Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

20899 miejsce

Refleksje wokół pokazu filmu o "Ince"

Pytanie o stopień komercjalizacji filmowych dzieł historycznych jest dość istotnym dylematem. Bo o ile jedne produkcje osiągają sukces na poziomie międzynarodowym, inne zyskują rozgłos co najwyżej na arenie krajowej.

Wystawa W marcu bieżącego roku poznański oddział IPN przygotował kilka ciekawych inicjatyw. 4 marca odbyło się w Bibliotece Raczyńskich przy Placu Wolności (!) I Wielkopolskie Forum Pamięci Narodowej. Na konferencji tej spośród szeregu tematów dotyczących problematyki żołnierzy wyklętych jednym z elementów dyskursu było pojęcie produkcji filmów historycznych, ze szczególnym uwzględnieniem dziejów powojennej partyzantki niepodległościowej. Rozmawiano o tym, jak nakręcić film historyczny tak, aby zainteresował on szersze rzesze odbiorców. Dyskutowano co zrobić, aby kinematograficzny obraz z jednej strony oddał wiernie rzeczywiste tło opisywanych wydarzeń, a z drugiej strony, by dany film nie stał się nudną dla widzów hagiografią.
Pytanie o stopień komercjalizacji filmowych dzieł historycznych jest dość istotnym dylematem. Bo o ile jedne produkcje osiągają sukces na poziomie międzynarodowym, inne zyskują rozgłos co najwyżej na arenie krajowej. Zdaniem wielu ekspertów, krytyków filmowych czy wreszcie potencjalnych odbiorców, przyczyną porażki danego obrazu kinematograficznego bywa często nadmierne jego przesycenie hagiografią bohaterów czy patosem konkretnych wydarzeń i epizodów. W związku z tym dodaje się do filmów nieco „literackich upiększeń”, aby były one bardziej przyswajalne. Tylko czy takie dzieła mogą być jeszcze nazwane „historycznymi”? Czy są już jedynie produkcjami inspirowanymi danym wydarzeniem z dziejów Polski (i nie tylko)? No i wreszcie fundamentalne pytanie: czy w ogóle istnieje coś takiego jak mierzalny poziom komercjalizacji filmu „historycznego”?
To wszystko skłania do refleksji, czy problem nie leży przypadkiem gdzie indziej, to znaczy czy sprowadzanie zagadnienia do kwestii stopnia komercjalizacji filmu nie jest być może zbytnim uogólnieniem. Bo chociaż reżyserzy i producenci niemal zawsze deklarują, że tworząc film chcą uciec jak najdalej od polityki i „monumentalnej” historii, trudno nie pozbyć się wątpliwości, iż tak naprawdę odejść od tych dwóch pojęć w kinematografii historycznej się nie da. W finalnym rozrachunku stopień komercjalizacji filmów jest chyba rzeczą na tyle płynną i śliską, że bardzo łatwo można się na niej poślizgnąć i stoczyć się w przepaść twórczej porażki. Upadek taki wcale nie musi dla twórcy skończyć się artystyczną śmiercią. O ile oczywiście potrafi wyciągać wnioski…
A co w takim razie z filmami dokumentalnymi? Czy tego rodzaju twórczość ma jakąkolwiek szansę zaistnienia na dużym ekranie? Czy racje bytu filmy dokumentalne mają tylko w telewizji, gdzie też nie mają zresztą łatwego życia, emitowane o porach, w których i liczba widzów jest mała, i percepcja zawartych w nich faktów bywa niezbyt wysoka? Filmy te bowiem mają nierzadko potężny ładunek istotnych informacji i faktów, ale pokazywane w zbyt późnych godzinach docierają do ograniczonej grupy osób, a przez to ich oddziaływanie na opinię publiczną bywa często co najmniej dużo mniejsze niż być powinno. To z kolei sprawia, iż nasza świadomość w wielu istotnych sprawach i tematach okazuje się bardzo mała. Lub w ogóle o pewnych ważnych kwestiach nie mamy żadnego rozeznania…
Nie docenianie filmów dokumentalnych, także w kontekście ich ewentualnej emisji na dużym ekranie nasuwa na myśl refleksję o marnowaniu ich potencjału. Bo o ile w dobie tabletów i smartfonów książki zwłaszcza dla młodego pokolenia odbiorców jawią się jako mało atrakcyjna perspektywa, o tyle pokazy filmów dokumentalnych w kinach są znakomitym nośnikiem i przekaźnikiem informacji. Każdy odbiorca – niezależnie od wieku – łatwiej przyswoi wiadomości przekazywane mu w formie obrazu. A jeśli dodatkowo obraz ten ma duży format i dobry dźwięk, to trudną rzeczą byłoby, żeby taki przekaz nie pozostawił w widzu trwałego śladu. Pozostaje już tylko dopięcie ostatniej ważnej kwestii – czyli dobór ciekawego tematu – i sukces przedsięwzięcia staje się co najmniej bardzo realny.
Interesująca problematyka poruszana przez film dokumentalny sama z siebie również nie zapewni nam powodzenia. Przekonałem się o tym na własnej skórze podczas projekcji filmu „Inka. Są sprawy ważniejsze niż śmierć” w poznańskim kinie studyjnym Rialto w dniu 22 marca 2017 roku. Organizatorem DARMOWEJ projekcji był poznański oddział Instytutu Pamięci Narodowej. Niestety sala kinowa wypełniła się zaledwie w połowie, i to w dużej mierze pracownikami leśnictwa, które było producentem filmu z racji tego, iż Danuta Siedzikówna także pracowała jako kancelistka w leśniczówce. Małą frekwencję mógłby ktoś łatwo zrzucić na organizatorów pokazu, czyli IPN Poznań, ale czyż w dużej mierze aktywną rolę w korzystaniu z tego rodzaju bezpłatnych pokazów nie powinny pełnić szkoły? Kiedy zgodnie z informacją na stronach internetowych poznańskiego IPN-u zgłosiłem swój udział w projekcji filmu o „Ince” stosownym mailem, otrzymałem w odpowiedzi także zapewnienie, że konieczność pisemnego zaanonsowania udziału w wydarzeniu jest spowodowana tym, iż w poprzednich projekcjach uczestniczyły całe klasy licealne, co sprawiało że limit wolnych miejsc szybko się kurczył. W środowe popołudnie tłumów młodzieży niestety nie było widać, choć temat filmu był więcej niż chwytliwy.
Z kronikarskiego obowiązku wypada tutaj napisać kilka słów na temat samego filmu „Inka. Są sprawy ważniejsze niż śmierć”. Znalazło się w nim bowiem wiele interesujących faktów i przynajmniej niektórymi chciałbym się z czytelnikami niniejszego artykułu podzielić. Po pierwsze kwestia wieku głównej bohaterki. Danuta Siedzikówna „Inka” miała ledwie 17 lat w chwili egzekucji, a pomimo tego wykazała się dojrzalszą i odważniejszą postawą niż niejeden dorosły w momencie tak poważnej próby charakteru. „Inka” nie tylko nie wystosowała prośby o łaskę do prezydenta Bieruta, ale też nie pozwoliła sobie zawiązać oczu i do końca patrzyła oprawcom w oczy. Być może to spowodowało, że zdeprymowani takim zachowaniem członkowie plutonu egzekucyjnego za pierwszym razem w ogóle „Inki” nie trafili. Zabił ją dopiero strzałem w czoło dowódca tegoż plutonu egzekucyjnego. Danuta Siedzikówna (co dziś już dobrze wiemy) zdążyła jeszcze przed śmiertelnym strzałem krzyknąć „Niech żyje Łupaszka” (Zygmunt Szendzielarz, dowódca 5 Wileńskiej Brygady AK - przyp. aut.) – co stanowiło kolejny godny pochwały dowód odwagi i żołnierskiej lojalności. „Inka” bowiem mimo tortur nigdy nikogo w śledztwie nie zdradziła…
Ciekawym, sensacyjnie wręcz brzmiącą informacją odnośnie przeszłości Danuty Siedzikówny „Inki”, a zawartą w omawianym filmie był fakt, że faktyczny pochowek jej ciała na gdańskim cmentarzu garnizonowym znajdywał się… ledwie kilka metrów od symbolicznej mogiły, wzniesionej na tej nekropolii znacznie wcześniej. Dziś w miejscu odnalezienia rzeczywistego miejsca spoczynku „Inki” biegnie chodnik, toteż w trotuar została wmontowana stosowna tablica pamiątkowa. Po obejrzeniu filmu o „Ince” w poznańskim kinie Rialto zakiełkował mi w głowie pomysł, by odwiedzić Gdańsk i na rzeczonym obelisku postawić znicz…
I na koniec niniejszego tekstu jeszcze jedna wymowna kwestia. Jak można się było dowiedzieć z filmu, kilka lat temu w jednym z wrocławskich liceów Danuta Siedzikówna „Inka” została przedstawiona jako kandydatka do objęcia patronatu szkoły. Pomimo, że za „konkurentów” miała takie postacie jak Stanisław Lem czy Maria Skłodowska Curie, zyskała największe uznanie w oczach młodzieży. Pomimo tego nie obyło się jednak bez próby zablokowania zwycięskiej kandydatury, a później sama uroczystość nadania „Ince” patronatu tejże szkoły została oprotestowana… Na szczęście młoda społeczność wrocławskiego liceum swój wybór umiała obronić. Te protesty i próba blokady patronatu „Inki” o czymś jednak nam mówią. Czy doszło by do tego, gdyby postać Danuty Siedzikówny była szerzej rozpropagowana? Sądzę, że idea tego protestu znalazłaby wówczas uznanie jedynie wśród osób dożywotnio i nieuleczalnie zainfekowanych PRL-owską propagandą, nazywającą „Inkę” i jej podobnych „zaplutymi karłami reakcji”. A incydenty wokół nadania wrocławskiej szkole patronatu „Inki” niech posłużą za puentę tego artykułu i za odpowiedź na pytanie: czy warto/trzeba filmy dokumentalne w kinach pokazywać…?

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.