Facebook Google+ Twitter

Recenzja na świeżo: Django

Pastisz przez lata stał się wizytówką Tarantino. To co u twórców kina klasy B śmieszy i wzbudza politowanie, u niego zachwyca i zadziwia. A ostatnio zadziwiają też i zobrazowane historie. Bo po odwecie Żydów na nazistach dostajemy western.

 / Fot. oficjalny polski plakat filmuSą w świecie kina twórcy, na których filmy czeka się z większym utęsknieniem niż na weekend podczas poniedziałkowej pracy w urzędzie. Mogą to być Scorsese, Spielberg, Nolan. Z pewnością jest to Tarantino. Bo zdążył przyzwyczaić nas do tego, że nigdy nie możemy być pewni tego co dostaniemy na ekranie. Swoją filmografią Amerykanin sprawia wrażenie, jakby jego dzieła żyły zupełnie poza standardowym kinem, gdzieś obok. Jakby były nie tyle autorskimi wytworami, co hołdem dla wszystkiego, co z kinem związane. "Pulp Fiction", który wyniósł go na szczyt szczytów, krwawy do granic możliwości "Kill Bill" czy "Bękarty wojny". Filmy wypełnione nawiązaniami do całego dorobku kinematografii, tej wybitnej jak i tej niskobudżetowej. "Django" wzbudzał zainteresowanie od pierwszych przesłanek dotyczących fabuły. Westernu w wykonaniu Tarantino jeszcze nie oglądaliśmy a kolejne wzmianki o obsadzie i klimatyczne zwiastuny tylko podsycały atmosferę. Wielka ciekawość, połączona z wielką niewiadomą. Czy łatwo tę niewiadomą rozwiązać?

Fabuła nie jest skomplikowana. Tarantino ostatnimi czasy lubi bawić się historią, zmieniać jej kierunek. Zaczął w "Bękartach wojny" i kontynuuje ten zabieg w "Django". Tytułowy bohater był bowiem niewolnikiem, jednak dzięki doktorowi Schultzowi w zamian za pomoc staje się wolnym człowiekiem. Co z racji czasów, a rzecz dzieje się na dwa lata przed Wojną Secesyjną, ciężko zaakceptować lokalnym społecznościom. Po drodze dowiadujemy się, że Django poszukuje swojej żony, między bohaterami nawiązuje się przyjaźń a najpewniejszy trop prowadzi do plantacji Candyland, gdzie prawdopodobnie Broomhilda (bo tak zwie się luba naszego protagonisty) jest przetrzymywana. Zanim to jednak nastąpi przeleje się na ekranie dużo krwi, usłyszymy świetne dialogi a w tle zabrzmi fantastyczna muzyka. Czyli to, z czego Tarantino zawsze zdaje egzamin na pięć plus.

Niewątpliwą zaletą obrazu jest obsada. Jako całość jak i każdy aktor z osobna. Wybitna kreacja Samuela L. Jacksona, który zagrał Stephena. Stary, zrzędliwy lokaj, niechętnie nastawiony do wszystkich czarnoskórych poza samym sobą jest niesamowicie charakterystyczny. To samo tyczy się wspomnianego wcześniej doktora Schultza. Christoph Waltz spisał się znakomicie w roli łowcy głów, który bez mrugnięcia okiem eliminuje bandytów ściganych listem gończym celem wzbogacenia się. Na uwagę zasługuje też nieco niepokojąca kreacja Di Caprio, który zagrał nieprzewidywalnego Calvina Candie. Za tytułową rolę należy pochwalić Jamie Foxxa, bo postać początkowo bezpłciowa staje się z upływem wydarzeń niesamowicie wyrazista. Jeśli można się do kogoś przyczepić, to pewnie do Broomhildy, którą ciężko skojarzyć z jakimś wybitniejszym momentem filmu, ale i grająca ją Kerry Washington szerokiego pola do popisu nie miała.

Wielki plus należy się za muzykę. Tarantino starannie dobiera utwory do swoich filmów i często takie kompozycje kojarzone są potem głównie z nimi (jak chociażby "Girl, You'll be a woman soon" z "Pulp Fiction"). Podobnie może być i tym razem. Głównym kompozytorem został nie kto inny, jak wielki Ennio Morricone i przez sporą część filmu możemy się wsłuchiwać w dźwięki żywcem wyjęte z westernów. Nie one jednak budują klimat, a starannie skompletowany soundtrack, którego zawartość zaskakuje. Bo o ile stoner rockowe kompozycje w miarę zlewają się z atmosferą Django, tak mało kto pewnie wpadłby na to ażeby w tle do westernu lecieli sobie cenieni amerykański raperzy jak Rick Ross czy RZA. Świetnie brzmi "Who Did That to You" Johna Legenda. A scena strzelaniny z remixem 2paca z Jamesem Brownem to już całkowity majstersztyk. Tarantino znów nie zawodzi i udowadnia, że jeśli chodzi o słuch to również zahacza o geniusz.

"Django" to obraz świetny. W moim odczuciu Tarantino z filmu na film staje się bardziej przystępny przeciętnemu zjadaczowi chleba nie tracąc jednak na swoim geniuszu. Nie ma tu przydługawych dialogów z "Pulp Fiction", które prostego widza oczekującego akcji mogłyby nudzić, a są krótkie, acz błyskotliwe momentami wymiany zdań. Nie ma wielkiej, przewrotnej fabuły z zaskakującym zakończeniem a oglądamy solidnie zbudowaną historię prowadzoną pewnie od początku do końca. Nie ma spektakularnych efektów specjalnych, mamy przerysowane hektolitry krwi. A ponad to wszystko mamy wielka zabawę kinem i realizacją. I film z najwyższej półki w pełnym tego słowa znaczeniu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Nie rozumiem dlaczego ludzie po obejrzeniu Django mówią i piszą, że to western, skoro akcja filmu od początku do końca rozgrywa się na południu USA (Texas, Missisipi). Poza tym nie spełnia żadnego innego z warunków, które pozwalałyby nazywać ten film westeren...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.