Facebook Google+ Twitter

Relacja z Le Guess Who w Utrechcie

Cztery dni spędzone w labiryntach Tivoli Vredenburg i innych uroczych zakątkach miasta były świetną okazją na odkrywanie muzyki w niemalże zimowych warunkach, połączonych z ekscytującą eksploracją topografii Utrechtu.

 / Fot. Juri HienschCztery dni i ponad trzydzieści koncertów - standardowy morderczy maraton, na który dobrowolnie zapisują się festiwalowicze. Formuła zamkniętego festiwalu, rozproszonego po klubach, hostelach, pubach i sklepach z używaną odzieżą, jest dobrym kompromisem - nie musisz wstawać strasznie wcześnie, żeby cokolwiek zobaczyć, występy stają się częścią wędrówki po mieście.



Le Guess Who?, poza nomadyczną formułą, posiada też kilka innych charakterystycznych cech, które czynią go zdecydowanie jednym z bardziej interesujących imprez w sezonie czy w ogóle w roku. Kilka linii programowych niezwykle zaskoczyło - wejście w dialog z Austin Psych Festival, gigantem w dziedzinie nowej psychodelii, zaproszenie Michaela Giry do zaprogramowania trzydniowego spotkania z eksperymentami w ramach jego rezydencji artystycznej w Utrechcie (program nazywał się "Mouth to Mouth" i był jednym z najciekawszych elementów festiwalu, nawet jeśli z koncertami bywało różnie) czy wreszcie zorganizowanie 24-godzinnego maratonu z dronami i zorganizowanie wielkiej festy z muzyką świata ostatniego dnia - to oznaki ciekawego rozwoju. Program Le Guess Who? ewoluował od 2007 roku, budując pomost między wielkimi i znanymi, a jednocześnie zapraszając mniej znane i zdecydowanie trudniejsze w odbiorze grupy. Tegoroczna edycja wskazuje na to, że formuła działa znakomicie, a bardzo eksperymentalne i niszowe brzmienia mają sporą publiczność w Holandii i na świecie - podobno co trzecia osoba na festiwalu przyjechała nań z innych państw. Biorąc pod uwagę częstotliwość języka angielskiego w palarniach ten szacunek się zgadza.

Żeby uniknąć pieczołowitego rozpracowywania i opisywania koncertów, podzielę swoją relację na kilka rozdziałów.

Mouth to Mouth

Program Giry z The Swans widziałam tylko częściowo - odbywał się przez dwa dni głównie w dość odległej części miasta, do której zimną holenderską nocą nieprzyjemnie dojeżdżało się rowerem. Chyba stąd marna frekwencja drugiego dnia. Garstka ludzi przyszła zobaczyć Father Murphy, którzy kompletnie mnie nie porwali - liczyłam chyba na coś głośniejszego i intensywniejszego (zdarza się im to na płytach), tymczasem zdecydowali się na bardzo oszczędny koncert, pełen ambientowych mikrodźwięków, mikroinstrumentów, mikromelodii z nich wynikających. Rozczarowaniem był też Prurient - owszem, na takich koncertach można spodziewać się wszystkiego, to mógł być bardzo ciemny ambient, albo taneczniejszy minimal, ale nie spodziewałam się mrocznej elektroniki puszczonej po prostu z laptopa, do której artysta szamotał się po scenie, krzycząc jakieś nieistotne rzeczy i zrywając kable. Rozumiem potrzebę ekspresyjnego i intensywnego wykrzyczenia tego, co współczesnemu artyście na sercu leży, ale liczyłabym na ciut więcej elokwencji, no i na to, że ktoś się jednak tym laptopem choć odrobinę zajmie w trakcie występu.

Czwartek w Helling był ciekawszy - Silver Apples nie rzucił na kolana, choć było to przynajmniej bardzo oczekiwane spotkanie z postacią istotną dla rozwoju alternatywnej elektroniki, czy muzyki w ogóle. Koncert brzmiał dokładnie tak, jak stare dobre "Silver Apples" z 1968 roku - pulsujący, hipnotyzujący minimalizm z podstarzałym wokalem. O niebo lepiej wypadł islandzki artysta Ben Frost, który wszedł na scenę boso i z gitarą i potraktował publiczność długim, elektryzującym setem, w którym minimalistyczne, trzewiowe techno mieszało się z przesterowaną gitarą. Drobne zakłócenia, glitchowe hałasy i bliżej nieokreślone dźwięki przywodziły na myśl raczej Haxan Cloak czy Demdike Stare - muzykę z wybitnie mrocznego filmu.

Najlepszy był dzień trzeci cyklu - otworzył go miażdżący koncert Bo Ningen z Savages, spektakl na dwie perkusje, trzy gitary, dwa basy i dwa głosy - z jednym mężczyzną za bębnami. Tak jak na ich krótkiej, 37-minutowej płycie "Words to the Blind", koncert był maratonem bez przerw - rozpoczętym szepcącymi głosami czytającymi teksty po japoński i francusku, ewoluującymi nieuchronnie w stronę hałasu dźwiękami. Dwa zespoły ustawione naprzeciw siebie, w konfrontacyjnym układzie, z dwiema wokalistkami wystawionymi mocno w głąb publiczności, na równoległych, specjalnie dla nich skonstruowanych podestach, wchodzą w hałaśliwą dyskusję, która przechodzi w dziki, ekstatyczny hałas, trwający dobrych kilkanaście minut, z mnóstwem repetycji i przerw. Spotkanie psychodelicznego zespołu z post-punkowymi intelektualistkami wypada wybornie: hałas, anarchia i gigantyczna energia emanują ze sceny.

Zdecydowanie nie zawiedli też ani Wire, ani Swans, ani Autechre. Trzy zupełnie różne koncerty zamykały koncertowy maraton przygotowany przez Girę, począwszy od bohaterów i weteranów sceny post-punkowej w doskonałej formie, prezentujących klasyki i zupełnie nowe utwory, potem odwiecznie hipnotyzujący kakofoniczny spektakl w wykonaniu Swans (pięć utworów nie mających końca i nagłośnie wywołujące trzęsienia ziemi), wreszcie Autechre, czyli dokładnie sześćdziesiąt minut ciemności, z której wydobywają się niepokojące, pseudotaneczne dźwięki mistrza IDM.

24-Hour-Drone-Party

Znakomity pomysł - znamy już przykłady imprez i festiwali, które rozgrywają się w nocy, i na które można wpaść ze śpiworem, drzemiąc w trakcie koncertów. W moim przypadku zrealizowanie tej fantazji okazało się niemożliwe trzeciego dnia festiwalu - miałam potrzebę wędrować po innych salach, poszukując nowych brzmień, a spanie w dość klaustrofobicznej acz uroczo mrocznej przestrzeni Pandory nie było jednak tak ekscytujące, jak mogłoby się najpierw wydawać. Udało mi się jednak skorzystać z dronfestu. Uczestniczyłam w sakralnym niemalże przeżyciu, jakim jest zwykle Tim Hecker, z basem wstrząsającym podłogą i monotonnym ciągiem dźwięków przechodzącym przez minimalne modyfikacje od czasu do czasu, z Sharp Spark Night Watch, czyli muzycy Wire (Edvard Graham Lewis i Matthew Simms) pochyleni klęczący z gitarami na podłodze uścielonej efektami i produkujący piękny, minimalistyczny spektakl w efekcie, Carla Bozulich z Johnem Eichenseerem, którzy trochę zawiedli krótkim i jakoś nieszczególnie wciągającym koncertem na gitarę i skrzypce, by rano powrócić do brudnej i okupowanej przez raczej wniebowziętą publiczność sali na piękny, melancholijny występ Dirk Serries, a później wziąć udział w subtelnym ambientowym pokazie Williama Basinskiego i wreszcie w nie mniej transcendentnej, duchowej sytuacji zamykającej maraton - Stephen O'Malley i jego niezmordowana gitara, dogrywająca dźwięki do minimalistycznej, czarno-białej wizualizacji, rzucającej światło na ścianę pieców.

Odkrycia

Cudownie eklektyczni okazali się muzycy spod szyldu Son Lux pod dowództwem hiphopowego artysty z Nowego Jorku, którego pseudonim służy za nazwę grupy. Mieszanka radosnej elektroniki, wokali czasem przypominających Panda Bear z Animal Collective, nagłe hard rockowe solówki, nawiązania do metalu i post-rocka jakoś wyjątkowo dobrze splatała się w całość w rękach tej trójki. Dobrze jest się zaskoczyć czymś, co wydaje się brzmieć całkiem awangardowo. Piękny był też spektakl Binkbeats, młodego artysty z Holandii, którzy otoczony spektakularnym zestawem różnej maści narzędzi, od instrumentów po maszyny do pisania, na naszych oczach reinterpretuje elektroniczne klasyki. Ogromne wrażenie robił też minimalistyczny, awangardowy show Deana Blunta - miejska poezja, krytykująca polityczne, społeczne, ekonomiczne problemy naszych czasów, odnosząca się do rasizmu i wykluczenia, była głoszona w niemalże kompletnej ciemności przez siedzącego na scenie artystę, któremu akompaniowali trzej saksofoniści, dla większości zupełnie niewidoczni.

Podobnie było w przypadku tureckich artystów, którzy pojawili się na festiwalu: Baba Zula, świetnie znany w alternatywnych pubach w Istambule, oraz Selda, starsza pani o potężnym wokalu, która w latach 80-tych wyjechała z kraju ze względu na polityczne turbulencje i jej lewicowe, krytyczne nastawienie do ówczesnego rządu. Oba występy pokazały, jak odległy dla europejskiego ucha jest rytm wschodniej muzyki - na naszym tle błyszczała całkiem liczna turecka publiczność (wydaje się, że ta część programu, skoncentrowana w niedzielny wieczór, była skierowana właśnie do tureckiej mniejszości, pokaźnej w Utrechcie), ale dodały też interesującej, światowej perspektywy, nie wspominając już o fantastycznym, minimalistycznym Jozefem van Wissemem na lutni wczesnym wieczorem, o tUnE-yArDs eksplorujących afrykańskie bity, czy Suuns kolaborujących z Jerusalem in My Heart.

http://leguesswho.nl/ pozostaje bardzo dobrym wspomnieniem - eklektyczny line-up, wielkie pole do eksploracji, a jednocześnie kilka sztampowych acz przyjemnych ukłonów w stronę szerszej publiczności, bo chyba tak można określić obecność Willa Oldhama czy Sharon Van Etten w tym dość niszowym składzie. Sprzyjała pogoda (rzadki brak deszczu w Holandii), rozmiar miasta (300 tysięcy) i jego urocza architektura. Nie wspominając o atrakcjach w rodzaju pani sprzedającej kolorowe lizaki przed wejściem do toalet czy wegańskiego kateringu w bardzo przyjaznych cenach (zupa i kanapka za 4 euro). Zdecydowanie warto sprawdzić, w jaki sposób rozegrany zostanie przyszłoroczny rozkład jazdy.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.