
Woda była żywiołem Witolda Cichonia od dzieciństwa. Spędził je przed wojną nad jeziorem Narocz w województwie wileńskim. - To niezwykłe miejsce ze wspaniałą historią - opowiada pan Witold. - Nasze jezioro w przedwojennej Polsce było największe w kraju. Było tam ponad dwadzieścia gatunków ryb. W Naroczy rybak Klimowicz złowił 2,5 metrowego suma. Mam jego zdjęcie w książce poświęconej Naroczy i okolicom.
Cichoń jeszcze przed wybuchem wojny zdobył patent sternika. Po 1 września 1939 roku musiał zapomnieć o swoich marzeniach o kapitańskim mundurze.
Śmierć zaglądała w oczy
Może to się widać dziwne, ale ojciec Witolda Cichonia wciągnął syna do konspiracji już w grudniu 1939 roku. Miał wtedy niecałe 14 lat. - Pierwszym moim zadaniem był zapisywanie szyfrem nazwisk Polaków z gminy Kobylnik wywożonych na Syberię i represjonowanych
wspomina. - Byłem też łącznikiem pomiędzy dowódcami: Sulimą i Kmicicem. Brałem udział w akcjach zbrojnych, wykonywaniu wyroków śmierci na konfidentach oraz w akcji Ostra Brama. Śmierć kilka razy zaglądała mi w oczy. W czerwcu 1944 roku panu Witoldowi i jego kolegom z oddziału wydawało się, że zwycięstwo jest bliskie. - Myśleliśmy naiwnie, że z Sowietami wypędzimy Niemców - opowiada. - W lipcu 1944 roku nasza IV Wileńska Brygada Narocz wpadła w sowiecką zasadzkę w okolicy Puszczy Rudnickiej. Zostaliśmy rozbrojeni. Nie mieliśmy szans, bo wróg miał broń pancerną i samoloty. Uwięziono nas w zamku w Miednikach Królewskich. Tam Jerzy Putrament, oficer polityczny namawiał nas do wstąpienia do Armii Berlinga. Krzyczałem wraz z kolegami uwolnić Wilka. Wiedzieliśmy, że nasz dowódca okręgu wileńskiego został wcześniej aresztowany przez Sowietów.

Komendant i kapitan
Witold Cichoń został wywieziony przez Sowietów do Kaługi. Głód, ciężka praca nie załamały go. Koniec wojny witał w sowieckim szpitalu, gdzie znalazł się po wypadku podczas pracy przy wyrębie lasu. W 1946 roku wrócił do kraju. Musiał starannie ukrywać swoją Akowską przeszłość, bo komunistyczne władze prześladowały żołnierzy Armii Krajowej. Witold Cichoń mimo przeszkód ukończył Wyższą Szkołę Morską w Gdyni oraz Państwową Szkołę Żeglugi Śródlądowej w Warszawie. Potem tę placówkę przeniesiono do Elbląga i w 1951 roku został jej wykładowcą, a później komendantem.
Zaraz po ukończeniu studiów rozpoczął pracę w Giżycku. Został kapitanem statku Świtezianka. Była to poniemiecka jednostka zbudowana w 1932 roku w Królewcu (obecnie Kaliningrad). Władzy nazwa Świtezianka nie bardzo się podobała i około 1952 zmieniła nazwę na Marcelego Nowotkę, działacza komunistycznego.