W ostatni weekend Warszawa miała przyjemność gościć ciekawych, nietuzinkowych artystów zarówno z Polski jak i spoza naszego kraju. Okazja? Kolejna edycja Orange Warsaw Festival.
Z niecierpliwością wyczekiwałam sobotniego, wieczornego koncertu N.E.R.D. (legendarnej już grupy tworzonej przez najwybitniejszych popowych producentów ostatniej dekady: Pharrella Williamsa i Chada Hugo znanych też jako The Neptunes).
Publiczność nie zawiodła - frekwencja była przytłaczająca. Artyści dali z siebie wszystko, bawili się razem z fanami. Choć właściwie nie wiem, czy mogę nazwać tak ludzi przeciskających się pod samą scenę jeszcze przed koncertem, a 10 minut później wracających do punktu wyjścia, bo jednak muzyka nie spełniała ich oczekiwań?
Chociaż czemu ja się dziwię. Koncerty bezbiletowe przyciągają rzesze, ale niestety w dużej mierze gapiów. Ciekawa jestem jaką część tłumu stanowili prawdziwi Fani (przez duże F). I zastanawiam się jakim prawem ktoś może nosić miano "fana", jeżeli nie przestrzega zasady kupowania oryginalnych płyt, nie zna choćby jednego utworu artysty.
Stałam w rozszalałym tłumie, obserwowałam twarze otaczających mnie ludzi, widziałam ich emocje i mimo wszystko poczułam wstyd. Wstyd za bezmyślną polską młodzież, która żyjąc w, bądź co bądź, ale cywilizowanym kraju, gwarantującym obowiązkową naukę języka obcego nie zna jego podstaw. Wstyd za obecność w tym kompromitującym się tłumie, który na zadane pytanie, w odpowiedzi tępo je powtarza, który krzyczy i/lub piszczy po każdej wypowiedzi artysty, nic nie rozumiejąc, bez najmniejszego zastanowienia. To takie przykre.
Z roku na rok Polska coraz bardziej się "ukulturalnia". I to jest wspaniałe. Ale jakie świadectwo dajemy zagranicy o nas samych, jeżeli z własnej winy nie potrafimy się z nią komunikować?