Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

81434 miejsce

Przekleństwo Valencii

Przekonała się na własnej skórze, że nie ma taniego luksusu. Właścicielskie zawirowania doprowadziły do sytuacji, w której zdolność przewidywania wydarzeń kończy się w optymistycznej wersji na dniu jutrzejszym.

Wydaje ci się, że nie można pozbyć się w jednym oknie transferowym więcej piłkarzy niż Atletico? Obierz kierunek na Valencię, z której wymeldowali się już Guita, Mathieu, Bernat, Ricardo Costa, Cissokho, Senderos, Fede, Victor Ruiz, Michel, Banega, a niebawem dołączy do tego grona wracający z wypożyczenia Postiga. Bezprecedensowo dano zgodę na rozmontowanie praktycznie całej defensywy. Forma bezosobowa nie jest użyta przypadkiem - dociec kto, gdzie i jak jest tam naprawdę ciężko.

W maju 70 proc. udziałów beznadziejnie zadłużonego klubu (320 mln euro) miał przejąć singapurski biznesem Peter Lim. Ale to nie ta bajka, w której znikąd pojawia się oszalały na punkcie piłki miliarder i bez opamiętania wykłada na stół walizki pełne euro. Choć tak się zapowiadało: natychmiastowa redukcja zadłużenia, dokończenie nietkniętego od pięciu lat Nuevo Mestalla (rok temu zmieniono jego projekt, wg którego pojemność będzie mniejsza o 14 tys. miejsc niż planowano na początku) i środki na odbudowanie drużyny. Do tej pory debet nie zmniejszył się o eurocenta, a jedyną inwestycją pozostaje ubiegłoroczna wymiana 55 tys. krzesełek na starym Mestalla.

Transakcja jeszcze nie doszła do skutku, bo Bankia, formalnie obsługująca zadłużenie, nie dała wiary deklaracjom Lima, a on sam nie działa pełnowymiarowo, bo ponoć tylko część wierzytelności ujrzała światło dziennie. Wczoraj na ulicach trzeciego co do wielkości hiszpańskiego miasta doszło do demonstracji sympatyków klubu przeciw przedłużaniu procedur przez Bankię, która obwiniana jest w pierwszej kolejności za marazm sześciokrotnego mistrza La Liga.

Źle, gorzej, najgorzej

Mija dokładnie dekada, od kiedy zespół Rafaela Beniteza poustawiał po kątach Barcelonę i Real, a w finale Pucharu UEFA przejechał się po Marsylii. Rok po roku Valencia schodziła szczebel w dół, aż zdegradowała się do roli przeciętniaka.

Trenerowi Unaiowi Emery'emu podziękowano za współpracę, bo nie potrafił rozbić szklanego sufitu, który ustalono na pułapie ostatniego stopnia podium i 1/8 finału Ligi Mistrzów. Od tamtej pory przez klubową szatnię przewinęło się czterech szkoleniowców, którzy przychodzili według podobnego scenariusza: ci parzyści mieli posprzątać bałagan, jaki zostawili ich poprzednicy. Dla dobra klubu jego byli piłkarze powinni mieć dozgonny zakaz pełnienia funkcji trenera - Manuel Pellegrino i Miroslav Dukić zdewastowali go systemowo i psychicznie. Wyniki? 0:4 z Malagą, 2:5 z Realem Sociedad, 1:3 z zamykającym tabelę Betisem i 1:4 z grającym o podobne cele Villarealem. Miotły Ernesto Valverde i Juana Antonio Pizziego posprzątały tylko do końca rozgrywek, bo postawiona przed nimi perspektywa zakładała tylko zjazd, którego nie chcieli firmować swoim nazwiskiem. W ubiegłym sezonie ligowym Valencia wygrała tylko 13 meczów, najmniej od 19 lat.

Brak inwestora i nieustabilizowana sytuacja na szczytach władzy przełożyły się na chroniczny brak ciągłości w spojrzeniu na politykę personalną. Rok temu sprowadzono Aly'ego Cissokho, czwartego(!) lewego obrońcę, którego po sześciu miesiącach wypożyczono do Liverpoolu, a teraz oddano do Aston Villi, podobnie jak kupionego zimą Philippe'a Senderosa. Środek pola miał opierać się na Argentyńczykach Gago i Banedze, którzy jeszcze w trakcie sezonu wrócili do Argentyny, żeby ratować swoje szanse na grę w mistrzostwach świata. Pierwszy zakotwiczył w ojczyźnie na stałe (w jego przypadku w grę wchodziły również kwestie dyscyplinarne), dla drugiego Valencia była tylko stacją przesiadkową.

Dla klubowych działaczy z biegiem czasu obca stała się zasada: sprzedajesz gwiazdę, musisz kupić nową. Trzymali się jej chociaż zarządcy Atletico: dostali 45 mln euro za Aguero, za niewiele mniej kupili Falcao; dali zielone światło na odejście Kolumbijczyka, sprowadzili z wypożyczenia Diego Costę; pozbyli się Costy, namówili Mandżukicia. Podobnie jak Los Conchoneros i utwierdzające się na pozycji nr 4 Athletic Bilbao, klub z Lewantu również spłukał się na budowie nowego stadionu, ale segment sportowy ucierpiał w jego przypadku nieporównanie mocniej.

Na trenera-wybawiciela wybrano uchodzącego za człowieka Lima Nuno Espirito Santo. Najpoważniejszym i jedynym wyzwaniem w jego karierze było utrzymanie w środku stawki ligi portugalskiej Rio Ave oraz dojście z nim do finału krajowych pucharów. Valencia jest w takich tarapatach, że ocali ją tylko interwencja Ducha Świętego?

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.