Facebook Google+ Twitter

Rada Gabinetowa podwójną kompromitacją

Jeżeli prezydent chciał stać się śmieszny, a rząd niepoważny, i chcieli uczynić to jednocześnie, to Rada Gabinetowa była w tym celu szansą idealną.

- Savoir-vivre – powiedział mgliście Aleksander Kwaśniewski, w elektryzującej aurze rozchwianych ciał, dźwięcznym plaskiem prezydenckiej twarzy zaszczycając ukraiński pulpit wyższej uczelni.

Ale ani savoir-vivre, ani też emocjonalne przepychanki między prezydentem a premierem nie są dla znaczenia Rady Gabinetowej punktami kluczowymi. Nad sensem zwoływania całej rady nie ma się co szczególnie rozwodzić. Prezydent ma takie prawo, a skoro je ma, to może z niego skorzystać. Premier już parę razy korzystał z prawa do nieinformowania prezydenta o różnych sprawach, o których poinformować go powinien. Nawet sama atmosfera rady (choć moim zdaniem w normie, nie ma się czym podniecać) nie była żadną sensacją. Politycy pochodzą z konkurencyjnych obozów i mają od pewnego czasu powody, by się nie lubić. Inną sprawą jest, czy jako prezydent i premier mają do tego prawo (prezydent na pewno ma prawo mniejsze), wszak nie o ich osobiste ambicje w rządzeniu chodzi.

Dużo ważniejsze od tych niesnasek są słowa, które tam usłyszeliśmy. Z jednej strony mamy prezydenta zadającego sensowne pytania. Co prawda prezydent jest, ujmując to delikatnie, dość nieśmiały w dopytywaniu o interesujące go kwestie, może nawet w ogóle się nimi nie interesuje. Ma w końcu już niedługo wręczanie nominacji sędziowskich, dlatego rada musi trwać krótko. A przecież nie można było wybrać innego terminu. Cóż, cieszą się chyba wszyscy zebrani. Można jednak dojść do wniosku, że prezydent byłby równie zadowolony, gdyby zamiast odpowiedzi minister Kopacz czytała mu wypisy z Wergiliusza. Fakt faktem, że niewiele mniej by się dowiedział.

Bo z drugiej strony mamy rząd, który jest świetnie przygotowany, ale przecież o służbie zdrowia gadać można godzinami, a mamy tak mało czasu. Poza tym Donald Tusk będzie wskazywał prezydentowi odpowiednich ministrów, bo przecież prezydent nie domyśla się zapewne, który z nich czym się właściwie zajmuje. A już na pewno nie wie, że zdrowiem zajmuje się min. Kopacz. Sama minister, gdy już Donald Tusk dopuści ją do głosu, odczytuje najwyraźniej kartkę z wystąpieniem kampanijnym, bo wzięła ze sobą nie ten stos papierów.

Stąd jestem niemal przekonany, choć nie mam na to bezpośrednich dowodów, że rząd zaplanował jeszcze przed posiedzeniem, iż treść spotkania zostanie ujawniona.

Pani minister zdrowia stwierdza ostatecznie mniej więcej tyle, że może mówić bardzo szczegółowo, ale po co. Zaskakuje, że prezydent jej nie dociska, bo mógłby obnażyć brak pomysłów. Zaskakuje, że minister nie ujawnia szczegółów, bo mogłaby przegadać całą radę i nikt by wobec rządu zarzutów nie miał. Dziwię się też Lechowi Kaczyńskiemu, który na porady Donalda Tuska nie stwierdza, że jest prezydentem i da sobie radę, tylko snuje nudne wywody na temat konstytucji. Dziwię się ministrom i premierowi, którzy zamiast zasypać prezydenta szczegółowymi informacjami, przypominają sobie mgliście wystąpienia i chwyty przedwyborcze, co też prezydent im wytyka. Jeżeli to ma być sprawne obradowanie, to albo nikt nie chciał nic usłyszeć i nic powiedzieć, albo rządzą nami ludzie zupełnie do tego nieprzygotowani. W najgorszym razie obie te opcje razem.

Rada Gabinetowa jest zaś świetną pożywką dla mediów, które lubią wyliczyć ile czasu trwało spotkanie (np. nominacja Donalda Tuska na premiera) i rozprawiać o jego atmosferze w kategoriach skandalu (całkowitym przegięciem było tu podtrzymywanie przez tydzień tematu wpisu na blogu posła Palikota, dotyczącego rzekomych problemów prezydenta z alkoholem). Nie widzę jednak porównywalnej pasji w wymuszaniu na Ewie Kopacz ujawnienia szczegółów swoich planów ani, bardziej generalnie, przejścia rządu od ogólników do konkretów. A przynajmniej konkretnych terminów. Widać nikogo to w gruncie rzeczy nie interesuje i jest to mało medialne. Na prezydencie zaś nie ma czego wymuszać, bo krytyka i tak go nie rusza i do niej przywykł. Zajmują się nim w zasadzie już niemal tylko publicyści, którzy nie mogą żyć bez PiS-u.

A Lech Kaczyński najwyraźniej nie ma dość, bo na “biały szczyt” wysyła swoją nadworną asystentkę od wizerunku Annę Fotygę. Lekarze, eksperci i minister zdrowia mają tam dyskutować o naprawie systemu. Oby do czegoś doszli. Choć i tak dowiemy się głównie jak długie były rozmowy i kto z kim darł koty. Może nawet dowiemy się o co. Savoir-vivre.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Przeczytałem z zainteresowaniem.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Prezydent, próbując decydować kto odpowie, na jakie pytanie, a w końcu oznajmniając, że nie dopuści premiera do głosu (sic!) wprawił mnie w osłupienie. Po co zwoływał Radę, skoro wyraźnie widać, że niczego nie chciał się dowiedzieć?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jak widac Fotyga Boleściwa jest uniwersalna: moze prowadzić polityke zagraniczn,a kancelarie prezydenta oraz uczstniczyć w spotkaniu specjalistycznym, na ktorym kolejne rzady zeby sobie łamią.
Cokolwiek by nie powiedziec o Tusku - usiluje facet cokolwioek zrobić, cokolwieb by nie powiedziec o prezydencie - usiłuje sypac piach w tryby.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.