Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

21029 miejsce

Punk rock nadal we mnie siedzi - wywiad z Grabażem

Wokalista, autor tekstów, kompozytor, radiowy dj - tak w największym skrócie można określić Krzysztofa "Grabaża" Grabowskiego, frontmana zespołu Strachy Na Lachy.

Strachy Na Lachy / Fot. Iwona JanusPopularny "Grabaż" to także muzyczny pasjonat, któremu nadal w duszy gra punk rock, o czym m.in. dowiecie się z wywiadu, przeprowadzonego z liderem zespołu Strachy Na Lachy, 3 marca bieżącego roku, w ogródku jednego z lokali, na poznańskim Starym Rynku.

Marcin Majewski: Krzysiek, nowy album Strachów zapowiadasz bodajże na wiosnę 2010, o ile nic się w tej kwestii nie zmieniło.

Krzysztof "Grabaż" Grabowski: Tak.

Do czasu wydania płyty usłyszymy jakiś singiel?
- Singiel oczywiście będzie - w swoim czasie. Na razie gramy na koncertach 4 nowe kawałki, tak sondażowo. Nie dysponuję datami dziennymi, kiedy będziemy tego singla wydawać, ani co na nim będzie - zobaczymy. Póki co, kończymy trasę, w kwietniu jeszcze zrobimy dodatkowe próby, żeby skończyć 2 kawałki, które jeszcze nam zostały w wersjach, z jakimi ciężko wejść do studia. A w czerwcu zaczynamy nagrywanie.

Wspominałeś, że płyta "Autor" ujawniła pewne wasze oblicze. Jaką twarz poznamy na albumie, który dopiero będziecie nagrywać?
- Na pewno będzie to dużo lżejsza płyta, niż "Autor", a troszeczkę odmienna od "Zakazanych Piosenek". Strachy na Lachy są zespołem, którego każdy album jest praktycznie inny, tak że jeszcze dokładnie nie wiemy, w jakim to wszystko pójdzie kierunku. Dopiero w studiu zadecydujemy ostatecznie, jakiego sznytu nabiorą nowe kawałki.

W waszej twórczości pojawiły się pewne muzyczne smaczki, np. w utworze "Na pogrzeb króla", gdzie dają się słyszeć klimaty jakby jazzowe.
- Tomek (Tomasz Ziętek, przyp. red.), który gra w Pink Freud, zagrał na trąbce w taki specyficzny sposób. Dostał taśmę i napisał kilka różnych wersji swoich śladów. Tak samo było z "Moralnym saltem" (z płyty "Piła Tango" (2005), przyp. red.), gdzie zagrał taką zupełnie odjechaną trąbkę - kiedy się jej słuchało solo, to sprawiała wrażenie, że to jakieś nieporozumienie; natomiast w momencie, gdy została wmiksowana w muzę, przyniosło to zajebisty efekt. Generalnie Strachy na Lachy są bardzo otwarte muzycznie - nie chcemy się zamykać w jednym stylu.

Otóż to. Chyba sztywne ramy oczekiwań fanów Pidżamy Porno, zaczęły was w pewnym momencie uwierać?
- Muzyka, jak każda forma sztuki, jest emanacją wolności, dlatego w momencie, kiedy czujesz, że kogoś, od kogo zależysz, ta wolność uwiera, lepiej zrezygnować albo powiedzieć sobie - "dość". Zrezygnowaliśmy z bycia mega gwiazdami, bo można powiedzieć, że w Pidżamie Porno byliśmy właśnie mega gwiazdami. Teraz jesteśmy normalnym zespołem, który nie ma jakichś inklinacji ani determinacji, żeby się utrzymywać na szczycie. Liczy się dla nas muzyka. A muzyka, to jak już powiedziałem - nic innego jak wolność. I to jest właśnie w tym wszystkim fajne. Nie żałuję tego.

Zejście ze sceny, to odważny krok. Niewielu artystów się na to decyduje.
- Lepiej zejść ze sceny w pełnym świetle, niż odchodzić powoli, będąc zapomnianym. Z Pidżamą Porno to takie "bezterminowe zawieszenie", czyli równie dobrze możemy zagrać jutro, albo możemy nie zagrać wcale. Po 20 latach mojego życia, kilkudziesięciu czy kilkuset piosenkach, nie wyobrażam sobie, że mógłbym nigdy ich już nie grać, bo to byłoby w jakiś sposób chore. Na razie jest tak, jak jest i niespecjalnie mnie to uwiera.

Nie korci Cię, żeby znów spróbować Pidżamą Porno? Wystarcza Ci to, co robisz z zespołem Strachy na Lachy?
- Nie, na razie mnie nie korci.

Chciałem Cię spytać o pewną kwestię, odnośnie poszukiwań - co takiego się zdarzyło na festiwalu w Jarocinie, że stwierdziłeś, iż całkowicie Cię zmienił?
- To był strzał. Nie ukrywam, że na Jarocin w 1982 roku, pojechałem, żeby zobaczyć TSA, a wróciłem punkiem (śmiech, przyp. red.). To był dla mnie kolosalny szok kulturowy - ludzie śpiewali o tym, co tkwiło gdzieś bardzo głęboko we mnie i nawet nie wiedziałem, że mogę tak myśleć. To było odkrycie. Świat już później nie wyglądał tak samo (śmiech, przyp. red.). W życiu każdego młodego człowieka zdarzają się takie momenty, kiedy następuje odwrócenie karty i ktoś, mniej lub bardziej świadomie, wskazuje mu jego drogę. Dla mnie takim przewodnikiem był zespół SS-20, czyli późniejszy Dezerter. Istniał wtedy taki ruch - nie słuchaliśmy już tego, co leciało w radio, ale jeździliśmy na koncerty i nagrywaliśmy je na kasetach. To był taki przedkopalny MySpace. Później dochodziło do wymiany – np. zespół wszedł do jakiegoś marnego studia, nagrał 4 kawałki, ktoś to miał i dzielił się z resztą, bo wszyscy się ze sobą znali. Tych ludzi łatwo było wyłowić z tłumu, bo zawsze stali ze sprzętem nagrywającym i siłą rzeczy był to jakiś znak identyfikacyjny. Tym sposobem taki "trzeci obieg" istniał w muzyce, nawet w tamtych czasach. Niestety później to pokolenie wymarło albo zajęło się tzw. dorosłym życiem, a jego następcy nie byli zainteresowani jakimiś kopalinami. W sumie z jednej strony jest to naturalne i oczywiste, że nie grzebiesz się w przeszłości; chyba, że ktoś jest poszukiwaczem gówna, czyli historykiem w obecnych czasach, tak jak ja (śmiech, przyp. red.).

Strachy Na Lachy / Fot. kadr.org.plStwierdziłeś kiedyś, że "Zakazane Piosenki" były chęcią przypomnienia ludziom tego, co było wartością w pewnych czasach, co funkcjonowało właśnie w "trzecim obiegu", a nie miało szansy wypłynięcia na szersze wody, ze względów cenzury i zakazów.
- Uznaję sztukę, jako ciągłość historyczną, oś. W pewnym momencie ta oś czy linia jest przerwana. Nie można traktować muzyki tylko na takiej zasadzie, że w latach 70. był Niemen, a w 80. - Republika, Perfekt, Lady Pank, Maanam i Lombard, bo były również zespoły, które mnie osobiście inspirowały dużo mocniej, tak samo zresztą, jak pozostałe osoby, które w tych czasach szukały innych dźwięków, niż te oficjalne. I tego było po prostu brak. Nikt tego nie pamiętał. W momencie, kiedy pojawiła się propozycja zagrania koncertu z piosenkami lat 80., pomyślałem, że przypomnienie tych zapomnianych utworów jest dużo fajniejszą rzeczą, niż granie po raz któryś tam "Nie płacz Ewka".

Jak widać zrobiło to na Tobie duże wrażenie.
- Nie ukrywam, że byłem typowym gnojem z małego miasta, który jedyny kontakt ze światem miał poprzez Trójkę. Słuchaliśmy listy przebojów Programu III i generalnie nie wychodziliśmy poza ten repertuar, bo nie było skąd czerpać informacji w takim małym mieście. Pojechaliśmy wtedy do Jarocina i on po prostu spełnił swoje zadanie. Przynajmniej mnie przekabacił na swoją stronę (śmiech, przyp. red.).

Paradoksalnie ówczesne trudności w dostępie do muzyki sprawiały, że, jak sam wspominasz, więcej ciekawych rzeczy można było wtedy usłyszeć. Teraz wszystko jest podane jak na tacy.
- Na tacy są podane rzeczy znane, ale funkcjonuje jeszcze w cholerę świetnych nieznanych kapel. Gdyby ktoś zadał sobie trud pomyszkowania w MySpace, między polskimi zespołami, to na pewno natrafiłby na wielu fajnych artystów, którzy mają problem z wyjściem na powierzchnię. Kiedyś służył temu Jarocin, bo ludzie przyjeżdżali słuchać właśnie młodych kapel. Dopiero później ktoś sobie wymyślił, że fajnie by było wsadzić tam też gwiazdy. Ale w najlepszych czasach Jarocina przyjeżdżaliśmy słuchać swoich rówieśników, którzy gdzieś w piwnicach, w domach kultury czy szałasach grali swoją sztukę.

Myślisz, że Jarocin może jeszcze powrócić do nas w takiej roli?
- Tamten Jarocin był jakimś wyznacznikiem swojego czasu, współczesne realia są zupełnie inne. Kiedy grałem w ubiegłym roku na tym festiwalu, na młode kapele mało kto przychodził. My wybiliśmy się sami, nie zawdzięczając niczego nikomu - ani Jarocinowi, ani czemukolwiek innemu. To była kwestia wiary i pokory oraz przekonania, że jesteśmy dobrym zespołem i naprawdę mamy coś do powiedzenia. W tamtych czasach w ogóle nikt na nas nie zwracał uwagi, byliśmy absolutnie anonimowi.

Sporo Cię łączy ze Stanisławem Holakiem, gitarzystą i wokalistą zespołu Malarze i Żołnierze, którego utwór "Po prostu pastelowe" znalazł się na "Zakazanych Piosenkach".
- Tak.

Z dużą atencją prezentowałeś w swej audycji utwory zespołu Kumka Olik, którego połowa składu to właśnie synowie Holaka - Kuba i Mateusz.
- To młodzi, fajni ludzie, którzy dobrze kombinują. Oprócz tego są synami mojego kolegi, z którym graliśmy w tym samym czasie i mieszkaliśmy po sąsiedzku w akademiku. Stachu (Stanisław Holak, przyp. red), wtedy był jeszcze bardziej znany niż my, trochę nam pomagał. Pamiętam jak dostałem pierwsze demo chłopaków… Mateusz miał chyba wtedy 14 lat i był jeszcze przed mutacją (śmiech, przyp. red.). Ale już wtedy miało to w sobie "coś". Mając w pamięci te pierwsze nagrania i obecną płytę, widzę jak zajebisty progres panowie poczynili - Mateusz jako autor tekstów, a Kumka Olik jako zespół. Wybrali własną, dość pokrętną drogę. Nieco niebezpieczną, bo ocierają się o dużą wytwórnię płytową, ale są na tyle młodzi, że mogą sobie pozwolić na spróbowanie świata biznesu od najgorszej strony. Myślę, że już parę razy się przekonali jak bolesne są te relacje. Refren w ich piosence "Zaspane poniedziałki" powalił mnie na kolana - sam chciałbym kiedyś taki napisać. Rewelacyjny. Wiem, że chłopaki dużo słuchają, bo z ich ojcem wymieniam się muzyką (śmiech, przyp. red.) Stachu jest w tej kwestii zupełnym maniakiem i oni tylko piąte przez dziesiąte łykają z tego, co słucha ojciec.
Pamiętam moją rozmowę z Mateuszem po ich pierwszym koncercie w Poznaniu, na którym było jakieś 30 osób - mówiłem mu: "Stary, ty masz dopiero 15 lat, jak zaczniesz grać rzeczy, takie jak Sonic Youth, to nikt cię nie będzie słuchał". I zadałem mu pytanie, co będzie grał, jak będzie miał 21 – 23 lata. Bo z jazzu nie wyżyje (śmiech, przyp. red.). Słuchałem potem tej debiutanckiej płyty ("Jedynka", przyp. red.) i myślę, że to dla nich jeszcze dobry czas, żeby się nurzać w rock and rollu, ile wlezie. Żeby nabierać doświadczenia, pisząc klasyczne piosenki, zawierające 2 zwrotki - refren - mostek - zwrotkę - refren. Myślę, że to dobra szkoła dla każdego, kto będzie się później babrał w muzyce.

Brakuje czegoś takiego obecnie - dobrych, prostych, chwytliwych melodii.
- Nie wiem czy te melodie są takie proste.

Nie mówiłem oczywiście w sensie pejoratywnym.
- Jeżeli prosta melodia jest fajna, to znaczy, że jest to fajna melodia. I koniec kropka. Znam parę światowych hitów, które są oparte na 2 funtach - czasami zrobienie kawałka na dwóch funtach jest dużo łatwiejsze i o wiele bardziej korzystne, niż użycie kilkudziesięciu akordów. Bo prawda jest taka, że im mniej akordów, tym większa wolność dla muzyka.

Myślisz, że Kumka Olik mają szansę istnieć na scenie tyle lat, ile np. Ty ze swoimi zespołami?
- Nie wiem. To zależy od ich nastawienia. Zresztą oni jak na swój wiek i tak bardzo długo czekali na tę płytę, bo powinna się ukazać już rok temu. Podejrzewam, że mają już kawałki na następny album. Teraz jest dla nich najlepszy czas, żeby robić swoje najlepsze rzeczy. Później przychodzi dorosłość.

Nie jesteś odosobniony w tej opinii. Rozmawiałem niedawno w Warszawie z Wojciechem Waglewskim, który też bardzo pozytywnie wyrażał się o Kumka Olik.
- Prawda jest też taka, że oni mają bardzo duże fory i niemal nieograniczony limit zaufania. Gdyby odbierać tę muzykę, abstrahując od ich wieku, to pewnie recenzje byłyby trochę bardziej miażdżące. Ale podziwiam ich za refren i ten numer "W rytmie Joy Division". W ogóle zajebisty kawałek. Właśnie tego szuka się w muzyce - żeby od czasu do czasu zaliczyć taki strzał, który pozbawi cię gaci na lędźwiach.

Krzysztof "Grabaż" Grabowski / Fot. kadr.org.plPodobnie jak Wojtek, masz za sobą współpracę z ukraińskim zespołem Haydamaky.
- Tak.

Brałeś udział w nagrywaniu ep-ki "Prolog", która zwiastuje "Kobzara", czwartą płytę Haydamaky.
- Znamy się z Haydamaky od bardzo dawna. Taką osobą, będącą spoiwem naszych relacji, jest Włodek Nakonieczny - właściciel firmy płytowej Koka Records, propagującej muzykę ukraińską. Któregoś razu zadzwonił do mnie z pytaniem czy nie zagralibyśmy trasy z zespołem Actus. Zgodziliśmy się i tak się zaczęło. Haydamaky najpierw nazywali się właśnie Actus. Kiedy przyjechali, mieli wypadek samochodowy i jakieś 3 - 4 dni musieli zostać w Niemczech, bo samochód był skasowany, a pożyczyli go od taty. Później ich akordeonista musiał jeździć do Kijowa na egzaminy. Stary, to była taka trasa, że głowa mała! (śmiech, przyp. red.). Chyba najbardziej kozacka trasa w naszym wykonaniu. Sympatyczni koleżkowie. Parę razy udało mi się być w Poznaniu, kiedy grali koncerty - piliśmy później, gadaliśmy; jest między nami jakaś taka niepisana męska serdeczność. Kiedy mi powiedzieli, że można coś wspólnie zrobić - zrobiłem.

A propos Twoich sympatii - przyznałeś się w jednym z wywiadów, że masz sentyment do tradycyjnych polskich filmów.
- Myślę, że to trochę za dużo powiedziane.

Widziałeś ostatnio jakiś polski film, który na dłużej przykuł Twoją uwagę?
- Nie, w polskim kinie nie widziałem niczego takiego. W odróżnieniu od kina czeskiego, bo tam każdy film ma w sobie nurt narracyjny, który rozumiem o wiele lepiej, niż filmy polskie. Po pierwsze - na polskich filmach nic nie słychać. Mamy w zespołowym busie DVD i jak czasami puścimy sobie polski film, to, chociaż głos jest ustawiony na pełną moc i tak nic nie słychać. Czasami, jeśli jest taka możliwość, włączamy sobie napisy i oglądamy polski film z polskimi napisami. Ale obiecujemy sobie, że jak sprzedamy milion płyt, to zafundujemy polskiemu kinu kompresor, żeby ten głos był w końcu słyszalny (śmiech, przyp. red.). Największy minus polskiego kina to właśnie to, że dialogi są niewyraźne. Poza tym, polskie kino obecnie jest po prostu makabryczne. Za każdym razem, kiedy obejrzę polski film, dobrze, że nie mam pozwolenia na broń (śmiech, przyp. red.), bo bym se w łeb strzelał. Ostatnio byłem z synem na Szumowskiej (Małgorzata Szumowska, przyp. red.). Te "33 sceny z życia"... No na Boga, przecież ja tydzień nie mogłem dojść do siebie. A to zdecydowanie nie było wyznacznikiem dobrego filmu. Być może ten film jest dobry w jakiś wartościach bezwzględnych, dla krytyków, ale dla mnie, jako lekko ponadprzeciętnego wyjadacza filmów, to był po prostu dół.

W Polsce panuje taka tendencja, że pewne dzieła po prostu wypada chwalić.
- Tak jest zawsze, ale to już jest kwestia recenzentów - najbardziej nielubianego przeze mnie zawodu świata - bycia krytykiem.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Zbig Pl
  • Zbig Pl
  • 07.07.2011 13:46

"w Pidżamie Porno byliśmy właśnie mega gwiazdami" - mówi artysta.
Taaaa...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Też tak uważam..

Komentarz został ukrytyrozwiń

Fajny wywiad, dobrze się czyta.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Uwielbiam Grabaża, ten człowiek ma w sobie coś niewiarygodnie intrygującego, a jego teksty niezmiennie powalają mnie na kolana. Świetny wywiad, pozdrawiam ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.