Facebook Google+ Twitter

PŚ w Zakopanem: Sędziowskiej farsy ciąg dalszy

Przebieg zawodów w Zakopanem przypominał inaugurację sezonu w Klingenthal. Wściekli trenerzy, zdezorientowani zawodnicy, pogubieni sędziowie. W dodatku każda walka o dokończenie rywalizacji rodziła kolejne problemy. Pytanie - czy warto?

 / Fot. PAP/Grzegorz MomotTakiego bałaganu nie było nawet w Klingenthal – mówił w trakcie dzisiejszego konkursu skoków w Zakopanem Łukasz Kruczek, nawiązując do sytuacji z inauguracyjnych zawodów Pucharu Świata. Konkurs na niemieckim obiekcie, podobnie jak ten w Zakopanem, miał zacząć się o godzinie 14, jednak silny wiatr uniemożliwił punktualne rozegranie zawodów. I seria zakończyła się około godziny 18. W Zakopanem pierwsza runda skończyła się godzinę wcześniej.

Gdzieś już to grali

Przypomnijmy, podczas zawodów w Klingenthal, konkretnie konkursu indywidualnego, sędziowie zdecydowali się przerwać serię przed skokami dwóch ostatnich zawodników, Andersa Bardala oraz Gregora Schlierenzauera. Zawodnicy dość długo czekali na swoją próbę, a warunki ani myślały się zmienić. Podczas gdy jury zastanawiało się, co z tą sytuacją zrobić, obaj (już w poczekalni dla zawodników) podali sobie ręce i zjechali w dół. Zaskoczone jury zdecydowało się zakończyć serię, a jej wyniki uznać jako oficjalne rezultaty zawodów. Choć wcześniej otrzymano informację, jakoby druga runda miała zostać przeprowadzona.

W światku skoków wybuchła burza. Niektórzy wyrażali dezaprobatę dla decyzji Bardala i Schlierenzauera. Większość jednak nie mogła zrozumieć, dlaczego ten konkurs w ogóle się odbył. Sytuacja wyglądała na przedziwną, mówiono o zawodach w kontekście farsy czy kompromitacji. Zachowanie jury wskazywało na to, że skoki narciarskie pod jednym względem jeszcze się nie zmieniły. Organizatorzy wciąż chcą za wszelką cenę rozegrać zawody, mimo iż warunki pogodowe są tak zmienne, że rywalizacja najlepszych skoczków wyglądałaby trochę jak koło fortuny. Jednemu powieje mocno pod narty, drugiemu zaś w plecy.

Wydawało się, że do takich sytuacji, jak w Klingenthal, już nie dojdzie. Tymczasem nie minęły dwa miesiące, a sędziowie znów zachowali się tak,jakby ktoś wrzucił ich do gęstej dżungli, a żaden z nich nie ma przy sobie kompasu. Tym bardziej szkoda, że zdarzyło się to podczas zawodów w Polsce.

Wściekły Pointner

Sprawcą całego zamieszania został nie tyle wiatr, co rzęsiście padający deszcz, który skutecznie skomplikował życie organizatorom oraz zawodnikom z pierwszej dziesiątki klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Woda zalała tory najazdowe, co spowodowało, że prędkości uzyskiwane przez skoczków na progu były o blisko 2 km/h mniejsze niż wcześniej skaczących zawodników. I choć wiatr przy skoku najpierw Thomasa Dietharta, a potem Andreasa Wellingera teoretycznie pozwalał im na oddanie próby, obaj nawet nie zbliżyli się do granicy 105 metrów. – To jest tak, jakby zawodnika puścić z rozbiegu krótszego o cztery stopnie – mówił Łukasz Kruczek.

Najwięcej do powiedzenia w tej sytuacji miał, co wcale nie dziwi, trener Dietharta i kadry austriackiej, Alexander Pointner. Miał ogromne pretensje do Waltera Hoffera o to, że konkurs nie został wcześniej wstrzymany. Co konkretnie mówił dyrektorowi Pucharu Świata, nie wiadomo, ale niewykluczone, że jego pretensje mogły zostać wypowiedziane w mało parlamentarnych słowach. Pointner był tak wściekły, że nawet rzucił chorągiewkę na ziemię. Później przyłożył palec wskazujący w klatkę piersiową Heinza Kuttina, pełniącego obowiązki asystenta delegata technicznego. Było naprawdę gorąco.

Najważniejsze jest zdrowie zawodników, a sytuacja była po prostu niebezpieczna. Złym pomysłem było pozwolenie na start Thomasowi. Mocno padało i wtedy szybkość była już bardzo niska – ocenił sytuację Pointner. – Trochę się dziwię, że jury podejmowało takie decyzje. Myślę, że mają jeszcze w pamięci to, co stało się niedawno w Thomasem Morgensternem, a jakoś nie zwrócili na to uwagi. Ostateczny werdykt o przerwaniu konkursu nie był dla sędziów prosty – dodał.

Takiego obrazka kibice skoków narciarskich nie oglądali bardzo dawno. Walter Hoffer, na co dzień twardą ręką zarządzający Pucharem Świata, człowiek, który podczas weekendu w skokach narciarskich zamienia się w pana i władcę wszystkich, którzy biorą udział w tym cyrku, począwszy od organizatorów, a skończywszy nawet na telewizji. On – wielki i niesamowity, nagle osłupiał. Szedł na przemian w kierunku gniazda trenerskiego oraz rozbiegu Wielkiej Krokwi. Sytuacja wymknęła mu się spod kontroli. Wiedział, że on i jego ekipa popełnili błąd, zezwalając Diethartowi i Wellingerowi na skok, choć już wtedy powinni się poważnie zastanowić nad tym, czy jest sens rozegrania tej rundy do końca. Kosztem niezasłużonej kompromitacji zawodników. Ostatecznie jury zadecydowało, że obaj zawodnicy powtórzą swoje próby.

Równi i równiejsi?

W studiu TVP najbardziej aktywnym uczestnikiem dyskusji na temat zasadności decyzji jury był Rafał Kot, który niejednokrotnie już dawał upust swojej niechęci do Hoffera i jego zgrai. – Teraz możemy zobaczyć, kto tak naprawdę jest dyrektorem Pucharu Świata. Czy inna nacja uzyskałaby pozwolenie na powtórne skakanie? Nie łudźmy się! – grzmiał były fizjoterapeuta kadry Wtórował mu Dawid Kubacki: – Nikt nie miał sprawiedliwych warunków, każdy mógłby protestować tylko dlatego, że nie wszedł do „30”. Ja tego nie rozumiem!

Problem polega jednak na tym, że decyzja jury o powtórnym skoku Wellingera i Dietharta była najlepszą z możliwych. Jeżeli jury za wszelką cenę chce, by zawody odbyły się w miarę sprawiedliwych (choć w wypadku dzisiejszych zawodów o pojęciu „sprawiedliwości” nie było w ogóle mowy) warunkach, nie można dopuścić, by zawodnicy oddawali swoje próby przy prędkościach znacznie wolniejszych od reszty stawki. Reakcja trenera Austriaków była uzasadniona, a argumenty o wątpliwej równości wobec wszystkich uczestników Pucharu Świata była zdecydowanie nie na miejscu.

Powstaje więc pytanie – dlaczego jury, wiedząc, że deszcz nie przestanie przecież nagle padać, nie poszło po rozum do głowy i nie odwołało konkursu? Dlaczego ponownie mamy do czynienia z sytuacją, w której dobro zawodników jest niczym w porównaniu do doprowadzeniu zawodów do końca. Konkurs się przedłużał, a zawodnicy w obliczu kilkukrotnych wejść na belkę startową i oczekiwania na zielone światło, byli już tym wszystkim poirytowani.

Ostatecznie Diethart i Wellinger skoczyli ponownie, jednak, zamiast o odległość znów walczyli o przetrwanie. – To, co zrobiono z Diethartem i Wellingerem, było wielce niesprawiedliwe. Oni zostali po prostu ośmieszeni – mówił Werner Schuster, szkoleniowiec Niemców. – Mieli mokry najazd i to było niewyobrażalnie niebezpieczne. Po prostu szkoda, że te zawody tak się zakończyły. Decyzja, czy powtórzyć skoki tych zawodników, była trudna. Komisja sędziowska myślała, że jakoś się uda to wszystko załagodzić, ja to tak rozumiem – dodał

Przegrana walka o honor

To jednak nie był koniec zaskakujących decyzji sędziów. Podczas gdy wszyscy powoli szykowali się na zakończenie zawodów, a część kibiców opuściło już Wielką Krokiew, nadeszła informacja, że druga seria powinna się odbyć. Czyli powtórka z Klingenthal. Niektórzy zawodnicy skwitowali tę wieść śmiechem, ale już chyba nikt w Zakopanem nie był skłonny do żartów. Warunki ani trochę się nie zmieniły, ale jury, które odniosło dziś wielką klęskę, za wszelką cenę chciało wyjść z tej farsy z twarzą. Ostatecznie do drugiej serii nie doszło, a wyniki z pierwszej serii uznano za oficjalne rezultaty zawodów.

Interesujące w tym wszystkim było jednak to, iż dwie trzecie podium zapełniło się zawodnikami, którzy swoje próby oddali właśnie w końcówce, czyli zwycięzca Anders Bardal oraz drugi w konkursie Peter Prevc. W ich przypadku sytuację udało się opanować, bowiem rozbieg przywrócono do stanu używalności, a ich prędkości były takie, jak być powinny. W dodatku Bardalowi pomógł mocny wiatr pod narty, a Prevcowi bonusowe punkty za podmuchy z tyłu skoczni. A punkty, szczególnie w tak loteryjnych zawodach, jak te, nie zawsze odzwierciedlają rzeczywiste warunki panujące na skoczni. Doświadczył tego dziś m.in. Jan Ziobro. – Mój skok nie był zły – jakie były warunki widzieliśmy. Trudno jest zrobić coś z niczego, czyli oddać dobry skok kiedy nie ma do tego warunków – powiedział. Dlatego 22-latek był bardzo zaskoczony, kiedy dowiedział się, że z jego noty odjęto ponad cztery punkty za korzystne warunki. – Nie mogę tego zrozumieć – stwierdził rozgoryczony.

Cyrk na Wielkiej Krokwi dobiegł końca. W tej sytuacji nasunęło się kilka wniosków. Po pierwsze, dopóki skoki są dyscypliną rozgrywaną na otwartej przestrzeni, zawsze, powtarzam, zawsze istnieje ryzyko, że zawody mogą się odbyć w mało komfortowych warunkach. Co więcej, ich przebieg może mieć niewiele wspólnego ze sprawiedliwą rywalizacją. Po drugie, system kompensacji punktowej za warunki wietrzne w obliczu takiej loterii, jaką mieliśmy w Zakopanem, jest szczególnie niemiarodajny. Po trzecie, możemy oficjalnie ogłosić, że od dziś dyrektorem PŚ w skokach został Alexander Pointner. Nie wiadomo jednak, na jak długo będzie pełnił tę funkcję, bowiem może się okazać, że podczas innych zawodów jego obowiązki przejmie równie mocno sfrustrowany szkoleniowiec. Po czwarte (i ostatnie), dzisiejszy konkurs pokazał, że Walter Hoffer powoli traci kontrolę nad Pucharem Świata. Jest równie zagubiony, co jego współpracownicy, poza tym trudno mu zadowolić wszystkich, a przecież o to mu przede wszystkim chodzi. Żeby uśmiechnięci byli i kibice, i zawodnicy z trenerami, i organizatorzy. Tyle że na przykładzie dzisiejszych zawodów przeradza się to w absurd. Te zawody nie były normalne. Nawet na dekoracji zawodnicy nie czuli się bezpiecznie, bowiem pod Andersem Bardalem nagle... zachwiało się podium.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.