Facebook Google+ Twitter

RECENZJA: Hanni El Khatib - Head in the Dirt

Nieśmiały chłopak o palestyńskich korzeniach znów atakuje nas masą nieznośnych, gitarowych dźwięków. Sprawa jest natomiast o tyle poważna, że płyta nagrywana była "pod batutą" gitarowej części duetu The Black Keys - Dana Auerbacha.

 / Fot. okładka płytyHanni El Khatib to muzyk wyjątkowo mało znany w naszym ojczystym kraju. Może kwestia gustu, może zaściankowego przyzwyczajenia do słuchania muzyki z komercyjnych stacji radiowych, a może przypadku. Ale ten człowiek ma ogromne predyspozycje do zostania instytucją przemysłu muzycznego. Zadebiutował krążkiem Will the Guns Come Out w 2011 roku, który przyniósł mu umiarkowaną popularność. Większy rozgłos zyskał dzięki lokowaniu jego kawałków w popularnych w Stanach serialach czy reklamach. Facet został okrzyknięty nowym Jackiem White'em nie bez powodu, bo jego garażowe brzmienie i surowe gitary w sporej części przywołują na myśl pierwsze krążki The White Stripes. Są jednak na tyle inne, że pozwoliły mu wykształcić własny, rozpoznawalny styl. Było więc kwestią czasu, aż zainteresuje się nim ktoś z wyższej półki. I stało się. Hanni spotkał w Paryżu Dana Auerbacha, wokalistę i gitarzystę The Black Keys. Ten pierwszy chciał nagrać płytę, a ten drugi, będąc pod wrażeniem wielu wspólnych tematów zdecydował się ją wydać. Tak powstało Head in the Dirt.

Paradoksem jest fakt, że mimo naprawdę dobrej promocji Hanni El Khatib nadal trzyma się z dala od mainstreamu. Kawałek Can’t Win ‘Em All znalazł się w reklamie Audi podczas Superbowl w 2013, czyli tak naprawdę najpopularniejszego i najdroższego pasma reklam w ciągu roku. Jego płytę wyprodukował nie byle kto, bo zdobywca tegorocznej Grammy. A na facebooku widnieje "tylko" 25 tysięcy fanów, czyli porównywalnie około trzy razy mniej od naszej rodzimej Comy. Jestem przekonany, że Head in the Dirt może to wszystko zmienić. Dlaczego? Bo ta płyta jest naprawdę wyborna.

Tytułowy kawałek, który usłyszymy już na samym początku daje nam mały pogląd tego, czego po krążku się spodziewać. Przesterowany wokal, proste, surowe riffy i dużo hałasu. Żadna nowość. Z tym, że nikt tutaj nowości nie oczekiwał, to właśnie tym Hanni El Khatib przykuwa uwagę od czasów debiutanckiego albumu. Family brzmi poniekąd jak hymn społeczności fanowskiej Amerykanina. I coś w tym jest, bo oprócz działalności muzycznej, El Khatib nie ukrywa swojego zamiłowania do sztuki czy jazdy na desce. Organizuje wystawy, pracował w profesjonalnej firmie odzieżowej. Stworzył wokół siebie otoczkę wielkiej osobistości, człowieka renesansu, czy twórcy trendów. Nie ma miliona fanów na fejsie, ale jest to bardzo oddana nisza. A taki ktoś jest w dzisiejszej muzyce rockowej bardzo potrzebny.

Na uznanie zasługuje Skinny Little Girl, nieco wolniejszy, ale bardzo melodyjny utwór. Pay no Mind jest natomiast zaraz za Family najbardziej żywiołowym kawałkiem z płyty. Nie można nic zarzucić warstwie tekstowej tego krążka. Próżno liczyć na liryczne fajerwerki, jest natomiast prosto i konkretnie, jak na tego typu rocka przystało. Nobody Move, Save Me, czy już wspomniany nieco wcześniej Can't Win 'Em All tylko to potwierdzają. A instrumenty również dają radę. Widać w tym wszystkim rękę Auerbacha, bo nawet niektóre zagrywki wokalne brzmią jak żywcem wyjęte z utworu The Black Keys. Płyta jest dojrzalsza od poprzedniczki, bardziej konkretna i chyba tak naprawdę lżejsza dla ucha. Nie ma tutaj czegoś pokroju You Rascal, You, gdzie podczas solówki przeciętny zjadacz chleba dostawał drgawek. Szczerze? Jak dla mnie zmiana na plus.

Nie jest tak, że Head in the Dirt jest idealna. Solówki gitarowe jeśli już są, to bywają nudne. Jasne, nastawienie na hałas i chaos jak najbardziej na plus, ale trzeba mieć w tym szaleństwie też trochę wyczucia. Kompletnie do całej konwencji płyty nie pasuje mi Penny, jest zbyt cukierkowa i bardziej nadawałaby się dla debiutującego zespołu zniewieściałych indie chłopaczków, niż na krążek który próbuje brzmieć garażowo. Ostatnim minusem jest to, że po mniej więcej połowie czasu, Head in the Dirt zwalnia tempo i nie jest tak wybitna jak na początku. Co nie znaczy, że druga połowa jest zła, ba, niektóre dinozaury rockowe chciałyby dziś mieć na płycie takie utwory, jak właśnie te.

Hanni El Khatib swoją drugą płytą potwierdza klasę i fakt, że powoli staje się bardzo znaczącą osobistością w świecie nie tylko rocka, ale i w ogóle muzyki. Z pomocą Dana Auerbacha nagrał płytę dużo dojrzalszą od poprzedniczki, z większą energią i może dziwnie to zabrzmi, ale bardziej ustatkowaną. Może nadal nie jest to muzyka dla mas, ale czuję, że wywoła niemałe poruszenie i zalecam bacznie obserwować karierę tego niedocenianego faceta. A także modlić się o koncert w Polsce, bo na żywo również jest niesamowity.




Najlepszy utwór z płyty: Family
Najsłabszy utwór z płyty: Penny



OCENA: 7,5/10

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.