Facebook Google+ Twitter

Relacje transpacyficzne - merkantylizm, keynesizm i oszczędność

Obiegowa prawda głosi, że Chiny ogałacają Amerykę. Czy faktycznie to Amerykanie zapewniają Chińczykom pracę swoją konsumpcją? A może to chińscy pracownicy zapewniają towary amerykańskim konsumentom?

W poprzednim artykule (http://www.wiadomosci24.pl/artykul/makro_i_mikro_w_usa_338162.html ) omówiliśmy jakiej biedy USA same sobie napytały – kłopoty których kraj ten mógł uniknąć, gdyby prowadził w ostatnich latach rozsądniejszą politykę ekonomiczną. W obecnym omówimy bardziej systemowe problemy gospodarcze tego kraju, zwłaszcza w kontekście międzynarodowym, co dopełni nam tematykę oceny powszechnej obecnie wśród ekonomistów wiary w amerykański rynek.

Merkantylistyczna przypowieść
Zacznijmy od historyjki. Dwie oddalone od cywilizacji wyspy zasiedlały niewielkie grupki tubylców. Każdy z nich trudnił się odmiennym zawodem, wymieniał owoce swej pracy z innymi i tak konsumował po cząstce wytworów każdego. Wyspy te jednak różniły się od siebie, tak że opłacalny był między nimi handel. Piekarz na pierwszej wyspie wypiekał chleb z pszenicy, na drugiej z żyta, „budowniczy łodzi” na pierwszej specjalizował się w czółnach, na drugiej w tratwach itd. Nie tak jednak wyglądała między wyspami wymiana, że budowniczy czółen z każdych dwóch czółen wymieniał jedno na jedną z dwóch tratw budowniczego tratw, a piekarze na każde dwa chleby wymieniali ze sobą jeden. Bowiem władca jednej z owych wysp podjął decyzję, że jego wyspa część swoich wytworów będzie oddawać sąsiadom za darmo. Teraz wytwórca czółen jedno czółno na trzy a piekarz jeden chleb z każdych trzech musiał oddać sąsiadom. Jednym ze skutków takiej polityki był ten, że zarówno wytwórca czółen jak i piekarz świetnie wyspecjalizowali się w swoim fachu. Teraz bowiem, żeby posiąść dwa swoje produkty musieli wytworzyć trzy – jeden przecież oddawali Ameryce (bo tak nazywa się owa wyspa). Z kolei Amerykanie stali się indolentni w swoich zawodach, część produktów bowiem tak czy tak dostając za darmo. Przenieśli nawet część swoich instalacji na drugą wyspę, teraz jeden z dwóch pieców do wypieku żytniego chleba i jedna z dwóch tratwowych stoczni znajduje się na Sinlandii (bo tak nazywa się druga wyspa). Kto w opisanych warunkach na kim żeruje, kto jest uprzywilejowany a kto wyzyskiwany, kto komu coś zawdzięcza?

Obiegowa prawda zaczęła głosić, że Sinlandczycy zawdzięczają Amerykanom pracę, którą Amerykanie przez nich tracą. Że gdyby Amerykanie nie konsumowali, Sinlandczycy nie mieliby czym się trudnić, a wtedy utraciliby też zdolność produkcji dla siebie. Dokładnie tak, jak z postępem uzależniania się od półdarmowego towaru chińskiego, amerykanie zracjonalizowali sobie tę relację przekonaniem, że to oni robią Chinom łaskę, zapewniając im zbyt na ich towary. W Ameryce zaczęło się nawet uzasadniać „konieczność” ratowania gospodarki pobudzaniem konsumpcji faktem, że 70% PKB wytwarzanego przez USA stanowią dobra konsumpcyjne nabywane indywidualnie (18,2% nabytki rządowe, resztę dobra inwestycje), choć stanowią one tak olbrzymią składową PKB właśnie jako efekt polityki pozbywania się przez Amerykę swojej gospodarki podobnymi działaniami w przeszłości. Ciągnijmy naszą historyjkę...

Po co władca Sinlandii miałby rozkazywać swoim poddanym część swojej produkcji oddawać za darmo sąsiadom? Otóż przed wprowadzeniem tej polityki Sinlandia była bardzo zapóźniona względem Ameryki i całej Oceanii. Panował w niej nonsensowny sposób gospodarowania, który kilka dekad wcześniej doprowadził nawet do wielkiego głodu. A i wcześniej, przez ostatnie 500 lat, kumulowały się na wyspie (na własne życzenie odciętej od świata) problemy nie pozostawiające jej prawie nic z wcześniejszej świetności. W takich warunkach wytwórcy czółen nie mieli narzędzi ani materiałów do wytwarzania łódek, a piekarzom brakowało pieców; nie lepiej mieli się inni. Sinlandzkie zapóźnienie pozwalało wyspie rozwijać się szybciej niż jej sąsiadom, gdyż bazowała w nim ona w dużej mierze na nadrabianiu zaległości – taniej sile roboczej i kopiowaniu dostępnych już technologii. Król zrozumiał jednak, że nakazując mieszkańcom częściowo pracować za darmo, wywrze na nich nacisk w kierunku szybszego nadganiania różnic cywilizacyjnych. Gdyby takich różnic nie było, jego polityka nie miałaby najmniejszego sensu. Owszem, zmusiłaby Sinlandczyków do wzmożonej pracy i wzmożonych wyrzeczeń konsumpcyjnych na rzecz inwestycji, co pozwoliłoby Sinlandczykom produkować o 50% więcej, niż powinni na swoim szczeblu rozwoju, gdy Amerykanie produkowaliby o 50% mniej. W ten sposób Sinlandczycy produkowaliby 3 razy więcej niż Amerykanie. Ale odbywałoby się to za sprawą tego, że oddawaliby ze swej produkcji 1/3, a Amerykanie przyjmowali drugie tyle co produkują. Każdy konsumowałby po 2 produkty, ale chronicznie wytwarzaliby je w 3/4 Sinlandczycy a w tylko 1/4 Amerykanie. Co to za interes? Wyspa Kwitnącej Wiśni prowadziła już podobną do Sinlandzkiej politykę i skutkowała ona jedynie tak długo, jak długo wyspa ta była zapóźniona w stosunku do Ameryki. W zapóźnieniu nie przeciwstawiała się ona bowiem punktowi równowagi (przyciągającym tym silniej im bardziej się od niego oddalasz), w którym wyspy znajdują się w symetrycznym położeniu gospodarczym, lecz z oddziaływaniem tego punktu współgrała. Gospodarka nadrabiała zapóźnienie, i nadróbkę tę dawało się przyspieszyć merkantylstycznym dopingiem. Społeczeństwo musiało oszczędzać, modernizować się, pracować tak ciężko, jakby część tego, co wytworzy, miała zniknąć.

Ale jak sprawić, żeby część produkcji była oddawana za darmo? Załóżmy, że na każdej z tych wysp za środek wymiany służą liście występującej tylko na danej wyspie (a najlepiej tylko w ogrodzie królewskim) rośliny, eukaliptusa i tytoniu. Załóżmy też, że inaczej niż w rzeczywistych społecznościach pierwotnych, wartość tych liści zapewnia tylko ich gwarancja jako środka płatniczego zapewniana przez władcę. Kurs wymiany jednych liści na drugie zależy od proporcji wartości wymienianych między wyspami towarów i niezaburzany w długim przedziale czasu powinien być stały. Jednak zaburzany może stanowić dobre narządzie systematycznego oddawania połowy handlowanych przedmiotów za darmo.

Jeśli w wyniku posunięć władcy za połowę liści nabytych u sąsiada nie będą nabywane jego towary, kurs wymiany spadnie o połowę. W takim wypadku popyt na towary jednego sąsiada u drugiego i drugiego u pierwszego odpowiednio urośnie i spadnie dwukrotnie. Punkt równowagi zostanie osiągnięty w sytuacji, gdy pierwsza wyspa zamiast 1 jednostki towaru będzie eksportować 2 jednostki 1/2^-2 (jeden przez pierwiastek z dwóch) razy tańszego towaru, od drugiej natomiast będzie importować zamiast 1 jednostki 0,5 jednostki 2^-2 (pierwiastek z 2) razy droższego towaru, połowę dewiz wydając na niego a połowę zatrzymując jako rezerwy (renminbi jest zaniżony w stosunku do dolara właśnie o połowę). W takiej sytuacji zarówno: a) produkcja przeniesie się z jednej wyspy na drugą, jak i b) na jednej oszczędności i inwestycje w tę produkcję zostaną zdopingowane a na drugiej wyperswadowane.

Coupling...
Po pewnym czasie trwania takiej sytuacji, na jednej z tych wysp ekonomiści doszli do wniosku, że jest to sytuacja symbiotyczna. Jedna wyspa musi tworzyć nadwyżki służące zaniżeniu kursu swojej waluty, by móc eksportować na wyspę drugą dwa razy taniej cztery razy więcej towaru w przeciwnym razie niemożliwego do zbycia na niej samej, gdyż to nie tam jest (po)żądany. Druga jest natomiast zdana na produkcję pierwszej, by móc konsumować i swoje PKB w 70% składać z dóbr osobistej konsumpcji. Jako że istnieje znacznie większa pokusa fałszywego wmówienia sobie, że łatwa droga jest dla nas korzystna, niż (ewentualnie) fałszywego wmówienia sobie, że trudna droga jest dla nas korzystna; wyspą ekonomistów głoszących powyższe androny stała się zapewne wyspa konsumująca, a retoryką, która będzie dominować w tematyce wymiany handlowej między wyspami, będzie retoryka konsumpcji zbawczej dla zbytu, produkcji i pracy, a nie retoryka odwrotna (czasem pojawią się nawet pretensje obozu konsumującego o nieuczciwą konkurencje ze strony obozu pracującego). Retorykę tę nawet ułatwił fakt, że już wcześniej retoryka ta wybijała się pod postacią keynesizmu. Keynesizm jednak, postulując „doskonalenie poprzez lekkomyślność”, tj. rozwijanie gospodarki poprzez radośniejsze wydawanie pieniędzy, zaaplikowany samemu sobie w izolacji musi prowadzić do rychłej katastrofy. Tymczasem teraz wydawało się, że faktycznie można napędzać gospodarkę konsumpcją, wystarczyło ignorować, że ktoś inny musi na to oszczędzać i pracować. Gospodarka mogła stać się w 70% opartą na konsumpcji.

...i decoupling
Co by się jednak stało, gdyby ta symbioza faktycznie została rozerwana? Do takiego rozerwania musi wkrótce dojść w realnym świecie, ponieważ Chiny, pierwowzór Sinlandii, zbytnio zbliżyły się do poziomu gospodarczego Ameryki, by opłacało im się kontynuować w takim stopniu jak obecnie dotychczasowy model wzrostu – opartego na niewolniczej pracy na rzecz USA.

Obiegowa prawda głosi, że Chiny starają się teraz pobudzić konsumpcję wewnętrzną, by nie bazować w całości na eksporcie do USA (i gdzie indziej). Potrzeba ta miałaby wynikać ze znikomości chińskiego popytu na tle całości popytu na chińskie towary, którego lwią część zapewniają Chińczykom Amerykanie. Przyznaje się, że Chińczycy nie muszą uczyć się oszczędzać, oszczędzają wystarczająco, ale nie mieliby w co tych oszczędności inwestować, gdyby Amerykanie nie zgłaszali zapotrzebowania na ich produkcję. Wygląda to tak jakby Amerykanie potrafili konsumować, natomiast Chińczycy oszczędzać a konsumpcję musieli dopiero u siebie zaadaptować. Chińczycy muszą skręcać te wszystkie suszarki i tostery, zastanawiając się: „po co tym zagranicznym barbarzyńcom, te wymyślne przedmioty?”.I dopiero KPCh musi się nagłowić, jak ich do tej konsumpcji . Cóż, jeżeli się głowi, to bardzo nieudolnie, w ostatnim roku struktura chińskiego PKB nie tylko nie zmieniła się, choćby nieznacznie, na korzyść konsumpcji, ale też zmieniła się na korzyść inwestycji i była to zmiana najmocniejsza od 1993 r.; dobra inwestycyjne stanowiły w ubiegłym roku 54% chińskiego PKB, podczas gdy w poprzednim 48%.

Urealnienie wartości wymiany
Ludzkie potrzeby są nieograniczone. Popytu nie trzeba pobudzać. Zabierzcie wasze dziecko do zabawkowego i sprawdźcie, jak bardzo będziecie musieli stymulować jego popyt... Chińczycy nie konsumują swoich towarów, bo je eksportują, a nie eksportują, bo nie mogą skonsumować. Gdy jest podaż, popyt na nią zawsze się znajdzie. To odroczenie popytu, by wytworzyć podaż, stanowi problem. Ale to Chińczycy już potrafią.

Co więc się stanie, gdy Ameryka odmówi spłaty chińskich długów. Chiny będą musiały przestać tworzyć nadwyżki w handlu z USA, skupując amerykańskie IOU-sy, kurs renminbi do dolara skoczy dwukrotnie. Nagle okaże się, że chiński eksport do USA wart był 2^-2 więcej, niż się wydawało, a co teraz zostanie rzetelnie oddane przez wskaźniki PKB. Wydawać się będzie, jakby PKB Chin prędko urosło o 0,41 dotychczasowego eksportu do USA. W tym samym czasie z PKB USA stanie się coś dokładnie odwrotnego, spadnie ono 2^-2 raza, czyli o 0,3 dotychczasowego eksportu do Chin. PKB Chin i USA rozejdą się więc o odpowiednik nadwyżki-deficytu w ich bilansie handlowym.

Urealnienie struktury PKB
Faktycznie jednak rozejdą się również o drugie tyle. Tym razem wyobraźmy sobie, że na naszym archipelagu uprawia się dziwne rośliny różnych gatunków. Rośliny te są dziwne, dlatego że każda z nich daje dwa rodzaje owoców, na jednych gałęziach rośnie jadalny ale pozbawiony nasion owoc, na innych owoc posiadający nasiona ale kompletnie nieużyteczny spożywczo. Rośliny można przycinać tak, aby dawały różne proporcje przynoszonych owoców, jednak warunki naturalne są takie, że na każde 120 zebranych owoców 100 trzeba poświęcić na obsiew, jeżeli w przyszłym roku chce cię znowu zebrać 120 owoców. Zatem 100 z każdych 120 owoców powinno być owocami nasiennymi przeznaczonymi na amortyzację, a 20 może być spożywczymi i wliczana jest w roczny PKB wyspy (ekonomia nie uwzględnia w PKB środków odtwarzanych). Zdarza się, że któryś rolnik w potrzebie więcej owoców przekształca z nasiennych w spożywcze, z kolei inny oszczędny niedojada, by część spożywczych uczynić nasiennymi i być sytszym w przyszłości. Przeciętnie jednak z każdego zainwestowanego, czyli uczynionego nasiennym, owocu rolnik spodziewa się 1,2 owocu czyli 20% stopy zwrotu. Gdy jednak (w uproszczeniu) Sinlandczycy zaczynają wymieniać z Amerykanami 2 swoje owoce na ich 1, a więc do 20 konsumowanych przez Amerykanów owoców dodają 1, amerykańskim inwestorom zaczyna opłacać się inna technika upraw, przestając dopiero, gdy osiągnie następujący stan. Na 120 wyprodukowanych przez siebie owoców 20 przeznaczają konsumpcję, czyniąc spożywczymi, 95 przeznaczają oni na amortyzację (odtworzenie roślin), czyniąc nasiennymi, 5 natomiast czynią spożywczymi, wymieniają na 6 spożywczych chińskich, z czego 1 spożywczy konsumują a 5 nasiennymi uzupełniają amortyzację, jednak znów używając ich do uprawy owoców spożywczych. Tym, co się stanie, gdy Sinlandczycy przestaną „sponsorować” Amerykanów półdarmowymi owocami, będzie nie tylko utrata przez nich po 1 takim fundowanym owocu na każde 120 wyprodukowanych, ale również ubytek kolejnego 1 owocu, który produkowałoby owych 5 gałęzi nasiennych, gdyby nadal były uprawiane jako nasienne a nie jako spożywcze. Teraz bowiem okaże się, że dla ich 5 owoców brakuje zbytu, a na 5 dodatkowych nasion, które pozwolą wrócić do wcześniejszego sposobu produkcji 5-ciu owoców nasiennych i 1-ego spożywczego, potrzeba dopiero zakumulować 5 nasion. Zamiast każdych 21 owoców dodanych do PKB, będzie ich 19. W tym czasie na Sinlandii stanie się rzecz przeciwna, Sinlandzkie PKB powiększy się nie o 1 lecz o 2 owoce.

Nadwyżka i luka po niej
Inną ważną zmianą będzie pozostawanie samej Chińskiej nadwyżki handlowej w kraju, zamiast wyprawy po Amerykański dług. Co prawda nadwyżki i deficyty są wliczane do PKB kraju, więc losy tej nadwyżki i odpowiadającego jej amerykańskiego deficytu nie urealnią odczytów owego PKB (jest już realny); jednak obecne PKB Chin i jego wzrost zależą również od tego, jak Chiny ją wykorzystują (podobnie Ameryki od tego, jak zapełnia deficyt). Na razie Chiny wykorzystują ją jako narzędzie merkantylistyczne, bo nadganiają wysoko rozwinięte gospodarki; po przerwaniu tej polityki owa nadwyżka może zacząć być wykorzystana w inny sposób. Skoro Chiny były w stanie inwestować w amerykański dług tylko po to, by zaniżyć wartość eksportowanych przez siebie produktów, to czemu nie zainwestować teraz w coś faktycznie intratnego? Czemu nie czynić swoich produktów konkurencyjnymi dzięki tanim surowcom, a konsumować je w kraju, fory z zaniżonej ceny wykorzystując do dalszych inwestycji w tanie surowce?

Stąd chińskie inwestycje w afrykańskie kopalnie i ziemię. Inwestycje, które miałyby być częścią polityki, której głównym elementem byłoby pobudzanie konsumpcji wewnętrznej. Tyle, że są jedynym elementem tej polityki. Konsumpcja wewnętrzna rośnie w Chinach spontanicznie i na tyle, na ile zamierają obroty z USA, a także, na ile nadwyżka w handlu z tym krajem nie jest w stanie być zastępowana inwestycjami w Afryce. Inwestycje na tym kontynencie stanowią natomiast świadomą strategię przygotowywania się na konieczność wygaszania handlu z coraz mniej wypłacalnymi Stanami.

Inwestycje te stanowią zresztą część większej strategii, której innymi elementami są zwiększenie w PKB udziału (z 0,8% do 2,2%) wydatków na badania i rozwój (R+D) oraz ochrona środowiska – o której za chwilę.

Tymczasem nawet w zmyślonej Chinom strategii stymulowania konsumpcji i inwestowania za granicą komentatorzy element realny pomijają, akcentując przez siebie urojony.

Na tej samej zasadzie, na której chińska nadwyżka przyniesie Chińczykom zyski z inwestycji bardziej perspektywicznych niż amerykański dług, amerykański deficyt przyniesie USA straty. Będzie musiał zostać jakoś zapełniony. Gdyby USA posiadały inwestycje zagraniczne, koszty jego zapełnienia byłyby równoważne wycofaniu tych inwestycji. Ponieważ jednak od 2006 r. inwestycje zagraniczne w Stanach są wyższe niż inwestycje Stanów na zewnątrz, luka zostanie prawdopodobnie pokryta wzrostem opodatkowania, ewentualnie niewielkimi cięciami wydatków.

Dwa sposoby bankructwa
Ostatnią ważną zmianą w relacjach transpacyficznych po zmianie polityki Chin wobec USA będzie wypłynięcie problemu spłaty przez Amerykanów ich długu wobec Państwa Środka.

Prezentowany jako nieuczciwy wobec pożyczkobiorcy, robiący wrażenie nieuczciwego wobec pożyczkodawcy, związek państwa merkantylistycznego z państwem konsumpcjonistycznym nie jest ani taki ani taki. W ramach tego związku jedno państwo żyje na kredyt drugiego, drugie natomiast dzięki temu się rozwija. Gdyby w pewnym momencie pierwsze zaczęło spłacać swoje długi wobec drugiego, to role by się odwróciły i drugie przez analogiczny okres żyłoby na koszt pierwszego, pierwsze natomiast dzięki temu odrabiałoby swoje straty rozwojowe. Zazwyczaj jednak, gdy natura związku takich dwóch państw dochodzi do społecznej świadomości, jest już za późno na płynne odwrócenie relacji. Odwraca się ona natychmiastowo, i na tyle, na ile natychmiastowo to czyni, z na tyle rozwiniętą gospodarką zostaje pierwsze państwo i z na tyle nieaktualnym długiem (a więc też ujściem płazem darmowego życia) zostaje drugie. A nieaktualnym dług może stać się na dwa sposoby, poprzez oficjalne bankructwo albo inflację. Według wszelkiego prawdopodobieństwa USA wybiorą tę drugą opcję, co spowoduje zaburzenia równoważne szkodom, jakie w gospodarce spowodowałaby spłata takiego długu.

Równoważność regulacji długów
Jak pisałem w poprzednim tekście (http://www.wiadomosci24.pl/artykul/makro_i_mikro_w_usa_338162.html ), zaniżona stopa procentowa i inflacja mają ten sam charakter. Wyjaśnijmy teraz, dlaczego spłata długu i pozbycie się go poprzez inflację, są równie bolesne. Co mógłby zrobić rząd posiadający zadłużenie na poziomie 100% PKB, chcący spłacać rokrocznie jego połowę (50p%, 25p% itd.)? Mógłby pozbywać się połowy z tych 100%, stale zaskakując rynek podwojeniem ilość pieniądza, o 100% o 200p% o 400p% itd. Wtedy jednak wypaczałby ceny, płace itd. o amplitudę ich aktualnej wielkości. Mógłby też kolejno oddawać wierzycielom 50%, 25p%, 12,5p% PKB. Otóż prawdopodobne jest, że gospodarka pozostała po stracie połowy swojego PKB, a więc druga połowa tegoż PKB, sama skurczyłaby się o połowę wskutek zaniku handlu między jej częściami. Gdyby miała w kolejnym roku oddać 25p% PKB, czyli połowę swojego ówczesnego stanu, w kolejnym 12,5p% czyli połowę ówczesnego itd., to z biegiem lat ostatecznie (gdyby sprawę uprościć) powinna po prostu zniknąć. A co powinno stać się z gospodarką notorycznie podwajającą ilość pieniądza. Ona też teoretycznie powinna kurczyć się za każdym razem o połowę w wyniku dwukrotnego wypaczenia cen. Żadne z tych zdarzeń realnie nie miałoby miejsca, gdyż w miejsce oficjalnej kurczącej się gospodarki pojawia się szara strefa, nad którą rząd nie ma kontroli, a w miejsce handlu przy użyciu upadającego pieniądza pojawia się handel barterowy albo zastępcze środki płatnicze; jednak między następstwami spłaty długu a inflacyjną ucieczką przed ową spłatą widać pewną symetrię.

Ekologia
Ekolodzy mają w zwyczaju obliczać, jakim to rzekomo kosztem dla środowiska Chiny rozpędzały swoją gospodarkę. Mimo że luźne traktowanie norm ekologicznych to co najwyżej 10-ty w kolejności czynnik chińskiego postępu, ekologom zazwyczaj wychodzi, że ów „koszt środowiska” był większy, niż cały ów rozwój gospodarczy przez Chiny osiągnięty. Same problemy zdrowotne wywołane zanieczyszczeniem powietrza miałyby stanowić dla chińskiego budżetu obciążenie większe niż zyski z tzw. rabunkowego rozwoju gospodarczego. Jakim więc cudem ów rozwój nie załamał się w ciągu prawie 40 lat? Jakim cudem poprawiają się wskaźniki zachorowań na raka, śmiertelności niemowląt czy długości życia, ba są tak dobre jak na Zachodzie, mimo nadal znacznie niższego poziomu życia w Chinach?

Odpowiedzią są: charakteryzująca ekonomię systemowość naczyń połączonych, logika kosztu alternatywnego oraz nieproporcjonalność benefitów z modernizacji wprowadzanej na niskim szczeblu rozwoju.

Załóżmy, że edukacja (czyniąc pracowników wydajniejszymi) poprawia wzrost gospodarczy. Zwiększenie tempa wzrostu gospodarczego kosztem tempa rozwoju edukacji można by w takim wypadku potraktować jako bezwzględnie szkodliwe, gdyby spowodowana tym strata w edukacji powodowała w produkcji stratę niwelującą spowodowany tym zysk (który przedłożono nad edukację), czy wręcz w ogóle osiągnięcia produkcyjne (tak jak pokrycie uszczerbków na zdrowiu związanych z zatruciem powietrza miałoby rzekomo niwelować zyski gospodarcze z zanieczyszczenia środowiska i zyski gospodarcze w ogóle). Załóżmy jednak, że wzrost gospodarczy poprawia stan zdrowia społeczeństwa (poprzez poprawę warunków sanitarnych, szczepienia, odżywianie itd.), a zdrowie ujawnia się w poziomie IQ a więc też skuteczności edukacji. Co jeżeli przy takim założeniu wzrost gospodarczy przekłada się na dwukrotnie wyższą niż on sam poprawę stanu zdrowia społeczeństwa a poprawa stanu zdrowia społeczeństwa na dwukrotnie większy niż ona sama postęp edukacyjny? W takim wypadku nawet 3,99 krotna strata w dziedzinie edukacji na rzecz przemysłu byłaby uzasadniona.

Ekonomicznie każda dziedzina życia wpływa na każdą inną. Dlatego ich faworyzacją musi rządzić ocena kosztu alternatywnego a nie wyizolowanej relacji między jedną dziedziną a drugą. Na niskim szczeblu rozwoju łatwo o paradoksy polegające na tym, że przesunięcie pieniędzy z jednej sfery do innej zdawałoby się w tej drugiej powodować stratę większą niż zysk, ponieważ na takim szczeblu rozwoju widoki perspektywicznych inwestycji są liczne.

Zastanówmy się więc, jak było w przypadku środowiska naturalnego Chin. Gdybyś mógł podrasować wzrost gospodarczy kosztem takiego zniszczenia środowiska, które podkopie zdrowie społeczeństwa tak, że koszta jego podbudowania pochłoną zyski pochodzące z bonusa gospodarczego ze zniszczenia środowiska; ale wiedziałbyś też, że wzrost gospodarczy pozwoli ci podnieść służbę zdrowia z poziomu trzeciego świata do poziomu pierwszego (zbić śmiertelność niemowląt kilkudziesięciokrotnie, wydłużyć życie o 20 lat), poprawić dietę (podnieść przeciętny wzrost o 10 cm, a IQ o kilkanaście punktów), polepszyć warunki sanitarne (zlikwidować epidemie, pozbyć się plagi pasożytów) itd.; i że profity na tym wszystkim uzyskane przekroczą koszty naprawy jakichkolwiek pulmonologicznych szkód wywołanych zanieczyszczeniem powietrza; czy zdecydowałbyś się podrasować gospodarkę kosztem środowiska? Chińczycy wybrali prawdopodobnie tak jak Ty, a inaczej niż zachodni smarkacze uprawiający ekologię dla rozrywki. Wzrost gospodarczy Chin mógł za pośrednictwem zmian w środowisku spowodować uboczne szkody zdrowotne przekraczające swoją własną wartość (zapewne nawet w przybliżeniu tak się nie stało), ale jednocześnie spowodował uboczne zyski, nie tylko zdrowotne, przekraczające wielokrotnie te szkody.

Zagmatwany rynek to też rynek
Jak już pisałem definiując makro- i mikroekonomię (http://www.wiadomosci24.pl/artykul/makro_i_mikro_w_usa_338162.html ), ekonomia to sieć zjawisk sprzężonych ze sobą zwrotnie utrzymywanych w równowadze ogólnej. Aby ten mechanizm mógł działać, potrzebna jest swoboda tych zjawisk. Jeżeli w to: za ile Kowalski będzie kupował swoje materiały, zatrudniał pracowników, sprzedawał produkty; ile ogólnie ma kosztować rodzaj materiałów używanych m.in. przez Kowalskiego; ile ma kosztować towar, jaki Kowalski kupuje jako konsument; ile procent Kowalski powinien dostać jako oszczędzający, a za ile móc wziąć kredyt; jeżeli w to wszystko będzie ingerował Nowak; a to samo Nowakowi uczyni Kowalski; wtedy ani ceny materiałów, ani produktów, ani pracy, ani kapitału, ani podaż pracy, ani podaż absolwentów, ani ceny długopisów w piątkowe popołudnia w Wałczu etc. nie będą dyktowane przez komplementarne do nich zjawiska, tylko zależeć będą od tych zjawisk pośrednio, poprzez długą i zaburzającą linię innych zjawisk. I nie ważne, czy Nowak to zwykły rabuś, czy lobbysta, związkowiec bądź NGO-sowiec, czy autokrata.

Z resztą w najlepszym razie Nowak właśnie nie byłby żadnym lobbystą czy autokratą, lecz zwykłym sąsiadem. Aby uzmysłowić sobie, jak zaburzanie rynku zaburza mechanizm osiągania równowagi ogólnej, wyobraźmy sobie przykład, w którym mimo zaburzenia rynku nadal to właśnie komplementarne zjawiska dyktują poziom zjawisk rozważanych, tyle że nie bezpośrednio.

Ani Kowalski, ani Nowak, ani Iksiński nie kupiliby na wolnym rynku usług absolwentki sztuki. Kiedy jednak słyszą,że absolwentka uczelni artystycznej jest bezrobotna, żądają od rządu, by zrobił użytek z jej pracy. Rząd zmusza Kowalskiego, Nowaka i Iksińskiego do korzystania ze sztuki (lub przynajmniej udawania z niej korzystania). Faktycznie jednak to Kowalski żąda od siebie (Nowak od siebie itd.) korzystania ze sztuki, z której korzystać nie chciał. Czy faktycznie taki wykoślawiony zagmatwany układ jest lepszy od zwykłego rynku? Czy w ogóle układ ten jest nierynkowy, czy może jest to po prostu zaburzony rynek, rynek wyższego poziomu, na którym nie targują się już kupujący i sprzedający, pracujący i zatrudniający, uczący się i nauczający, produkujący i wydobywający, oszczędzający i pożyczający, tylko lobbujący za taką a nie inną ceną, strajkujący za taką a nie inną płacą, promujący taką a nie inną pensję dla takiej czy innej płci, rasy, rocznika...?

Wolność
Zatem wydaje się, że ekonomia funkcjonuje najlepiej, gdy jej elementy działają nie pośrednicząc jedne w pracy drugich, zwłaszcza zbiorczo i skoncentrowanie. Taka ocena funkcjonowania ekonomii okazuje się jednak być powierzchowna. Wynika ona z tego, że do tej pory kiedy coś rujnowało ekonomię, to zazwyczaj był to jakiś gnębiciel starający się narzucić innym swoją władzę, czy był to tyran, lobbista, związkowiec czy NGO-sowiec. Tymczasem ekonomię można zrujnować również absorbując pracę jednych jej elementów pracą innych w inny sposób, poprzez nie zmniejszenie lecz zwiększenie działaniem jednych jej elementów swobody pracy innych jej elementów.

Socjalizm, jak nazwiemy sobie „rynkowość okrężną”, okazuje się w takim wypadku nie być przeciwieństwem wolności, tylko przeciwieństwem optymalności pracy ekonomii powstającej, kiedy jedne jej elementy ani nie tyranizują innych ani ich nadgorliwie nie oswobadzają. Wolność natomiast okazuje się być swobodą jednych elementów ekonomii względem innych, czasem mogącą tym drugim zostać przez te pierwsze nie tyle pozostawioną co fakultatywnie nadprogramowo sprezentowaną.

Wolność można teraz potraktować jako swobodę czynienia, co się chce, do pewnego stopnia zaopatrującą w opcje wyboru, lecz od tego stopnia stającą się swobodą tego co chcieć i czynić się powinno, wymagającą uzupełnienia o, stanowiącą jej przeciwieństwo, selekcję zachcianek; analogicznie do zmienności i selekcji w biologii. Taka wolność może być takoż pożyteczna, gdy broni się przed tyranią (zwiększa zmienność), jak przesadna, gdy przez tę tyranię jest narzucana (zmniejsza selektywność). Obrazuje to fakt, że, wbrew przekonaniu, iż gdzie podwyższona aprobata dla jałowej swobody (np. uznanie dla homoseksualizmu), tam też większa przychylność dla nowych pomysłów i innowacyjność; oba rodzaje swobody po prostu dominują we wspólnych miejscach predysponowanych do wyższego jej poziomu (np. aglomeracjach), ale pierwsza musi wypierać drugą, więc zamiast zachęcać do pierwszej w imię drugiej, w imię tej drugiej powinno się do owej pierwszej zniechęcać.

W takim wypadku socjalizm oznaczałby zaburzanie zarówno indywidualnej możliwości wyboru, jak i jego ostrości. Społeczeństwa mogą stapiać -nie bez celu przecież odrębne- jednostki nie tylko pozwalając im niewolić się wzajemnie, lecz również skłaniając do wzajemnego poszerzania swojej wolności ponad tę rozporządzalną z natury.

Ekonomiczny sposób na uczynienie tego już poznaliśmy. Jest nim choćby chroniczne zaniżanie stóp procentowych. Daje ono więcej swobody kosztem jakości owej swobody i nie jest liczone we wskaźnikach niewoli gospodarczej (może i słusznie, skoro raczej tę niewolę likwiduje niż pogłębia, tyle że ponad miarę).

Ciekawszym niż opisanie ekonomicznego przypadku nadgorliwego poszerzania wolności byłoby jednak zidentyfikowanie samego zjawiska poszerzania wolności, w skład którego ten ekonomiczny przypadek wchodzi, wskazanie innych przypadków w skład tego zjawiska wchodzących, a także źródła tego procesu.

Permisywizm jako niedostrojenie potrzeb
Niewiele wyjaśni określenie, że zjawisko obejmujące luźną ekonomiczną politykę monetarną w obszarze ogólnokulturowym ma charakter permisywizmu. By zdefiniować je precyzyjniej, należy najpierw zidentyfikować jego źródła.

Źródłem tego permisywizmu jest sukces ekonomiczno-społeczny jaki ludzkość osiągnęła przez dziesiątki tysięcy lat budowy cywilizacji. Sukces ten oddalił człowieka od pierwotnych potrzeb, które czyniły jego wybory kwestią być albo nie być. Łatwe do zaspokojenia przestały one kierować jego życiem w sposób gardłowy, stając się materiałem dla jego inwencji; wyższe potrzeby natomiast w sposób produktywny kierować ludzkim życiem nawet nie są w stanie. Pierwszych ten proces dotknął najzamożniejszych obywateli najzamożniejszego państwa świata: francuskich filozofów oświeceniowych. Od tamtego czasu coraz bardziej jednak schodził pod strzechy.

Utrata kontaktu z autentycznymi potrzebami, czyniąc ludzkie wybory mniej krytycznymi, działa na całą cywilizację jak zaniżenie stopy procentowej na gospodarkę, przeszkadza rozróżniać między tymi wyborami. Wybory te stają się coraz mniej wyszukane, a z nimi coraz mniej wyszukane stają się wyłaniające się z nich rysy cywilizacji. Rozwiązania moralne, społeczne, obyczajowe, prawne czy polityczne stają się lekkoduszne.

Źródłem permisywizmu kulturowego obejmującego luźną politykę ekonomiczną jest więc mechanizm, którego logika kształtuje również porażki samej tej polityki; a wytłumaczenia, jakimi się ten mechanizm usprawiedliwia, są identyczne z usprawiedliwieniami tej polityki. Uzasadnieniem rozrostu konsumpcji zawsze jest sprostowywanie rzekomego historycznego mitu, o nagrodach za wyrzeczenia, nowoczesnym przekonaniem, że to rozpusta jest nie tylko przyjemna lecz również opłacalna, którego to mitu o dziwo nie rozgryziono właśnie wtedy, kiedy korzyści z jego sprostowania byłyby największe. Analogicznie uzasadnieniem permisywizmu seksualnego nigdy nie jest chęć pofolgowania sobie, lecz zawsze walka z rzekomym historycznym mitem dobrodziejstw przynoszonych przez regulację popędu seksualnego i stosunków rodzinnych, który miał przeszkadzać ludzkości korzystać jednocześnie z błogosławieństwa uciechy seksualnej i rzekomych profitów z zaniechania jej regulacji, i to właśnie wtedy, kiedy świadomość takiej podwójnej korzyści była najbardziej potrzebna. Podobnie w wypadku kary śmierci miałaby ona być przez całe dzieje stosowana wbrew swojej kontrskuczesności, właśnie wtedy, kiedy na ową kontrskuczeczność najmniej można było sobie pozwolić, podczas gdy dzisiaj została zniesiona w celu uskutecznienia walki z przestępczością a nie pofolgowania postępowej pobłażliwości.

Self-made man w roli aktywisty
Znając źródło permisywizmu kulturowego można pokusić się o charakterystykę jego samego. Wyraża się on głównie na dwa sposoby: poprzez zastępowanie swobód ekonomicznych swobodami politycznymi; oraz poprzez wprowadzanie życia społecznego na metapoziom.

Pierwsze zjawisko związane jest ze skojarzeniami wiążącymi ludzkie poczucie wolności z zakresem ambicji dla człowieka osiągalnych (wolność równie dobrze pasuje do braku zakazów co do drogi 66). Dzięki tym skojarzeniom łatwo wmówić sobie (i innym), że dane zamordystyczne działanie, poszerzając demokratyczną władzę społeczeństwa nad czymś, zwiększa wolność ludzi to społeczeństwo formujących. Za sprawą tych skojarzeń zatem wolności osobiste zastępowane są swobodami obywatelskimi. W ten sposób pojawiają się kolejne prawa stanowiące nie gwarancję autonomii starań o coś lecz tytuł uzyskania tego czegoś, a ludzie zyskują np. wolność życia w czystym środowisku. To za sprawą takich praw kobieta, której zachcianka nie wystarcza, by dokonała się w niej aborcja, do tej aborcji „traci prawo”, a przyczyną pozbawienia jej tego prawa staje się wszystko, dzięki czemu aborcja ta mogłaby zostać zrealizowana, ale co do jej realizacji się nie przyczyniło, np. brak ginekologa gotowego ją wykonać, brak finansowania z publicznych pieniędzy, brak informacji.

Nadbudowa
Drugie zjawisko polega na narastaniu superwizyjności życia społecznego. Kiedyś forma stosunków społecznych, wzorców zachowań czy instytucji, w ramach których się ono realizowało, ustalała się elementarnie. Układy międzyludzkie konstytuowały się „naiwnie” między zainteresowanymi stronami. Obecnie ludzką egzystencję realizuje życie społeczne, dla którego tamto życie społeczne stało się przedmiotem.

Być może w najwyrazistszej formie dzieje się to na rynkach finansowych. Kiedyś dominowały na nich akcje, stanowiące akt własności części przedsiębiorstwa, i obligacje stanowiące formę pożyczki udzielonej danemu przedsiębiorstwu. Obecnie dominują derywaty, instrumenty pochodne wyrażające przekonanie na temat tego, co z tymi obligacjami, akcjami (czy całymi ich indeksami), a także wieloma bardziej skomplikowanymi tworami się stanie, kiedy się to stanie i w jakim zakresie się to stanie. Lewarowane dźwignią mieszczącą się w granicach 100:1 do 2000:1.

Od tego szablonowego finansowego przejawu owego zjawiska ważniejsze są jego przejawy w mniej schematycznych ale ważniejszych dziedzinach życia. Najbardziej wyrazistymi są może takie, w których idea realizuje się na metapoziomie jako idea walki ze swoim odpowiednikiem na poziomie podstawowym. Obecnie wiele grup zbudowanych jest na idei walki ze wspólnotowością czy tożsamością grupową jako niebezpiecznymi przeżytkami, jednocześnie jednak budują one na tej idei tożsamość grupową i wspólnotowość jakiej pozazdrościłaby im każda niemal grupa zbudowana na tradycyjnych więziach. A elity takich antygrupowych grup stanowią współcześnie właściwie jedyne elity, którym ich czeladź może przekazać przywództwo bez obaw o zdradę idei i brak mniejszego niż owej czeladzi fanatyzmu (kiedyś każda wspólnota, niezależnie etniczna, religijna czy zawodowa, kształtowała tożsamość grupową i wspólnotę interesów, do tego stopnia, że ich losy bez zmrużenia oka można było oddać w ręce elit pochodzących z tej wspólnoty). Podobnie tolerancja promowana jest obecnie w tak spłyconej wersji, że promujące ją grupy na koszt przesadnej promocji tych marginalnych aspektów tolerancji muszą się posuwać do zamordystycznej nietolerancji nie znanej z historii. Wspomnijmy choćby, że (prześladowane przecież!) mniejszości żydowska i muzułmańska rządziły się w średniowiecznej Europie własnymi prawami sprzecznymi z katolicyzmem i autonomicznymi od większości praw świeckich; obecnie natomiast zastąpienie ideologii praw człowieka prawami szariatu, czy choćby katechizmem, nie tylko w UE ale którymkolwiek z państw Bliskiego Wschodu spotkałoby się z międzynarodową nagonką (zbrojną?), a jako nadmierną tolerancję postrzegana jest swoboda ubioru i diety...

Przejawy tego zjawiska nie ograniczają się jednak do takich, w których metaidea przeczy samej sobie jako idei. W innych przypadkach wiele metaidei ściera się ze sobą o ocenę idei, Albo światopogląd w danej dziedzinie życia kształtowany jest przez metaidee wchodzące ze sobą w bardziej skomplikowane interakcje. Coraz częściej jednak to nie proza życia determinuje za pośrednictwem interakcji kanalizujących owo życie idei jego formułę lecz zbiór tych idei za pośrednictwem kanalizujących owe idee metaidei.

Na przykład babilońskie kodeksy czy sądy wyrosły z ze struktury mezopotamskiego życia. Dzisiaj o losach idei prawnych (prewencja czy retrybucja, penalizacja czy resocjalizacja) czy doktryn (zasady konstytucyjne) decyduje przepychanka między koteriami wyrażającymi mentalne perypetie najróżniejszych ludzkich skłonności, kompleksów czy fanaberii. A o interpretacji konstytucji (np. USA) zdolności lobbingowe za tą czy inną sprawą (aborcja, małżeństwa gejowskie).

Kurs współczesnej cywilizacji wyznaczają NGO-sy, think tanki, media i akademicy. O sukcesie bądź porażce idei decyduje zdolność mobilizacji grup nacisku za nią stojących. O kierunku świata decyduje siła symboliczna reagujących ze sobą postaw, wizji i doświadczeń. Przewaga na poziomie koncepcyjnym. Przykładowo z doniesień medialnych, deklaracji politycznych i odczuć społecznych wyłania się obraz kobiet jako istot na każdym kroku gnębionych, odnoszących same porażki i powszechnie znienawidzonych. Gdyby jednak spojrzeć na rozkład orędownictwa samych mediów, polityków czy społeczeństwa jakim mogą się cieszyć poszczególne płci, okazałoby się, że jest on bardziej zaburzony (tyle że w przeciwnym kierunku) niż rzecznicy sprawiedliwości płciowej są w stanie zarzucić innym. Nie ma w tym nic sprzecznego, w obecnych czasach seksizm i dyskryminacja płciowa realizowane są bowiem w formie walki z seksizmem i pod postacią tzw. dyskryminacji pozytywnej; po prostu to nie ta płeć, którą się sugeruje, jest naprawdę dyskryminowana, a antykobiecy obraz rzeczywistości wyłaniający się z relacji medialnych to wynik bardziej prokobiecej filtracji informacji niż antykobiecości rzeczywistości.

Smutną cechą czasów, w których życie społeczne toczy się „superwizyjnie”, jest fakt, że jakiejkolwiek zbrodni trzeba w nich dokonywać dwulicowo. Chcesz najechać roponośny kraj, powołaj się na wolności obywatelskie. A także lustrzane odbicie tej cechy, fakt, że działalność charytatywna, najszerzej rozumiana, służy nie pomocy lecz szkodzeniu ratowanemu, niezależnie czy chodzi o wsparcie dla Afryki, zasiłki dla biednych, czy pensję minimalną dla młodych.

Nakłady – koszty przedstawione jako zyski
Łatwo zrozumieć, skąd bierze się ten przejaw permisywizmu kulturowego. Skoro ów permisywizm posiada swoje źródło w rozstrojeniu funkcjonowania potrzeb pozbawionych żywotności, to również odwrotnie, absorbuje wszystko, co rozstraja potrzeby, oddalając je od żywotności. A takim właśnie zjawiskiem jest superwizyjny intelektualizm, który piętrząc deliberacje, wygodnie poświęca jakość rozwiązań na rzecz ich ilości. Piętrzenie deliberacji pozwala bowiem zwiększać nakład zaangażowania w modną kwestię z poświeceniem jakości jej rozwiązania ludziom tą jakością mało zainteresowanym, żywo natomiast zainteresowanym rozmiarem aktywności na jej polu. W ten sposób euroamerykańskie zaangażowanie w ratowanie Afryki, głównie poprzez uzależniającą pomoc charytatywną i korumpujące subwencje rządowe, już ponad pół wieku utrzymuje ten kontynent w stagnacji, pozwalając jednak czerpać satysfakcję z okazywanych dobrych chęci oraz dumę z czynionych starań, relatywnych przecież wobec poniesionych nakładów a nie ich efektów. Podobnie, dobrego samopoczucia intelektualistom nie psuje sytuacja afroamerykanów pogarszająca się od czasów rozpoczęcia walki o jej poprawę, a rozmiaru środków zmarnotrawionych na jej poprawę nie przeszkadza przedstawiać sobie jako świadectwa swojej postawy a więc składnika antyrasistowskich zmian zamiast jako kosztu tych zmian. Różnice zarobków i wskaźników zatrudnienia między czarnymi a białymi rosną, choć do lat 70-tych malały, ponad połowa aborcji dokonywana jest wśród czarnych, a afroamerykanów więcej jest w więzieniach niż na uczelniach; tymczasem ciężary akcji afirmatywnej, balast legislacyjny czy jarzmo symboliczne (punkty za pochodzenie na egzaminach czy rozmowach kwalifikacyjnych, cenzura terminu „nigger”) traktowane są nie jako koszta nieudolnej polityki w powyższych kwestiach lecz jako równoważące tę nieudolność osiągnięcia w tych sprawach. Analogicznie ma się sprawa z ubogimi, polityka wobec których albo to ubóstwo zwiększająca (pensja minimalna) albo wprowadzająca je w „zaklęty międzypokoleniowy krąg” (zasiłki zniechęcające do pracy) oceniana jest nie po swoich efektach ale intencjach. Biedny miał stać się bogaty, dostał przecież pieniądze, więc powinien być od nich bogaty, nawet jeśli nadal nie jest. Gdyby nie ten mechanizm sprawiający, że działania traktowane są jako efekty zamiast koszty, trudno byłoby też zrozumieć, jak to możliwe, że w kwestii tzw. przemocy domowej czy przemocy seksualnej kolejne ustawy, konwencje, programy wprowadzane są jeden po drugim pod pretekstem rzekomej monumentalności owej przemocy domowej i seksualnej bez jakichkolwiek obaw legislatorów o pytania o to, czemu tak monumentalna przemoc się utrzymała mimo poprzednich ustaw, programów i konwencji, które wprowadzali.

Schematycznie wygląda to tak: wybieramy sobie problem jakichś pokrzywdzonych ludzi, którego my nie mamy; wmawiamy sobie, że nasze podejście do tego problemu, na które nas stać właśnie dlatego, że ten problem nas nie dotyka, problemu tego nie wzmacnia lecz go likwiduje; bezrefleksyjnie narzucamy innym to podejście. Bezmyślnie narzucamy, ponieważ w wypadku współczesnej pomocy charytatywnej, myślenie stanowi poświęcenie dla optymalizacji działań, podsycanie tych działań stanowi natomiast folgowanie swoim namiętnościom, samorealizacji i dowartościowaniu siebie. A przy tym kamuflujemy to przed samymi sobą, upierając się, że jest odwrotnie – jak to już zostało opisane wyżej – że to wygoda rozwiązania nadaje mu skuteczność, tylko nie zdawano sobie z tego sprawy właśnie wtedy i tam, gdzie świadomość ta byłaby najbardziej potrzebna.

Owo intelektualistyczne, superwizyjne rozstrojenie poczynań cywilizacji stanowi pewną formę opisanej wyżej (tyle że występującej w ogólniejszym obszarze) okrężnej rynkowości. Formę załatwiania między tymi samymi stronami tych samych spraw co (szeroko pojęty kulturowo) rynek, tyle że w sposób bardziej pośredni i zawiły.

Istotę całego permisywizmu kulturowego jako takiego rozstrojenia dobrze natomiast obrazuje hasło „question everythink”, polecające kwestionowanie zupełnie nie zważające na owoce tego kwestionowania. A przecież po co kwestionować cokolwiek, jeżeli zmienione w ten sposób rozstrzygnięcia mają natychmiast same zostać zakwestionowane?

Eugenika
A skąd w ogóle bierze się owa zaburzająca szeroko pojętą ekonomię, rozregulowując ją nadprogramową swobodą, rozbieżność między życiem społecznym a żywotnością potrzeb? Z niedorozwój tych potrzeb w stosunku do owego życia. Tym, co stoi za ową rozbieżnością jest nienadążanie postępu biologicznego za postępem cywilizacyjnym. Jest ono też zjawiskiem, któremu ta rozbieżność przeciwdziała. Wraz z rozstrojeniem ekonomii, rozbieżność między życiem a potrzebami hamując postęp, pozwala biologii dorównywać do cywilizacji. Niestety poprzedzone musi to być przeszczepieniem tego rozstrojenia cywilizacyjnego na grunt biologii.

Dobrobyt ekonomiczny przekłada się bowiem na dobrobyt biologiczny, zmniejszając wyszukanie również w dziedzinie biologii, w której nazywa się ono selekcją. Wraz z przeżywalnością noworodków, płodów, dzieci a nawet dorosłych, a także separacją liczby posiadanych przez nich dzieci od ich własnych możliwości ekonomicznych, postęp cywilizacyjny przyczynia się do również biologicznego rozstrojenia. Co więcej, swoim własnym rozstrojeniem, w postaci pomysłów stymulowania gospodarki, musi obciążyć biologię również w ten sposób, że skłoni go ono do ingerencji w nią. Superwizyjna cywilizacja musi wpaść na pomysł sterowania ewolucją biologiczną, doprowadzając czym do dalszego jej pogrążenia, teraz już nie tylko spadkiem swobody selektywności lecz również zmienności. Faktycznie już na ten pomysł wpadła, czego przykładem są prawie stuletnia pomyłka eugeniki (1983-1976), stanowiący jej wypaczenie holokaust, oraz jej dalsza praktyka w postaci selekcji prenatalnej. I chociaż holokaust zaciążył ostatnio na klasycznej eugenice, już pojawiają się pomysły jej restytucji. Jak to zwykle bywa z uporczywym trzymaniem się sfalsyfikowanych idei, są to pomysły takiej realizacji jej błędów, która wynikałaby z próby niepowtórzenia jej błędów. I tak zamiast wymordowania narodu noblistów mamy transhumanizm streszczający się w ideach „walki z nazizmem”, przynajmniej tak jak ją postępowcy rozumieją, jako promocji wszelkich przepisywanych przez siebie społeczeństwu dewiz życiowych. W wypadku transhumanizmu jako, prowadzonego w imię zwalczania moralnych ludzkich wad, genetycznego zastępowania tych wad większymi wadami intelektualistów.

Postępy cywilizacyjne z biologicznymi zsynchronizuje dopiero łączna zapaść cywilizacyjno-biologiczna. W wypadku biologii spowodowana będzie jednoczesnym spadkiem ewolucyjnych amplitudy selektywności i swobody zmienności. Ale w wypadku cywilizacji też powodowana będzie nie tylko znanym nam już brakiem jej selektywności ale też mającym nadejść zaraz za nim brakiem jej poddawanego tej selektywności pluralizmu.

Ponieważ wzrost wolności nie wyklucza wzrostu socjalizmu a czasami nawet go wymaga (gdy jest nim spowodowany), rosnący socjalizm może z jednej strony rozniecać wolność, jednocześnie z drugiej ją tłumiąc. Wtedy jednocześnie zmniejsza ostrość wyborów dokonywanych przez ludzi i wachlarz możliwości wyboru im dostępny. Jest to analogiczne do równoczesnego spadku selektywności i zmienności w biologii. Taki spadek powoduje wolniejsze od konkurencji dostosowywanie się gatunku do środowiska. W gatunku, który odniósł sukces ewolucyjny, selektywność musi spaść. Za nią z kolei spaść musi jego zmienność. Obie bowiem nie są mu już aż tak potrzebne. Można więc się spodziewać, że amerykańskie społeczeństwo po nadchodzącym kryzysie również pod względem tradycyjnej wolności się pogrąży, a wskaźniki jego wolności gospodarczej polecą w dół.

Łączna zapaść cywilizacyjno-biologiczna pozwoli genomowi człowieka zacząć dostosowywać się do złożonych społecznych ram. Zaczną się w nim odkładać skomplikowane schematy zachowań wykształcone przez bardzo już wtedy rozwinięte eugeniczne potyczki między wszystkimi starającymi się selekcjonować wszystkich. Organizm owada dostosowuje się do natury swoich ofiar, drapieżników, współtowarzyszy, a z interakcji tych dostosowań mogą zrodzić się bardziej złożone schematy zachowań również będących dostosowaniami. Ale już organizm szympansa dostosowuje się do samych takich bardziej złożonych schematów zachowań, np. sposobów zawierania koalicji, reguły wzajemności, schematów ekspresji wstydu itd. Postugeniczna ludzkość będzie się dostosowywała do jeszcze bardziej skomplikowanych schematów zachowań powstałych jako punkty równowagi skomplikowanych społecznych gier (teoria gier) wynalezionych ludzkości przez eugeniczne przepychanki.

Różnice fizjologiczne
Z definicji utrata kontaktu z podstawowymi potrzebami dotknęłaby pierwszego społeczeństwa, które odniosłoby cywilizacyjny sukces. Społeczeństwo to siłą rzeczy musiałoby, padając jej ofiarą zaraz po osiągnięciu swojego sukcesu, paść ofiarą pretendentów do tytułu przodującej cywilizacji, dając się im wyprzedzić.

Być może jednak nie każdego społeczeństwa dotknęłaby w takim samym stopniu. Azjaci wydają się być z natury (czy też z kultury) mniej permisywni. Potrzebują mniej seksu (gejsze pracowały artystycznie); nie tyją nawet wzbogaceni (a mimo tego otyłość zwalczają: prawo metabo); są pracowitsi niż przeciętny Ziemianin. Być może świat, w którym to Azjaci przeganiają Europejczyków, będzie od świata, w którym to Europejczycy przeganialiby Azjatów, lepszym miejscem do życia...

Premia
W temacie stosunków globalnych eksplikacji wymaga jeszcze kwestia geopolitycznej przewagi USA nad Chinami. Często wskazuje się, że chiński wzrost gospodarczy nic nie znaczy, wobec faktu, że USA dysponują taką przewagą militarną nad Chinami, że gdyby tylko chciały, pogrążyłyby ten kraj w gruzach. Sama przewaga polityczna pokoleniami wznoszona na tej sile militarnej, daje Ameryce możliwości ograniczania Chin nieporównywalne z chińskimi wobec USA. Abstrahując nawet od starcia zbrojnego, już obecnie USA nieproporcjonalnie w porównaniu z Chinami oddziałują na świat, w tym same te Chiny, za pośrednictwem soft power. To Amerykańskie a nie Chińskie piosenki krążą po świecie; to euroamerykańskie konwencje głosowane są na forum ONZ; to Amerykanie wiodą prym w MFW i Banku Światowym, to oni drukują walutę rezerwową świata; to amerykańskie nie chińskie NGO-sy rozbijają się po globie. Te proporcje oczywiście też się zmieniają, ale pozostają daleko w tyle za proporcją amerykańskiej i chińskiej siły gospodarczej.

Jednak powyższe wywody całkowicie odwracają wymowę przesłanek za nimi stojących. Siła gospodarcza Stanów Zjednoczonych nie bierze się z ich dominacji pod względem hard i soft power lecz odwrotnie swoją hard i soft power zawdzięczają one przewadze gospodarczej. Hard i soft power są pewnym bonusem za pierwsze miejsce pod względem gospodarczym i wzmacniają to pierwsze miejsce. To oznacza, że dysproporcja wielkości między dominującą gospodarką a pretendentem do tego miana jest, z tytułu korekty o hard i soft power, mniejsza a nie większa niż się wydaje. Łopatologicznie, jeżeli gospodarka USA jest 2 razy większa od Chińskiej, to oznacza to, że jest ona od tej drugiej większa tylko o od 1+ do 2 razy, a resztę swoich rozmiarów czerpie z bonusu w postaci hard i soft power za zajęcie owego pierwszego, od 1+ do 2 razy wysforowującego ją na czoło wyścigu, miejsca. Dzięki temu bonusowi może ona napompować swoje rozmiary np. zabezpieczając swoje dostawy surowców siłą militarną (najazd na Irak), terroryzując politycznie i ekonomicznie cudzych sojuszników narzędziem sankcji ONZ-owskich albo MFW-owskich czy Banko-Światowych (zagłodzenie Iranu), czy wreszcie dokonując przy użyciu kina, celebrytów i NGO-sów kolorowych rewolucji na własną modłe. Jednak gdy tylko podstawy posiadania hard i soft power, a więc rozmiary gospodarek dominującej i pretendującej samych w sobie, odwrócą wzajemne proporcje, nie tylko istnienie omawianego bonusa ustępującej gospodarce nic nie pomoże, ale wręcz zaszkodzi, gdyż teraz znajdzie się on w rękach jej konkurenta. Gdy tylko Chiny osiągną jakąś trudną do oszacowania wielkość od 1+ do 2 swoich rozmiarów, okaże się, że dysproporcja między nimi a USA nie wynosi ta-wielkość : 2, tylko ta-wielkość : ta-wielkość; a wtedy wraz z bonusem wyniesie ona 2 : ta-wielkość. Teraz to Chiny będą posiadały bazy wojskowe na jedwabnym i perłowym szlaku, to chiński bank rozwoju będzie warunkował rozwój Indii, Brazylii, czy Nigerii. To chińskie filmy będę promowały chiński styl życia, a chińskie idee mniej lub bardziej dobrowolnie podbijały świat.

W ten sposób ludzie z NGO-sów, mediów, akademii, ta sól zmian, jakie nastąpiły od Rewolucji Francuskiej, w postaci oderwania europejskiej kultury od dyktujących rozsądek potrzeb, za sprawą losów owego bonusa poniosą nie najmniejszą lecz relatywnie największą, a w dodatku niespodziewaną, stratę. Zupełnie bowiem nie zdają sobie oni sprawy z tego, że to nie celność wyznawanych przez nich doktryn nadaje im rezon a hodowanemu przez nich społeczeństwu potęgę, lecz to potęga tego społeczeństwa nadaje doktrynom tym rezon a ich rezon pozoruje ich celność. Okoliczność dostrzeżenia przez nich, że to w ten sposób się rzeczy mają, będzie rzeczą najsłodszą...

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Przydlugi elaborat, lepiej sie slucha nawet dlugich mówionych wykladów na te tematy w nagraniach w youtybe https://www.youtube.com/watch?v=ihGIMLEZSZg

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.