Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

40553 miejsce

"Qudsja Zaher" - opera eschatologiczna

Zawsze uważałam, że na operę chodzi się dla cudownych arii, które zapadają w pamięć. Jednak "Qudsja Zaher" Pawła Szymańskiego całkowicie zburzyła moją wizję. Jak dla mnie opera ta jest dość ponura i zbyt awangardowa.

Olga Pasiecznik (Qudsja Zaher) / Fot. Teatr Wielki Opera Narodowa"Qudsja Zaher" w reżyserii Eimuntasa Nekrošiusa to mroczna, miejscami przerażająca opera, która dzieje się... w zaświatach. Warto wspomnieć, że to pierwsza polska opera estachologiczna. Libretto Macieja J. Drygasa opisuje losy tytułowej bohaterki, młodej Afganki (w tej roli Olga Pasiecznik), która aby uchronić się przed deportacją, postanawia skoczyć do Bałtyku. Na dnie odkrywa zupełnie inny świat - przystań zapomnianych topielców.

I tak oto przed oczami widzów malują się zaświaty podwodne z wielokulturowym tłumem zagubionych dusz. Rządzi tam Przewoźnik (w tej roli Damian Konieczek), który niczym mitologiczny Charon przeprawia dusze do Krainy Umarłych. Za przewiezienie muszą one zapłacić złotą monetą. Jeśli jej nie mają, zostają na dnie. To świat, w którym słychać atonalne szlochy zmarłych oraz mocne recytatywy dziecięcego chóru grającego strażników pamięci. Przypominają one obecnym ludzkie historie, by nie odeszli oni w zapomnienie. Przewodzi im Nauczyciel (w rej roli Andrzej Niemirski), który spisuje ich dzieje. Dzięki niemu Quadsja Zaher odkrywa, że w poprzednim wcieleniu była nordycką uciekinierką Astrid...

Jakoś nie trafiła do mnie wizja opery, która rozgrywa się po śmierci bohaterów. Moim zdaniem zupełnie nie jest to klimat operowy. Nie przypadała mi do gustu mroczna, psychodeliczna muzyka oraz oszczędna scenografia Mariusa Nekrošiusa składająca się m.in. z imitacji łodzi, kapoków, kamieni czy grabi. Choć akcja dzieje się na morzu i pod wodą, na scenie nie ma jej ani kropli. Zastępują ją drewniane fale, które mają symboliczne znaczenie. To wszystko jest zbyt ponure, przytłaczające widza. Pewnie taki był zamysł twórców, ale mnie do siebie nie przekonali.

Andrzej Niemirski (Nauczyciel) oraz chór dziecięcy UMFC (strażnicy pamięci) / Fot. Teatr Wielki Opera NarodowaNie podobały mi się także recytatywy chóru dziecięcego w rytmie rapu. Miejscami były one wykonywane tak szybko, że trudno było cokolwiek zrozumieć. Nie pomagały nawet napisy, za którymi także trudno było nadążyć. A przecież fragmenty te były istotne dla całości. Moim zdaniem to duży mankament.

Plusem opery była za to świetna choreografia oraz gra aktorska. Największe brawa należą się oczywiście Oldze Pasiecznik, która śpiewała cudownie i wczuwała się w swoją rolę. Choć miejscami męczyła widza kilkunastokrotnym zawodzeniem "bądź pochwalona śmierci" w niewielkich odstępach czasu. Ja miałam dość po kilku razach i z każdym kolejnym myślałam, kiedy to się skończy i przejdą do innego fragmentu. Dużo słabiej wypadli Damian Konieczek, gdyż jego głos był przetwarzany, by brzmiał jak z zaświatów oraz Andrzej Niemirski, który nie śpiewał tylko recytował.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Dzięki :) Być może Tobie by przypadła do gustu. Niestety była grana tylko przez cztery dni kwietnia, podczas cyklu spotkań Terytoria.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Czasami te gorsze spektakle, książki czy filmy, pamięta się o wiele dłużej, niż te lepsze. I co ciekawe, pamięta się ze szczegółami :) Myślę jednak, że nie taki był zamysł reżysera.. Choć kto wie? ;p

Podoba mi się ta recenzja. I nie tylko dlatego, że Cię lubię. Podoba mi się, bo jest bardzo przejrzyście napisana, odważnie i zawiera wszystko, co chciałabym wiedzieć na temat tej sztuki.

Wiesz, nawet chciałabym na nią pójść :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.