Facebook Google+ Twitter

"Randka z Hubertem Meyerem" - spotkanie autorskie Katarzyny Bondy

Współautorzy: Łukasz Mic

25 października, podczas 19. Targów Książki w Krakowie, odbyło się spotkanie autorskie Katarzyny Bondy.

Katarzyna Bonda i Marcin Wilk / Fot. Łukasz MicSpotkanie miało intrygujący tytuł "Randka z Hubertem Meyerem. O pierwszej serii profilerem w nowych wydaniach". I poprowadził je Marcin Wilk.

Nowe wydanie serii kryminalnej z Hubertem Meyerem od razu trafiło na listę bestsellerów. Jak Katarzyna Bonda czuje się z tym, że wraca do starego bohatera, do czegoś, co wydawało się zamkniętym rozdziałem? Autorka przyznała, że nienawidzi swoich starych książek i napisałaby je zupełni od nowa. Traktuje je jak swoje dzieci, kocha je za dobrodziejstwo inwentarza. Do Huberta Meyera ma stosunek matrymonialny, to on pierwszy wyszedł z jej głowy.

- Ta stara seria wreszcie wygląda tak ładnie, w sensie wydania. Jest mi bardzo miło, bo nigdy tego nie ukrywałam, jest to dla mnie bardzo ważne jako dla czytelnika - książka powinna sprawiać radość estetyczną. To co jest dla mnie zaskakujące, to fakt, że ta stara seria wspięła się bardzo szybko na listy bestsellerów. To jest niebywałe. Ja pamiętam czasy, jeszcze parę lat temu, jak przyjeżdżałam do Krakowa i tak smutna siedziałam na moim stoisku, nikt do mnie nie chciał podejść. I byłam właśnie z Mayerem. To jest taki chichot losu.

Katarzyna Bonda / Fot. Łukasz MicAutorka darzy Huberta Meyera i Saszę Załuską innymi emocjami. - Hubert mnie strasznie denerwuje i w ogóle go nie lubię - za jego poglądy i podejście do kobiet. I nie wiem, jak to się stało, że mogłam kogoś takiego napisać. A co mnie najbardziej rozśmiesza, to to, że kobiety lubią drani. Czytelniczki do mnie piszą, że to jest o wiele ciekawszy bohater niż Sasza Załuska i wszystko mu wybaczają. Jak piszę Huberta, to on mi się wymyka spod kontroli. Pisanie z punktu widzenia mężczyzny jest czymś zupełnie innym aniżeli w przypadku pisania tetralogii o Saszy.

Bonda musiała obdarzyć Saszę jakimiś swoimi cechami. W założeniu miała być zupełnie inną osobą, prototypem profilerki Saszy Załuskiej. - Jest autentyczna profilerka z Instytutu Psychologii Śledczej w Huddersfield, która jest człowiekiem instytucją. Poukładana, correct, elegancka, naukowiec. Człowiek, który ogarnia całą przestrzeń, dzięki czemu nie ma chaosu. Kiedy zaczęłam ją pisać, to nie byłam w stanie się z nią skontaktować, gdyż ja mam wszystkie cechy odwrotne. Jestem chodzącym chaosem. W ogóle nie jestem poukładana, cały czas jest bałagan, cały czas jest żywioł. I cały czas walczę z tym, żeby uporządkować zastaną rzeczywistość i żeby wprowadzić dyscyplinę.

Autorka przyznała, że uwielbia pisać książki, bo za każdym razem może przekroczyć sama siebie. - I ten cel został osiągnięty, moje książki są coraz bardziej dojrzałe, coraz bardziej zwarte, coraz bardziej widać ten mój styl - przyznała Katarzyna Bonda. Przy okazji zdradziła, że nie pisze po kolei. Po to tworzy precyzyjny plan każdej powieści, by mieć komfort pracy i móc wybrać scenę, którą będzie pisać w danym momencie.

Bonda przywołała sceny hologramiczne, czyli najważniejsze w jej powieściach, do których czytelnicy wracają, a które pisze zawsze na końcu - m.in. podglądanie dziewczyn pod prysznicem w "Pochłaniaczu" czy zarzynanie prosiaka w "Okularniku". O dziwo wcale nie te sceny, które są pisane najdłużej, podobają się najbardziej, tylko te, które powstają w biegu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.