Facebook Google+ Twitter

Puchar Polski w rękach Zawiszy Bydgoszcz

Historyczna chwila dla zespołu z Bydgoszczy, który wywalczył pierwsze trofeum w swojej 68-letniej historii. Wiele wyżej rozwiniętych piłkarsko nacji nie zorganizowało finału krajowego pucharu w tak nobilitującej otoczce.

 / Fot. PAPRyszard Tarasiewicz debiutował na boiskach ligowych pod komendą Oresta Lenczyka 35 lat temu. W 2011 r. Lenczyk objął budowany przez niego Śląsk, z którym najpierw finiszował drugi, by w kolejnym sezonie sięgnąć po tytuł. Dziś relacje między nimi nie należą podobno do najżyczliwszych. Puchar Polski to jedyne krajowe trofeum, którego nie ma w kolekcji 72-letni trener Zagłębia, który tradycyjnie na miejsce przygotowań wybrał Spałę. O Tarasiewiczu od lat krąży opinia zdolnego, świetne przygotowanego szkoleniowca, ale rubryka "sukcesy" pozostawała pusta. Do wczoraj.

Nie zdeprecjonowali finału


Od pierwszego gwizdka piłkarze obu klubów mieli w tyle głowy, że taka okazja prędko może się nie powtórzyć. Przyzwoite tempo, dużo akcji oskrzydlających, kilka groźnych strzałów z dystansu - działo się, ze wskazaniem na Zawiszę. Zagłębie atakowało mniejszą liczbą zawodników, obrońcy długo między sobą rozgrywali piłką, były fragmenty, gdy ograniczało się tylko do przeszkadzania. Paradoksalnie to Miedziowi mieli lepsze sytuacje, ale Miłosz Przybecki, David Abwo i Aleksander Piech (ten trzykrotnie) nie potrafił znaleźć drogi do bramki. W ostatniej akcji dogrywki piłkę meczową po błyskotliwej akcji miał za to Kadu, ale jego strzał został zablokowany.

Rzuty karne gorzej zaczęli zawodnicy z Bydgoszczy - Sebastian Dudek, którego do wykonania jedenastki wytypowałby chyba każdy, pomylił się o dobre pół metra. Potem skórę ratował dwumetrowy Wojciech Kaczmarek, a decydujący cios wyprowadził Igor Lewczuk. - Powiedzieliśmy sobie, że do końca życia nikt nie będzie miał pretensji, jeśli ktoś spudłuje - zdradził Łukasz Skrzyński. - Nie trenowaliśmy karnych, bo inaczej strzela się przy siedmiu osobach na treningu, a inaczej przy 37 tys. na stadionie - mówił Tarasiewicz, który jeszcze nie wie, czy zostanie z zespołem na kolejny sezon.

Radości nie było końca. Z trudem ukrywający wzruszenie trener Zawiszy nie zdążył powiedzieć pół zdania na konferencji po meczu, bo przeszkodzili mu piłkarze, którzy wtargnęli do sali śpiewając. Zwycięstwo ekstraklasowego beniaminka jest również triumfem autorskiej koncepcji właściciela Zawiszy, byłego menadżera Radosława Osucha, który prowadzi klub zatrudniając tylko kilkunastu pracowników. Dość powiedzieć, że trzy godziny od ostatniego gwizdka sędziego na oficjalnej stronie klubu nie było wzmianki o sukcesie. Od dziś na jego głowie będzie problem, o jakim nie marzył kilka miesięcy temu - jak zbudować zespół, który nie odpadnie już w drugiej rundzie kwalifikacji do Ligi Europy. Bo faktu, że do rywalizacji na tym poziomie nie jest gotowy, nie ukrywał sam Tarasiewicz.

Piłkarze Zagłębia jeszcze długo leżeli na murawie. Dzień przed meczem Lenczyk tryskał humorem, cytował kabaret Olgi Lipińskiej i Zygmunta Broniarka, wspominał swoją wizytę na stadionie X-lecia w latach 50. Wczoraj posępnym głosem tłumaczył swoje odczucia, ale na zakończenie nie powiedział "żegnajcie", tylko "do zobaczenia". Zespól z Lubina przejdzie do historii jako nietypowy przegrany, który w całej edycji rozgrywek nie stracił bramki.

Egzamin zaliczony


W końcu udało się rozegrać mecz dwóch polskich drużyn na Stadionie Narodowym, co poddawały w wątpliwość staż pożarna i policja. Zawisza i Zagłębie to najbardziej sensacyjne zestawienie finalistów od czterech lat, gdy Jagiellonia spotkała się z drugoligową wówczas Pogonią. Prowadzące w tabeli Legia i Lech odpadły jeszcze jesienią w 1/8 finału, podobnie jak Wisła. Nie brakowało obaw, że na 58 tys. obiekcie więcej miejsc będzie wolnych niż zajętych, bo zmierzą się kluby nie działające na publiczność jak magnes. Dość tanie bilety w cenie 15 i 20 zł (za te same pieniądze można wykupić wycieczkę po pustym stadionie) przyciągnęły na trybuny ponad 37 tys. widzów. I to pomimo tego, że transmisje przeprowadzały dwie stacje telewizyjne, które poważnie potraktowały kwestie promocji.

Dostojna lokalizacja miała dodać widowisku rangi i prestiżu, "Tutaj możesz zagrać albo jako reprezentant kraju, albo jako finalista Pucharu Polski" - zachwalał prezes PZPN Zbigniew Boniek. Europejskim wzorem wręczenie trofeum miało miejsce na trybunie głównej, w deszczu konfetti i przy akompaniamencie grupy Queen. Powrót do idei jednego meczu w finale sprawdził się znakomicie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.