Facebook Google+ Twitter

Relacja z OFF Festivalu 2012

Relacja z katowickiego festiwalu muzyki alternatywnej. Szalenie subiektywna, co warto dodać.

Zaczęło się jak zwykle - dwunastoma godzinami nocnej podróży pociągiem, co samo w sobie jest już osobliwym doświadczeniem. Kiedy wreszcie udało mi się na kwadrans przymknąć oko, ktoś zaczął śpiewać piosenki kościelne. W pewnym stanie świadomości człowiek traci pewność, czy to jawa czy sen - ale podobno byliśmy wówczas w Częstochowie. Pozostawię to bez komentarza, zwłaszcza, że potem zaskakująco obyło się już bez dramatów - udało się uniknąć nocowania w alternatywnych miejscach, a miła obsługa pola nawet nie robiła wielu problemów z zajęciem miejsca na namioty znajomych dojeżdżających później. Obsługa owa, mimo absolutnego burdelu organizacyjnego, była życzliwa i uśmiechnięta, co warte odnotowania. Odnotować również należy tzw. bifor, nie tylko ze względu na udaną zabawę, co spektakularne wejście smoka, a właściwie Celiny. Dalsza część imprezy przeniosła się już na pole namiotowe i nabrała - z ogólnopolskiego - charakter międzynarodowy i skutkowała kolejnymi dniami sympatycznego, acz trochę... creepy, towarzystwa Hindusa. I tylko hangarów żal.

Muzycznie festiwal zainaugurowałam rozstrzygnięciem pierwszego dylematu: Profesjonalizm czy Colin Stetson (wiem już, wiem, żałuję okrutnie!), przychodząc dopiero na koncert Savages. To surowe, gitarowe granie wygrało z kolei z Kurtem Vile, którego przecież mijałam, kierując się w stronę namiotu Trójki. Savages to był dobry wybór - żeński zespół okazał się brzmieć całkiem nieźle na żywo, a głos wokalistki uroczo chrypiał. Wychodziłam zupełnie zadowolona, kierując się na Scenę Eksperymentalną, gdzie grali panowie z Demdike Stare. Prawdopodobnie jestem niedouczonym, niedosłyszącym plebsem, ale występ ten bardzo mi się podobał. By wczuć się w atmosferę, wystarczyło zamknąć oczy i przymknąć oko na nie najlepsze nagłośnienie. Jak się później okazało, set Demdike Stare wszedł do czołowej trójki piątkowych koncertów. Jeszcze przed końcem występu, pewne okoliczności zmusiły mnie do odwiedzin namiotu, przez co straciłam kawałek koncertu Nosowskiej. Hejty lecące w stronę tej pani zawsze pozostaną dla mnie niezrozumiałymi. Katarzyno "no, dziękujemy bardzo!" Nosowska, kocham cię miłością wielką i czystą, jak dobrze umyty słoń i dokładnie o tym myślałam w trakcie koncertu. Podchodziłam pod samą scenę w strugach deszczu. Było coś magicznego we wsłuchiwaniu się w refren Kto? (Kto piorunom ostrzy groty, kto z impetem nimi miota?), przyglądając się oberwaniu chmury. No, dobra, obie sobie trochę popłakałyśmy. W tym rozrzewnieniu udałam się na - podczas zeszłorocznej edycji festiwalu moją ulubioną - Scenę Leśną, gdzie już czekali znajomi. Death in Vegas spodziewanie dali bardzo dobry, poprawny pod każdym względem (co w tym przypadku nie jest pejoratywnym określeniem) koncert. Niektórzy co prawda wyzłośliwiali się - to Archive gra. A nie, jednak nie. O, jednak Archive. Mnie się bardzo podobało, cały koncert przetańczyłam (o ile rytmiczne bujanie się można sklasyfikować jako taniec),a zagrana na końcu mantryczna Aisha doskonale zwieńczyła tę godzinną ucztę muzyczną. Z racji tego, że to naprawdę był dobry koncert, odpuściłam sobie ANBB, czego zresztą po usłyszeniu wielu opinii, trochę żałuję. Cóż. Festiwal to sztuka wyborów, zwykle nie najłatwiejszych. Z racji niebezpiecznie zbliżającej się bomby emocjonalnej w postaci Mazzy Star, udałam się na zasłużony odpoczynek. Nieźle musiałam się naszukać, by znaleźć do picia coś innego, niż piwo i Red Bull. Karny kaktus (nie Icek!) dla organizatorów strefy gastronomicznej - piwo było w s z ę d z i e (takoż jego smród), inne napoje niekoniecznie. To znaczy, ja rozumiem: główny sponsor, popyt, podaż, ale - przysięgam - są na świecie ludzie, którzy piwa nie lubią i nie wypiją, choćby nie wiem co. Ostatecznie znalazłam stoisko z ladą wyższą ode mnie samej, po czym udałam się już na, pewnie najbardziej wyczekiwany koncert wieczoru, czyli Mazzy Star. Kiedy wyszli na scenę, zamarłam. Śliczne, rzewne melodie i melancholijny głos Hope Sandoval bardzo wzruszył i podbił moje serce już od pierwszych minut. No i ta urocza Hope! Mazzy Star zagrali dokładnie wszystko to, co chciałam usłyszeć i koncert byłby magiczny, gdyby nie durny plebs pokazujący na rzutniku penisy i środkowe palce. Brawo, doskonale udało się wam oddać klimat koncertu! Kopulujące zajączki w tle, dajmy na to, Look on down from the Bridge to doskonały pomysł, gratuluję kreatywności, byliście tacy fajni, zazdroszczę wam. Na całe szczęście, niebawem skupiłam się tylko na muzyce i idealnym zakończeniem wydało mi się zejście ze sceny bez słowa. Ten zupełnie mistyczny koncert miał w sobie coś ze snu, z którego niespecjalnie gwałtownie zbudziło mnie zakończenie. I też odebrało mi mowę - na kilkadziesiąt minut. To dość znamienne, na całe szczęście wszyscy poszli na Metronomy, więc w milczeniu i bez zbędnych tłumaczeń (Ale NA PEWNO wszystko w porządku?) mogłam się udać na kolejny bardzo wyczekiwany koncert wieczoru - Bardo Pond. Sukcesywnie dochodziłam do siebie, takoż i zespół. Rozkręcił się gdzieś w okolicach trzeciego utworu, ja zresztą też. Koncert spełnił moje oczekiwania, pląsałam sobie samotnie i bawiłam się świetnie. W chwilach wolnych od pląsania przyglądałam się - spotkanemu już po raz dwudziesty tego dnia - Bartkowi Chacińskiemu, z przyjemnością stwierdzając, że wcale nie zbrzydł przez ten rok i w dalszym ciągu jest najładniejszym dziennikarzem muzycznym w kraju. Po Bardo Pond, za sprawą znajomych, zostałam chwilę na Atari Teenage Riot, ale z przerażeniem stwierdziłam, że raczej nie najzdrowszym pomysłem będzie wysłuchanie tego do końca, więc czym prędzej pobiegłam na Shabazz Palaces. Nie jest tajemnicą, że od jakiegoś czasu eksperymentuję z hip hopem i relacja nasza coraz bardziej się zacieśnia. Nic więc dziwnego, że koncert na Scenie Eksperymentalnej przypadł mi do gustu. Chwytliwe bity, melodyjny głos i ciekawa oprawa wizualna - to był bardzo dobry występ czarnoskórego artysty. Mimo najszczerszych chęci, nie udało mi się dotrwać do Andy'ego Stotta i Containera (zwłaszcza tego drugiego było mi szkoda), więc Shabazz Palaces był zwieńczeniem pierwszego dnia festiwalu. Dobrym zwieńczeniem, należy dodać.

Sobota koncertowo miała zacząć się o 18:45 i tak się stało. Z innych sobotnich atrakcji: degustacja przepysznego wina (Krzysiu, ja wiem, że to malinowe wcale nie było zrobione z myślą o mnie, ale pozwól mi tak uważać, proszę!) Other Lives natomiast to był kolejny koncert, który mogłabym określić mianem bardzo dobrego. Wszyscy byliśmy zaskoczeni - zespół entuzjastycznym odbiorem, a publiczność wyjątkowo urokliwymi melodiami. Jednak sprawdza się moja teza, że skrzypce w zespole ZAWSZE zwiastują coś dobrego. Upodobałam sobie również ładne ruchy sceniczne multiinstrumentalisty-wokalisty. Zachodzące słońce tylko nadało odpowiedniego kolorytu temu, co działo się na scenie. O 20:00 czekała nas wszystkich niespodzianka w postaci minizabawy urodzinowej panien C. i K., jednak zaraz po odśpiewaniu Sto lat i wycałowaniu ślicznych buź sprawczyń zamieszania, pobiegłam na Dominique Young Unique i... srogo się zawiodłam, trafiając na pierwszy słaby koncert na festiwalu. Nie wiem, czy to był półplayback czy może playback - w każdym razie marnie to mało powiedziane. Ogromna szkoda, bo dziewczę miało potencjał podobny do - chociażby M.I.A. Na szczęście, można było poskakać, zresztą nie trafiłam tam na długo. Za chwilę bowiem miało zacząć się - za red. Guldą (i chyba wyjątkowo się z nim zgadzam) - odrabianie zaległych lekcji. The Wedding Present odegrali swój album Seamonsters i było to... poprawne. Odrobinę zalatywało już geriatrią (chociaż w tej materii najgorsze miało nadejść dopiero w okolicy północy), ale i nudą, więc w sumie spod sceny udałam się na spotkanie ze znajomymi, gdzie nie dość, że dało się wysłuchać koncertu na siedząco, to jeszcze można było wyrwać chłopca na małe stopy. Album w wersji studyjnej brzmi zdecydowanie lepiej niż brzmiał na żywo. Nawet, jeśli dwadzieścia lat temu było odwrotnie. I tak przy na wpół przegadanym, na wpół przesłuchanym koncercie The Wedding Present niespostrzeżenie minęła godzina, a to oznaczało, że należy przedostać się pod scenę główną, gdzie za niecały kwadrans miała zagrać legenda, z którą miałam spotkać się oko w oko po raz drugi. Od 2007 roku, kiedy to spełniło się jedno z moich marzeń i zobaczyłam Sonic Youth na żywo, miałam nadzieję na ponowne spotkanie. Koleje losu potoczyły się nieco inaczej, stąd też inny wymiar wizyty Thurstona Moore'a w Polsce. Z jednej strony, cieszyłam się jak potłuczona na koncert, a z drugiej miałam smutną świadomość, że raczej trzeba pogrzebać nadzieje na ponowne ujrzenie Sonic Youth kiedykolwiek i gdziekolwiek. Smuciło mnie to na tyle, że niejako wyparłam sympatię dla poszczególnych działań muzyków legendarnej grupy. Jakie było więc moje zdziwienie, że Thustron solo brzmiał... świetnie. Nawet nie spodziewałam się po sobie tak entuzjastycznego odbioru tego koncertu. Gdzieś w połowie uświadomiłam sobie, że nucę pod nosem większość melodii i znów wzdycham do gitary brzmiącej zupełnie, jak ta z Sonic Youth (co w zasadzie dziwnym nie jest). Wspaniały koncert, odrobinę podróż sentymentalna. I tylko w pewnym momencie ukłuła mnie myśl: ciekawe, jak Kim sobie poradzi jutro. Po gitarowym (w najbardziej pozytywnym z możliwych znaczeń tego określenia!) szaleństwie, przyszedł czas na szaleństwo w rytmie... afrykańskiego elektro. Shangaan Electro to był zdecydowanie najbardziej roztańczony koncert całego Offa. One-eight-nine i wszyscy szaleli. Podłoga skakała, jak na Omarze, za to sama muzyka chyba lepsza od omarowej. Co prawda utwory w dalszym ciągu zdawały się być zagadką znajdź trzy różnice między kolejnymi piosenkami, ale nikomu to nie przeszkadzało: na żadnym koncercie nie widziałam tylu uśmiechniętych twarzy. Ludzie śmiali się w głos, skacząc i tupiąc do rytmu. Takie szaleństwo nie mogło jednak trwać wiecznie, w perspektywie zaczął majaczyć Iggy. Roztańczonym krokiem należało się oddalić, by nie narazić się na nieprzyjemne widoki w postaci nieestetycznej legendy rocka. Na całe szczęście, Iggy obnaża się tylko od pasa w górę, inaczej trauma po takim widoku mogłaby pozostać na resztę życia. Bezpiecznie oddaliłam się na Megafaun, którzy mieli być tylko wypełniaczem, a okazali się całkiem przyjemnym dla ucha folkiem, no i nie byli starzy ani pomarszczeni, czym dodatkowo zyskali moją aprobatę. Zupełnie niezobowiązujący koncert, przysłuchiwałam się bez zaangażowania, zresztą myślami byłam już na scenie leśnej, gdzie miał się zaraz pojawić pan w metalowej masce. MF Doom przerósł wszelkie oczekiwania. Co prawda miałam wrażenie, że koncert jest nie najlepiej nagłośniony, a publiczność, jak na hip hopowy koncert, była dość drętwa, ale i tak było świetnie. Prawdziwe przedstawienie jednego aktora, doskonałe bity i niegłupie teksty - jak widać nie trzeba srogo kląć w co trzecim wersie, by robić dobry rap. Spodziewałam się, że to będzie dobry występ, nie przeliczyłam się - było świetnie. Na tyle świetnie, by nie mieć sił na High Places i przysłuchiwać się tylko z daleka. Wystarczyła mi deklaracja znajomych, którzy byli, że jest OK. Skoro tak, to ok, a po moich krótkich namowach poszliśmy wszyscy na Kuedo. Bardzo na niego liczyłam i okazało się, że tylko mnie z całego towarzystwa przekonał, by zostać do końca. Nie żałuję - kolejny bardzo udany koncert i nareszcie dobrze nagłośniona elektronika, do tego hipnotyczne wizualizacje. To było doskonałe zakończenie drugiego dnia festiwalu. Co prawda, gdy dotarłam do namiotu, nie tylko okazało się, że nikt nie śpi, ale impreza trwa w najlepsze, a na domiar wszystkiego, grupa Szwedów postanowiła sobie urządzić jakąś grę z drewnianymi klockami tuż obok naszego obozowiska. Świetnie, byłam zachwycona, zwłaszcza wszystkimi przyśpiewkami kibiców owej gry. Zasnęłam ze Swans w słuchawkach, niestety nie wszyscy mieli tyle szczęścia (z tego miejsca pozdrawiam Martę).

Niedziela obudziła nas deszczem - wyjątkowo łaskawa, pozwoliła bowiem spać dłużej niż trzy godziny. Niedziela z góry była przesądzona - to był dzień należący do Swans i wszystko inne po drodze stanowiło tylko pomniejsze rozrywki. Pierwszą z nich był - jak zwykle przyjemny - koncert Łony i Webbera. Nie wiem, ile razy widziałam ich ostatnimi czasy, ale koncert jak zwykle trzymał poziom i nie zabrakło najlepszych utworów z ostatniej płyty, a także kawałków z solowych dokonań Łony. Panie Łona, mogę z panem zdjęcie? Tradycji stało się zadość, z tym, że tym razem podziękowałam za teksty o poprawności językowej. Przemiły człowiek z Pana Łony. Z racji wczesnej godziny, po koncercie udałam się na stoiska, gdzie wydałam mnóstwo pieniędzy.* Po drodze do namiotu zerknęłam jeszcze na Fanfarlo, które brzmiało jak Beirut i uciekłam się wykąpać, by wrócić na dylemat: Group Doueh czy Papa M, a ostatecznie skorzystać ze sprawdzonej pierwszego dnia metody i wrócić dopiero na The Twilight Sad. Zdecydowanie za mało smutnych melodii było w tym roku na festiwalu. Z tych nielicznych grup gustujących w smutku, szkocki zespół okazał się chyba najładniejszym. Ściana dźwięku i rzewny wokal z pięknym, surowym akcentem. Stałam co prawda poza namiotem, ale wszystko doskonale słyszałam i - co raczej niespotykane - widziałam. Wyjątkowo uroczy był to koncert, pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że poruszający, a na pewno wysoko plasujący się w ogólnej hierarchii dobrych koncertów. Po porcji przestrzennych, shoegaze'owych dźwięków, należało udać się na spotkanie z drugą częścią Sonic Youth, mającą odwiedzić Katowice. Niewzruszona ignorancją przyjaciela (Ale o co chodzi, kim jest ta Kim Gordon, że wszyscy idą na jej koncert?), udałam się do namiotu Eksperymentalnego. Wróć, przed namiot. Do rzeczonego nie było najmniejszych szans się zmieścić, masa ludzka przelewała się każdym możliwym otworem. Muzycznie: z racji - jak zrozumiałam - pewnych problemów technicznych, było to krótkie, ale bardzo piękne doświadczenie. Nie zgadzam się z opiniami, że występ ustępował temu wczorajszemu Thurstona. Nie podoba mi się w ogóle tworzenie rywalizacji pomiędzy byłymi małżonkami - każde poszło swoją ścieżką, mniej lub bardziej po drodze Sonic Youth i zdaje się, że ich koncerty są nieporównywalne, oba zresztą bardzo mi się podobały. Perkusistka towarzysząca Kim, Ikue Mori, dopełniała ambientowe aranżacje i nadawała kolorytu gitarowej awangardzie. Wokalnie - cóż, Kim Gordon to Kim Gordon. W moim prywatnym rankingu nie podlega żadnej klasyfikacji. Szkoda tylko, że to kolejny już koncert, którego nie miałam przyjemności obejrzeć. Na miejscu organizatorów przeniosłabym Kim Gordon do namiotu Kawiarni Literackiej, tam było jeszcze mniej miejsca! Ten przedwcześnie zakończony teatr dźwięków naturalnie wytworzył przerwę, którą skwapliwie wykorzystałam na zebranie sił przed, jak się okazało, najdziwniejszym koncertem festiwalu. Connan Mockasin musiał nie żałować sobie środków odurzających, które potem wybrzmiewały echem w nasączonej psychodelią muzyce. Forever Dolphnin Love (swoją drogą, zapytana o to, czy już grali ten utwór, z pełnym przekonaniem odpowiedziałam, że go nie znam...) zabrzmiało faktycznie cudownie, ale znaczna część występu była dla mnie co najmniej niezrozumiała, co nie znaczy, że mi się nie podobało. W istocie, z koncertu wyszłam... odurzona. Kolejny występ, czyli koleś z Pavement, brzmiał całkiem dobrze, zwłaszcza z poziomu pufy w strefie gastronomicznej. Stephen Malkmus nigdy mnie nie nudził, ale mając świadomość zbliżającej się apokalipsy, postanowiłam oszczędzać siły, co okazało się niegłupią strategią. Niedługo po północy bowiem rozpoczęło się coś, co wykroczyło poza wszelkie granice poznawcze i moje umiejętności relacjonowania czegokolwiek. Ktoś już trafnie napisał o tym, że z fana przeistoczył się w wyznawcę Giry. Ten koncert autentycznie śnił (i wciąż śni) mi się po nocach. Elektryzujące dźwięki nie pozostawiały wątpliwości, że właśnie ma miejsce coś niezwykłego i nieopisywalnego. Zasadniczo koncert to złe słowo - to było misterium. Wszyscy daliśmy się porwać temu najgłośniejszemu zespołowi świata. Przez cały czas wpatrywałam się w osłupieniu w to, co się działo na głównej scenie. Gira grał, a swoją grą dyrygował nami wszystkimi. Na scenie również rządził niepodzielnie. Umówmy się - nie jestem osobą o najmocniejszych nerwach, niektórzy twierdzą nawet, że moja nadwrażliwość to rodzaj choroby, ale ten koncert mnie psychicznie przerósł, co musiałam odreagować. Totalnie zmasakrowana, zmiażdżona - najzwyczajniej w świecie popłakałam się i długo nie mogłam uspokoić. Koncert Swans to było jedno z najmocniejszych doświadczeń, nie tylko jeśli chodzi o muzykę. Nie do końca pamiętam, co później działo się ze mną - zdaje się, że krążyłam w okolicach sceny leśnej, by ostatecznie wylądować na duecie Fennesz/Lillevan, gdzie odrobinę się uspokoiłam, wszak Fennesz to Fennesz. Straciłam w sumie całą energię - zarówno fizyczną, jak i psychiczną na Swans, dlatego nawet nie próbowałam startować na Africa Hitech - jedynie Forest Swords przekonał mnie na tyle, by obejrzeć ostatnie pół godziny koncertu zamykającego cały festiwal. Bardzo liczyłam na Barnesa i nie przeliczyłam się ani trochę. W dalszym ciągu nieco otępiała, ruszyłam do namiotu. To był doskonały set wieńczący tegoroczną edycję rojkowego festiwalu. Nie tylko za sprawą Swans uznanego za najlepszy z czterech, w jakich dotychczas uczestniczyłam.


Pomijając nieobecność kilku szalenie ważnych osób, kilka zgrzytów organizacyjnych, nie do końca sprzyjającą pogodę, przeszło dobę w pociągu - było i d e a l n i e . Pozwolę sobie na kilka ogólnych uwag końcowych:

--> Mogłabym zamieszkać w Kawiarni Literackiej, tylko bez Bąkowskiego, zaburzałby estetykę miejsca.
--> Po pół godzinie znudziło mi się liczenie, ile razy i w jakim kontekście padło określenie hipster i jego pochodne.
--> O kolejkach pod prysznic pisali już wszyscy, jednak pragnę zauważyć, że większym idiotyzmem jest przyglądanie się pustej (powtórzę głośniej: PUSTEJ) kabinie, w której zatkał się odpływ. Nie było heroicznym wyczynem zdjęcie kawałka plastikowej siatki, a jednak czułam się jak bohater w swoim domu.
--> Jak masz dwa metry wzrostu i właśnie wpychasz się przed półtorametrową dziewczynę, jesteś lamą. Tam na górze musi być fajniej. Zawsze zastanawiałam się, jak to jest widzieć artystów podczas koncertu.
--> Pozdrawiam wysokiego pana, który na Kuedo zwracał uwagę kretynom, którzy odpalali fajki w namiocie. Gdybym była wysokim panem, też bym zwracała uwagę kretynom, a tamtemu panu dziękuję.
--> *Wykupiłabym całe stoisko NCK, ale ograniczyłam się jedynie do książki o etyce uczuć w tragediach Sofoklesa, Seneki i Racine'a. Jest świetna.♥
--> Mazzy Star to trochę zeszłoroczne Low. Chociaż nic nie przebije zeszłorocznego Low, dlatego postuluję za zaproszeniem Low w 2013 roku.
--> Albo Bartek Chaciński prześladywał mnie albo mamy podobny gust muzyczny. Ewentualnie to ja go prześladowałam, ale ta opcja jest absolutnie wykluczona.
--> Rojeczku, nauczyłeś się już, że nie mówi się dwutysięczny dwunasty, więc sprowadź mi jeszcze jakieś ładne smutne zespoły, a faktycznie pomyślę o ołtarzyku.
--> Kochani ludzie, nie róbcie z siebie nawalonych świń, a jeśli już musicie, nie idźcie na koncert. To straszne. W szczególności pozdrawiam urocze dziewczę, które opowiadało o tym, jak rzygało całą drogę na koncerty. Dziewczę niejednokrotnie zaznaczało, że ma nadzieję, że nikt się nie dowie. Cóż.
--> Po rozwiązaniu zagadki, dlaczego Tede kurwom jest, za cel stawiam sobie pojęcie wiedzy tajemnej, jak to się dzieje, że ci wszyscy ładni ludzie z wyprostowanymi włosami i przypudrowanymi nosami, srają na oślep, zabrudzając całe kabiny i ościenne powierzchnie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.