłości.

Niestety powołani do reprezentacji liderzy drużyn klubowych na ogół zatracają gdzieś wszystkie te umiejętności, którymi zachwycają nie tylko na krajowym podwórku, ale także w rywalizacji o Puchary Europejskie. Ich gra staje się schematyczna, nieskładna, a nieustępliwość i zdolność walki na pełnym gazie przez 90 minut, zostaje gdzieś w stadionowej szatni. Przyznaję, że zawsze po cichu kibicuję Anglikom w finałach Mistrzostw Świata i Europy, mając nadzieję, że wreszcie uda im się przenieść formę i styl z klubów na łono kadry. Patrząc realnie na ich poczynania muszę jednak przyznać, że nie tylko z względu na klasę wylosowanych przeciwników, nie dojdzie do tego także podczas brazylijskiego Mundialu.

Kolejnym potentatem, który stanie w szranki w grupie D jest Urugwaj. My Polacy z uporem godnej lepszej sprawy twierdzimy, że piłka nożna jest naszym sportem narodowym. Tymczasem mając prawie 40 milionów mieszkańców, nie potrafimy znaleźć 11 facetów, którym chciałoby się biegać za piłką z orłem na piersi. Urugwaj ma 3.5 miliona mieszkańców i prawie zawsze potrafi wystawić drużynę, budzącą respekt u każdego przeciwka. W swej historii „zaledwie”: 2 razy sięgali po tytuł Mistrzów Świata i 15 razy zwyciężali w turnieju Copa America. Jakby tego było mało z Mundialu w RPA przywieźli 4 miejsce, swoją porywającą grą zyskując uznanie, zarówno ekspertów, jak i kibiców.

Co prawda ostatnie eliminacje nie były dla Luisa Suareza i spółki zbyt udane, ale przebijając się przez baraże, wywalczyli ostatecznie przepustki na brazylijski turniej. Dzisiaj możemy to zobaczyć tylko za pośrednictwem czarnobiałych filmów nie najlepszej jakości. Nie możemy jednak zapomnieć, że kiedy w 1950 roku Mundial po raz pierwszy odbywał się w Kraju Kawy, to właśnie popularni Urusi sięgnęli po końcowy triumf. Co więcej w finale pokonali samych gospodarzy wprawiając w osłupienie i czarną rozpacz niemal 200 tysięcy ludzi, zgromadzonych na słynnej Maracanie. Oczywiście odbyło się to dawno temu, w zupełnie innej futbolowej epoce, ale biorąc pod uwagę nieprzeciętne umiejętności urugwajskich liderów oraz genialny zmysł strategiczny selekcjonera Oscara Tabareza, nic nie stoi na przeszkodzie, aby wspólnie nawiązali oni do chlubnej tradycji.

Ostatnim potentatem w grupie D są Włosi. Aktualni wicemistrzowie Europy, nie dość, że w Polce i na Ukrainie doszli do finału, to jeszcze zdołali zadziwić świat prezentując chyba najbardziej niewłoski futbol, jak to tylko możliwe. Zamiast twardej obrony i żelaznej dyscypliny taktycznej nawiązujących do tradycji klasycznego catenaccio, zobaczyliśmy drużynę grającą szybko, ultra ofensywnie i bardzo widowiskowo, która w tym samym czasie potrafiła utrzymać odpowiedni poziom koncentracji w defensywie. Jeśli do tego wszystkiego dopowiemy jeszcze, że piłkarze z Półwyspu Apenińskiego są typową drużyną turniejową, zazwyczaj rozkręcającą się z meczu na mecz, otrzymujemy mieszankę zdolną sięgać po najwyższe laury.

Kończąc analizę możliwość reprezentacji Włoch należy sobie postawić dość oczywiste pytanie: Czy jedna z jej największych zalet nie przyczyni się do jej spektakularnej klęski. Turniejowość, bo o niej mowa, jest bardzo przydatną cechą, pod warunkiem że jakoś przebrniemy przez pierwsze pojedynki i zdołamy złapać właściwy rytm. Czy w grupie naszpikowanej bardzo trudnymi przeciwnikami, zespół Cesare Prandelliego zdoła „obudzić się” zanim nie będzie za późno. Przecież w ostatnim Mundialu w RPA, właśnie owa senność w fazie grupowej sprawiła, że team prowadzony wówczas przez Marcello Lippiego w trzech rozegranych meczach zdobył zaledwie 2 punkty i wypadł z mistrzostw, mając ujemny bilans bramkowy.

Zresztą przypadłość powolnego startu dopada Włochów niezależnie od osoby selekcjonera, czy też piłkarskiej epoki. W hiszpańskim Mundialu z 1982 roku Squadra Azzurra zaczęła turniej od trzech remisów i bardzo szczęśliwie przeszła do dalszych gier. Potem jednak w drodze po tytuł pokonała kolejno ówczesnych potentatów światowego piłkarstwa. Najpierw Argentynę z Maradoną w składzie oraz Brazylię, dowodzoną przez genialnego Zico. W półfinale Włosi 2:0 wygrali z Polską, co o dziwo było wówczas wielkim wyczynem, a w finale 3:1 rozbili RFN.

Czy tym razem Włosi rozpoczną Mundial z wysokiego C? Czy Anglicy znajdą wreszcie cudowny sposób na przeniesienie znakomitych umiejętności swych gwiazd na łono kadry narodowej i nawiążą do jedynego, wielkiego sukcesu z 1966 roku? Czy Urugwajczycy z genialnym i nieobliczalnym Luisem Suarezem, znów zadziwią świat? Czy Kostaryka okaże się najbardziej niespodziewanym czarnym koniem turnieju i stawi czoła faworytom? Oto cztery bardzo dobre pytania na, które odpowiedzi jak zawsze udzieli nam zielona murawa. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że zmagania w klasycznej „grupie śmierci”, dostarczą kibicom niezapomnianych wrażeń, a jakość gry nie zostanie zepchnięta na dalszy plan przez trenerskie szachy i wzajemny respekt wielkich gwiazd.

Przegląd drużyn z grupy D zamyka pierwszą część mojej autorskiej, kibicowskiej analizy możliwości poszczególnych zespołów w brazylijskich Mistrzostwach Świata. Czy moje przemyślenia i przewidywania okażą się trafne? Czy już w meczu 1/8 finału doczekamy się rewanżu za finał ostatniego Pucharu Konfederacji, zakończonego lamentem milionów brazylijskich kibiców? Czy Holandia przyjedzie na turniej jako zgrany, pewny siebie team, gotowy zawojować świat, a nie jako zgraja indywidualistów bez szans na wygranie meczu? Dzisiaj nie potrafię odpowiedzieć na żadne z tych pytań, ale mam nadzieję, że moje przemyślenia ułatwią wszystkim zainteresowanym wyrobienie sobie własnego zdania.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Zobacz także:

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.