Zimą przyjechał pan do Trójmiasta na Dzień Judaizmu jako minister obrony narodowej. Teraz ponownie gości pan tutaj, już bez garnituru i białej koszuli, jako autor książki. W której z tych ról czuje się pan lepiej? – Trudno powiedzieć. Zawsze opierałem się szufladkowaniu. Czasami człowiek ma sposobność uczestniczyć w służbie publicznej, ale w polityce jak na wojnie, sytuacja zmienia się co chwila. Autorem byłem jednak zanim zostałem politykiem, więc pisarstwo jest powrotem do korzeni.
Pierwsze wydanie książki powstało w języku angielskim, dlaczego?– Po pierwsze mieszkałem wtedy w Anglii, po drugie książka miała cel polityczny: podtrzymanie poparcia społeczeństw i rządów zachodnich dla ruchu oporu.
Można zatem powiedzieć, że już wtedy polityka wkradała się do pana pisarstwa.– Sama wyprawa do Afganistanu miała cel polityczny. Wtedy nie byłem dziennikarzem, stałem się nim, by w ten sposób skuteczniej pomagać ruchowi oporu. Walka odbywała się zarówno na froncie, jak i piórem. Cel był jednak jeden, żeby zaszkodzić temu samemu wrogowi, który wtedy gnębił Polskę, czyli komunizmowi.
Na ile jako dziennikarz mógł się pan czuć bezpieczny w Afganistanie? Jeden z pana kolegów, Andy Skrzypkowiak został tam zamordowany.– Większość moich kolegów jeżdżących na tą wojnę już nie żyje. Zginęli tam albo podczas swoich późniejszych eskapad. Dziennikarstwo wojenne to zajęcie jeszcze wyższego ryzyka niż zajmowanie się polską polityką.
Niezapomniany Waldemar Milewicz mówił, że jeśli ktoś jest korespondentem wojennym nigdy do końca nie może wyrzec się strachu, bo rutyna może go zabić. Jak pan ustosunkuje się do tej wypowiedzi?– Tragiczna śmierć Waldemara Milewicza potwierdza prawdziwość tych słów. Myślę, że dziennikarstwo wojenne jest zajęciem dla młodych ludzi, bez rodziny.
Jak doświadczenie wojny w Afganistanie wpłynęło na pana późniejsze życie?– Zawsze dawało mi to pewien komfort w obcowaniu z oficerami. Nie służyłem w ludowym wojsku polskim, ale byłem na wojnie i to zwycięskiej. Mam wrażenie, że fakt uczestnictwa w niej wywarzał nić porozumienia z żołnierzami.
Wojna to również panorama ludzkich zachowań w sytuacjach ekstremalnych. Podczas spotkania w Sopocie opowiadał pan, że przyjaciółmi nieraz okazują się ludzie, z którymi dzieli nas bariera językowa.– To prawda. Ludzie, których nigdy przedtem nie widziałem na oczy, ryzykowali życie, żeby mi pomóc. Wtedy rzeczywiście nieistotna jest kultura, cywilizacja, religia, tylko to, co jest w człowieku. Sądzę, że dokładnie tak było podczas II wojny światowej w kraju. Ludzie wyznający szlachetne zasady zachowywali się często parszywie, a na przykład antysemici ratowali Żydów. Na wojnie mamy do czynienia z takimi paradoksami natury ludzkiej.
Dla wielu młodych ludzi wyjazd do Iraku wiąże się z przeżyciem wojennej przygody. Gdzie kończy się granica pomiędzy przygodą a niebezpieczeństwem? – Dzieje się to wtedy, gdy zaczyna oddziaływać przeciwnik. Chęć przeżycia męskiej przygody wydaje mi się jednak dobrym motywem do wstępowania do wojska, szczególnie na ochotnika do armii zawodowej, takiej, którą za kilka lat chciałbym widzieć w Polsce. Cała logika armii zawodowej polega na tym, że chcemy w niej widzieć młodych ludzi, także kobiety, którzy kochają to rzemiosło i chcą taką przygodę na pewnym poziomie przeżyć. Dobre chęci to jednak nie wszystko, ważne są umiejętności, hart ducha i odwaga.
Promocja książki ma miejsce, gdy emocje wokół pana osoby już ucichły. Na ile promocja wynika z chęci pokazania ludziom, że Radosław Sikorski żyje i ma się dobrze, na ile jest realizacją projektu, na który wcześniej nie pozwalał brak czasu.– Przede wszystkim rytm nadał wydawca, który uznał, że teraz, gdy nasi żołnierze jadą do Afganistanu, może być zainteresowanie książką. Uzupełniłem ją rozdziałami pisanymi już z punktu widzenia człowieka, który współodpowiadał za tą decyzję. Faktycznie, miałem czas na nadrobienie zaległości, bo jako urzędujący minister nie mógłbym nawet pomarzyć o napisaniu nowych rozdziałów. Książka została uzupełniona o nowy wstęp i epilog. Poprzedni epilog pisany w latach dziewięćdziesiątych, stał się kolejnym rozdziałem, więc mam nadzieję, że książka pokazuje panoramę Afganistanu ostatnich dwudziestu lat.
Widać, że zasmakował pan w pisarstwie, w przygotowaniu wywiad – rzeka o Polsce oraz powieść polityczna z wątkami szpiegowskimi. Czy fakt chęci napisania tej drugiej jest prawdą?– To prawda, ale książka, którą teraz promuję, nie jest jedyną, jaką napisałem. W międzyczasie powstała bardzo osobista książka o moim powrocie do Polski i odbudowie zabytków w kraju, która ukazała się w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Niemczech. Nie czuję się nowicjuszem w tej dziedzinie, natomiast rzeczywiście nie pisałem jeszcze powieści, mam tremę. Może to megalomania z mojej strony, ale Conrad ponoć zaczął pisać po czterdziestce, więc może jest też dla mnie jakaś szansa (uśmiech).
Złośliwi mówili, że pana dymisja spowodowana była tym, że bracia Kaczyńscy nie lubią zdecydowanych i ,,medialnych” polityków. Jak pan to skomentuje i czy rzeczywiście było to drugim dnem dymisji? – Nie mnie to oceniać. To była decyzja obu stron. Dla mnie kluczowe było to, że nie miałem instrumentów do realizacji misji. Nie uważam się za tchórza, ale misja w Afganistanie jest wyjątkowo odpowiedzialna i potrzebowałem mieć moc sprawczą, wolną rękę w dobieraniu sobie ludzi, procedur, pieniędzy, bo jeżeli mam być odpowiedzialny, to chcę to zrobić tak, jak potrafię najlepiej. Ponieważ nie było mi to dane, to odpowiedzialny człowiek musi powiedzieć non possumus i dać szansę innym.
Jaka była reakcja rodziny, na to, że będzie pan miał dla niej więcej czasu?– Ulga.
Co planuje pan w najbliższym czasie?– Jutro (20 maja) jestem na targach książki w Warszawie, w poniedziałek (21 maja) w Łodzi, a w przyszłym tygodniu we wschodniej Polsce; odwiedzam Olsztyn, Białystok i Lublin. Później będzie korekta pierwszej wersji wywiadu rzeki, a latem zabieram się za pisanie powieści.
Można zatem powiedzieć, że najbliższa przyszłość upłynie pod znakiem pisarstwa.– Reprezentuję też wyborców ziemi bydgoskiej w senacie, ale jest to trochę mniejsze obciążenie niż bycie ministrem obrony, więc uszczknę trochę czasu właśnie na pisanie.