Facebook Google+ Twitter

Real w ćwierćfinale, Manchester w rozpaczy

Real już chwiał się na skraju piekła, Czerwone Diabły już stały u bram do nieba. Po końcowym gwizdku role jednak się odwróciły - w rolę Boga i szatana zarazem wcielił się sędzia.

 / Fot. PAP/EPAKarta z historii: był 9 marca 2004 r. Prowadzone przez Jose Mourinho FC Porto przejechało na Old Trafford bronić jednobramkowej zaliczki. Smoki skazywane były na porażkę - mimo zwycięstwa w Pucharze UEFA mało kto traktował ich poważnie, a już na pewno nie na tyle, by nieśmiałe myśli o wyrzuceniu za burtę Manchesteru z półki fantazja przenieść na półkę rzeczywistość. Ot, po jednorazowym wybryku w pierwszym meczu 1/8 lada moment natura wróci do pierwotnej harmonii.

Gdy w 90 min. Costinha wyrównał stan meczu na 1:1, rozanielony Mourinho, który jeszcze nie miał beznamiętnie wystudiowanych gestów, mimiki, którego nie otaczała wroga aura, sprinterskim tempem podbiegł do narożnika i wyściskał się ze swoimi piłkarzami. Dwa miesiące później zespół z Estadio do Dragao wygrał Ligę Mistrzów, ale na twarzy przyszłego trenera Realu malował się smutek. Pamiątkowy medal schował do kieszeni i udał się do szatni, pozostawiając celebrację innym. Wiedział - można przypuszczać, że czekają go nowe wyzwania, że jego pierwszy triumf w tym elitarnym gronie nie będzie ostatnim, będzie początkiem kariery, która zachwieje klubową hierarchią.

Tak nabierała kształtów legenda Mourinho. Wczoraj dopisał jej kolejny akapit. Pewnie jego treść byłaby inna, gdyby nie prezent od tureckiego arbitra, ale na papierze zostaje wynik.

Równie wyrównanej konfrontacji możemy już nie zobaczyć w tej edycji Ligi Mistrzów. W dwumeczu czysto piłkarsko odrobinę lepszy był Real, ale Czerwone Diabły tuszowały minimalne różnice walecznością, imponującą determinacją, świetną organizacją gry. Niezbadane są wyroki sir Alexa Fergusona - po przejrzeniu składów chyba nie jeden obserwator wytykał błąd realizatorowi, który w pierwszym składzie umieścił Naniego, a nie znalazł miejsca dla Rooneya. Gdy obie jedenastki ustawiły się na środku boiska, a kamera podróżowała po twarzach zawodników, nie było już wątpliwości - Rooney zacznie mecz na skórzanym fotelu.

Jeśli Ferguson miał przeczucie, że portugalski skrzydłowy (ile razy media już go skreślały) ma swoją rolę do odegrania, to nie pomylił się - asysta przy samobójczym trafieniu Ramosa, który znalazł się tam, gdzie powinien się znaleźć, tylko skierować futbolówkę gdziekolwiek indziej, potem czerwona kartka, którą dyplomatycznie powinno się określić jako "problematyczną", ale dyplomację odstawmy na bok, bo w tej sytuacji problemu nie ma - kartki tego koloru być nie powinno.

United nie kalkulował. Mógł zacząć mecz na kursie "nie stracić" i czekać na rozwój wydarzeń zaproponowany przez gości, ale atakował. Powiedzieć, że dynamika widowiska była intensywna, to nic nie powiedzieć. Akcja goniła akcję, piłka w zawrotną szybkością wędrowała od nogi do nogi. Audytorium na Old Trafford w ekstazie śledziło trudną pogoń swoich ulubieńców aż do smutnego końca. Ale jak odpaść, to w takim stylu.

Ile znaczy przyjaźń - gdyby na sąsiedniej ławce trenerskiej siedziałby ktokolwiek inny niż Szkot, The Special One nie przyznałby, że Real awansował dzięki błędom sędziego.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Gratulujemy Drużynie Realu Madryt. W tej drużynie Cristiano Ronaldo to super sportowiec.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Realowi przyszedl z pomoca sedzia tak samo jak w ostatnim meczu z Barcelona.Wczoraj to bylo na kartke koloru zoltego a nie czerwonego a z Barcelona ewidentny nie podyktowany karny dla FC Barcelona ale szczescie ich opusci do trzech razy sztuka.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Real jest na fali teraz , i pewno zwinie ligę mistrzów . Ale tam niema słabych zespołów i pożyjemy to zobaczymy .!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.