Na koncercie Świetlików w gdańskim Żaku w sobotę, 11 listopada był wprowadzony zakaz picia i palenia. Banał ten sprowokował mnie do zastnowienia się nad koncertowym odbiorem twórczości Świetlickiego.
Wprowadzenie zakazu spożywania alkoholu i palenia papierosów na
koncercie Świetlików to idea zaskakująca. Pomysł w swym zamyśle godny
pochwały, aczkolwiek w konfrontacji z image grupy wzbudzający co
najmniej zdziwienie. Ale także zastanowienie.
Każdy, kto choć trochę zna twórczość Marcina Świetlickiego, wie, że jest ona wręcz przesiąknięta oparami wódki i tytoniu. Świetlicki tworzy pijąc i paląc. Świetlickiego
także ogląda się na scenie pijącego i palącego (tego mu w Gdańsku nie
zabroniono - z wrodzoną sobie sprawnością odpalał kolejne papierosy,
zapijając od czasu do czasu whisky). Nie bez powodu dwa z jego tomików
mają w tytule frazę "wiersze o wódce i papierosach". Chcąc, nie chcąc
krakowski artysta sam się wykreował na częściej niż rzadziej wstawionego nihilistę z nieodłącznym papierosem w ustach.
Jedną z integralnych cech idola jest bycie naśladowanym. Niestety i cyniczny Świetlicki
tego nie uniknął. Część publiczności przychodzi na koncerty jego grupy
nie dla muzyki, nie dla wierszy (piosenek?), ale właśnie dla możliwości
obcowania z samym poetą. Dla możliwości zapalenia kolejnego czerwonego
marlboro w jego towarzystwie, a nawet podarowania mu swojej własnej
paczki papierosów.
Toż to niesamowite przeżycie, gdy twój idol pali twoje papierosy! A
jeszcze większe, gdy możesz go w dodatku poczęstować własnym piwem!
Gdańscy
organizatorzy postanowili odebrać ten punkowy smaczek sobotniemu
występowi. Dobrze to czy źle? Tego oczywiście nie można
jednoznacznie stwierdzić. Z punktu widzenia organizacyjnego był to
pomysł jak najbardziej udany. Na sali było tłoczno i duszno, a
papierosowy dym i alkohol na pewno by tego stanu nie polepszyły. Kto
chciał się napić lub zapalić, mógł spokojnie wyjść
na korytarz. Z drugiej strony zakaz ten z pewnością nie ucieszył części
fanów, którzy nie wyobrażając sobie koncertu Świetlików bez
odpowiednich stymulantów, musieli być bardzo zawiedzeni.
Choć trzeciej strony już nie ma, to pozwolę sobie na hipotezę, co mogli czuć sami artyści bez tej alkoholowo-tytoniowej
otoczki wokół ich występu. Choć zabrzmi to ryzykownie, przypuszczam, że dla
członków zespołu było to pozytywne doświadczenie. Oglądając kolejne
występy Świetlików mam wrażenie, że publiczność coraz bardziej ich
irytuje. Głownie rozentuzjazmowana publiczność nastoletnia typu przytoczonego przez Grzesia Dyducha w anegdotce o trzech niepełnoletnich, mrocznych groupies, które "napastowały" zespół po poznańskim koncercie.
Może zabrzmi to banalnie, ale alkoholowo-tytoniowe
zakazy (choć wcale mi się nie podobają) zdają się ograniczać napływ
tego typu fanów. Nie chciałbym, aby artykuł ten został odebrany jako
pochwała narzucania jakichkolwiek ograniczeń. Nie mam także zamiaru
jednoznacznie dzielić publiczności na niedojrzały motłoch i ironicznie
spoglądająca na niego elitę "prawdziwych fanów". Chciałbym tylko
zwrócić uwagę, że w odbiorze ważne są nie tylko wrażenia, ale także sam
nadawca. Przede wszystkim zrozumienie i odpowiedni dystans w stosunku
do niego. W przypadku twórczości poety brulionu
jest to nader wskazane. Jeśli Świetlicki
cynicznie mówi: "teraz zagramy ostatnią piosenkę, potem trzy bisy i
państwo pójdziecie spać" to znaczy, że on ten dystans posiada. Chyba
warto mu się odwdzięczyć tym samym.