Paweł Strzelecki: - Został pan mistrzem świata po raz czwarty. Czy ten ostatni tytuł zdobyć było najtrudniej?Mariusz Pudzianowski: - To były wyjątkowe zmagania, ale pod względem... psychologicznym. Dotychczasowy mistrz, Amerykaninn Phil Pfister, robił wszystko, żeby wyprowadzić mnie z równowagi. Przed zawodami zawsze próbujemy sprzęt, z którym mamy się zmierzyć. On tymczasem siedział rozparty na krzesełku niczym basza, założył nogę na nogę, zsunął wielki kowbojski kapelusz na czoło i tylko obserwował, co robię. Pokazywał, że nie musi trenować, taki jest mocny.
- Nie wyszedł na tym dobrze, bo zajął czwarte miejsce.- Amerykanie oniemieli. W finale wystąpiło czterech ich zawodników i żaden nie znalazł się na podium. A ich wielki faworyt Phil przegrał z kretesem i to na własnych śmieciach.
- Obawiał się pan jakiejś konkurencji?- Tak, paluchów, czyli przerzucania ogromnych bali mających od 3,5 do 5,5 metra wysokości. Powiem szczerze, że solidnie przygotowałem się do tej konkurencji. Zrobiłem sobie takie bale w domu w Białej Rawskiej i codziennie przerzucałem je po kilkadziesiąt razy. Liczyłem, że w tej konkurencji uplasuję się pod koniec stawki. Tymczasem okazałem się tak mocny, że zająłem drugie miejsce. Nic dziwnego, że po trzech finałowych konkurencjach mogłem się już czuć mistrzem świata.
- Rozzłoszczeni Amerykanie w trakcie wręczania pucharu powiesili polską flagę do góry nogami, nie odegrali polskiego hymnu?- Oni na każdym kroku podkreślali, że nikt im nie może w niczym dorównać, są po prostu "naj". Faktycznie, są najlepsi w... robieniu głupot.
- Mógł pan liczyć na doping Polonii.- Rodaków nie zabrakło. Trzymali za mnie kciuki i jestem im za to wdzięczny. Proszę jednak pamiętać, że mistrzostwa świata nie są wielką imprezą obliczoną na dziesiątki tysięcy widzów. To kameralne zmagania, które trzeba świetnie sprzedać w telewizji, żeby obejrzało je kilkanaście milionów widzów.
- Impreza rozgrywana była w Los Angeles. Czy odwiedził was gubernator Kalifornii - Arnold Schwarzenegger?- Nie. Podejrzewam, że nawet nie wiedział, iż takie mistrzostwa odbywają się w jego stanie. Telewizja, żeby mieć swobodny dostęp do zawodników, robiła wszystko, żeby kibiców było jak najmniej, stąd nikt specjalnie nie reklamował w amerykańskich mediach zmagań siłaczy.
- Który raz był pan w Stanach Zjednoczonych?- Ze dwudziesty. Jestem tu przynajmniej trzy razy w roku.
- Poznał pan zatem Amerykę. Mógł pan wystąpić w roli przewodnika swojego ojca Wojciecha, który poleciał z panem za ocean.- Ja koncentrowałem się na zawodach, a ojcem zajmowali się moi amerykańscy znajomi. Obwieźli go po całym Zachodnim Wybrzeżu. Pokazali wszystko, co wydawało im się interesujące. Tata twierdzi, że to była najpiękniejsza 15-dniowa wycieczka w jego życiu.
- Nie towarzyszyła panu żadna kobieta?- Nie, zabrałem dziewczynę rok temu i wiadomo, jak to się skończyło. Przegrałem walkę o tytuł.
- Nie poznał pan jakiejś interesującej pani podczas imprez towarzyszących mistrzostwom?- Nie brałem w nich udziału. Nie zamierzam się bratać z większością strongmanów. Wiem, że gdyby mogli, utopiliby mnie w szklance wody. Widzę, że coraz trudniej im znosić to, iż lata mijają, a ja jestem niepokonany. Dlatego siedziałem w pokoju, popijałem zimne piwko i szykowałem się do kolejnej konkurencji.
- Wrócił pan do pustego domu?- Tak, brat przywiózł mnie z lotniska. Rzuciłem się na moje ogromne łóżko i przespałem kilkanaście godzin. Odreagowałem mistrzostwa. Zamierzam jeszcze solidnie odpoczywać przez najbliższe dni.
- Nie myśli pan o zmianie stanu cywilnego?- Na razie nie. Wychodzę z założenia, że jeśli chcę się napić mleka, nie muszę od razu kupować krowy. Na brak powodzenia u płci pięknej nie narzekam...
- Program Dzień Kangura, w którym niańczył pan dzieci, zyskał rekordową oglądalność.- Mój e-mail puchnie od propozycji udziału w programach telewizyjnych, serialach, teleturniejach. Musiałbym wynająć sobowtóra, żeby uczestniczyć we wszystkich tych projektach.
- Czy pojawiła się propozycja zagrania w filmie?- Tak i to niejedna. Ale ja nie mam zamiaru odgrywać czarnego charakteru nawet za 100 tysięcy złotych. Kiedy trafię na rolę, która mi będzie odpowiadać, z pewnością nie odmówię. Potraktuję aktorstwo jak nowe wyzwanie, nową fascynującą przygodę. Jak na prawdziwego zawodowca przystało, przyłożę się do tego solidnie. Nie obejdzie się też bez treningu pod okiem fachowców.
- Jaką nagrodę otrzymał pan za mistrzostwo świata?- 50 tysięcy dolarów i zostawiłem je na koncie w Ameryce.
- Dlaczego?- Mam mieszkanie w Chicago. Często tam wracam. Chcę się czuć w Ameryce swobodnie, także pod
względem finansowym.
- Czy to były największe wygrane przez pana pieniądze?- Największą premię otrzymam od swoich sponsorów za zdobycie tytułu mistrza świata.
- Jaka to będzie kwota?- Zapewniam, że starczy na paliwo do mojego hummera.
LR