Dziś miałem okazję obejrzeć pokaz tego filmu, który chociaż bardzo mi się podobał, ma jednak kilka minusów.
Po obejrzeniu filmu mogę powiedzieć, że liczba oscarowych nominacji (13), porównywalna tylko z „Titanikiem" (14), oraz „Wszystko o Ewie” (14) mówi sama za siebie. Poza wymienionymi wcześniej, film otrzymał nominacje również w kategorii najlepszy film (dla Ceán Chaffin, Kathleen Kennedy i Franka Marshall), najlepsze zdjęcia (Claudio Miranda), najlepszy montaż (Angus Wall i Kirk Baxter), najlepsze kostiumy (Jacqueline West), najlepsza scenografia (Donald Graham Burt i Victor J. Zolfo), najlepsza charakteryzacja (Greg Cannom), najlepszy dźwięk (David Parker, Michael Semanick, Ren Klyce i Mark Weingarten).
Wydaje się, że mamy tutaj do czynienia z kawałkiem naprawdę dobrego epickiego kina w starym stylu. Kina, które stawiało przede wszystkim na człowieka i jego przygody, historię jego życia. Reżyser i jego ekipa nie starali się przekazać nam głębszych treści. Kiedy było trzeba, kiedy wszystko szło bardzo źle, odzywał się jeden z pensjonariuszy, zaczynając przemowę od nieśmiertelnego: „Czy opowiadałem ci już o tym, że trafił mnie piorun?”, po czym następowało podanie miejsca i na ekranie ukazywał się film jako żywo przywodzący początki kinematografii pokazujący wspomniane miejsce i piorun trafiający gawędziarza. Za każdym razem sytuacja ulegała szybkiej poprawie.
Jednakże, jak już wspomniałem wcześniej, nie byłbym sobą gdybym nie znalazł dziury w całym. Zanim wybrałem się do kina zapoznałem się z opowiadaniem Fitzgeralda, aby móc porównać film z książką. I niestety porównanie takie bynajmniej nie wypada na korzyść filmu. Fitzgerald w swojej książce pisał o człowieku, to głównie na tym się skupiał. Scenarzyści zafundowali nam piękne dekoracje, wspaniałe efekty jeśli chodzi o postarzanie i odmładzanie Cate Blanchett i Brada Pitta oraz śliczne stroje, ale – przynajmniej ja – odniosłem wrażenie, że czegoś brakuje. Czego, skojarzyłem dopiero po powrocie do domu. Brakuje mi naturalności, widać sztuczność w przedstawionych zachowaniach bohaterów, poza tym przerobienie tego krótkiego opowiadania na film, który trwa, wg danych dystrybutora, sto pięćdziesiąt dziewięć minut. Pomijam również i to, że z pięknej przypowieści o człowieku, o jego losie, zrobiono na siłę łzawy melodramat. Co mnie na przykład nie do końca pasuje.
Jednakże pomimo wad, które opisałem powyżej uważam, że warto się wybrać na ten film. A warto, ponieważ niezależnie od tego co próbowali zepsuć realizatorzy, nie udało im się to. Pisałem wcześniej, że reżyser i w ogóle ekipa zajmująca się realizacją "Ciekawych przypadków..." nie starali się przekazać nam żadnych głębszych treści. W dalszym ciągu podtrzymuję tą opinię, ale chciałbym wyjaśnić wszystkim, których moje słowa mogą zniechęcić, warto obejrzeć film, dlatego, że reżyserowi nie udało się zbyt dużo zepsuć. Oglądając film możemy zauważyć, że tak naprawdę pokazuje nam się miłość, oddanie, wierność. Wiem, że w obecnych czasach nie są to wartości dla większości społeczeństwa ważne. Przecież trzeba brać udział w wyścigu szczurów, aby coś osiągnąć. Film pokazuje nam, że są również inne wartości.