Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

27723 miejsce

Retrospektywa serii "Martwe zło"

Już w tym tygodniu w polskiej telewizji Cinemax odbędzie się premiera serialu „Ash kontra martwe zło” (Ash vs. Evil Dead), kontynuacji kultowej serii horrorów „Martwe zło”. To świetna okazja na przypomnienia kultowej serii Sama Raimiego.

 / Fot. unothegateway.comNa początek mała lekcja historii. Dawno, dawno temu, za siedmioma stanami żył sobie 19-latek, Sam Raimi. Jego marzeniem było nakręcenie makabrycznego horroru gore o demonach, przeklętych artefaktach, nawiedzonych lasach i zagubionych nastolatkach. Wspólnie z Brucem Campbellem i innymi przyjaciółmi w1978 roku nakręcili amatorski horror „W środku lasu” (Within the Woods). Projekt ten finansowali z własnej kieszeni, przez co budżet był bardzo skromny (zaledwie 1600 $). Sam Raimi mógł przenieść na ekran jedynie część swoich wizji. Fabuła nieco przypomina „Martwe zło”. Główni bohaterowie to grupa nastolatków , przebywających w starym domku letniskowym w środku lasu. Jeden z nich, Bruce (grany przez Brucea Campbella) nieumyślnie bezcześci stary cmentarz Indian. Poprzez swój nierozważny czyn chłopak zostaje opętany przez demona i zaczyna atakować przyjaciół. Już w „W środku lasu” można dopatrzeć się pomysłów, które Sam Raimi wykorzystał jeszcze raz w serii „Martwe zło”. Powtarza się wątek domu w głębi lasu, grupy nastolatków, opętania i pradawnych artefaktów (rytualny sztylet zdolny pokonać demona). Po raz pierwszy możemy podziwiać charakterystyczną pracę kamery Sama Raimiego, (ukazujący świat z perspektywy demona). Zarówno „W środku lasu”, jak i filmy z serii „Martwe zło” są mieszanką najbardziej popularnych tematów horrorów z lat 70. Mamy tutaj zarówno elementy typowe dla horrorów satanistycznych (kult, opętanie), jak i dla filmów o zombie (gore, wygląd i zachowanie opętanego).
„W środku lasu” wyświetlone było tylko raz, na jednym z późnych pokazów „Rocky Horror Picture Show” w kinie w Detroit. Zagwarantowało to młodym ludziom dochody, za które mogli wyprodukować droższy film.

W 1981 powstało słynne „Martwe zło”. Głównym bohaterem jest młody Ash Williams (grany przez Brucea Campbella) i jego grupka przyjaciół. Spędzają oni wakacje w starym, tajemniczym domku letniskowym w środku lasu. Przypadkowo odnajdują tam rytualny sztylet i pradawną Księgę Umarłych, którą z ciekawości zaczynają czytać. Nieumyślnie przywołują tytułowe martwe zło, które przejmuje kontrolę nad kolejnymi bohaterami i rozpoczyna krwawy mord.
Budżet filmu wynosił jedynie 350 000 $. To nadal nie pozwalało na wykorzystanie wszystkich pomysłów reżysera. „Martwe zło” również było produkcją niskobudżetową, nie starczyło pieniędzy na profesjonalnych aktorów i wiarygodne efekty specjalne. Wiele można by zarzucić filmowi, ale na pewno nie braku pomysłowości, zaangażowania i talentu Sama Raimiego. Reżyser od samego początku umiejętnie buduje napięcie i atmosferę grozy. Za pomocą prostych trików (dynamiczna praca kamery, widok z perspektywy demona) tworzy poczucie niebezpieczeństwa. Tempo filmu od momentu przywołania martwego zła gwałtownie wzrasta. Każdy moment spokoju, jest tylko ciszą przed burzą. Co chwilę bohaterowie mierzą się się z kolejnymi zagrożeniami. Nigdy nie wiadomo, kto zostanie opętany, kto przeżyje, albo jaką postać przybierze zło. Efekty specjalne chociaż umowne, są bardzo zróżnicowane i pomysłowe w realizacji. Film charakteryzuje się niespotykaną ilością gore, szokujących scen przemocy przyprawiających wrażliwszą widownię o mdłości. W przeciwieństwie do późniejszych części, film jest utrzymany (przynajmniej w zamyśle) w poważnym tonie.

„Martwe zło” okazało się wielkim hitem. Film bił rekordy popularności w kinach i w wypożyczalniach kaset (dochody: 2,6 mln $), zyskał powszechne uznanie (wliczając w to samego Stephena Kinga) i rzeszę oddanych fanów. Widzowie pokochali film Sama Raimiego, mimo widocznych wad. O dziwo, te techniczne niedoskonałości, kiepskie aktorstwo, umowne efekty specjalne i charakteryzacja nadały produkcji specyficzny urok. Mimo odmiennych intencji twórców, wielu widzów traktuje „Martwe zło” jako dobrą groteskę filmową, która jednocześnie straszy i śmieszy.

Tym razem również Sam Raimi wykorzystał dochody do wyprodukowania droższego filmu. Drogiego na tyle, aby móc ostatecznie wykorzystać wszystkie swoje pomysły. Tak powstało „Martwe zło 2”(Evil Dead II: Dead by Dawn) w 1987 roku. Film rozpoczyna się luźną rekonstrukcją wydarzeń z poprzedniej części (pełną nieścisłości). Ash zostaje uwięziony w nawiedzonym lesie, a do starej chatki przybywają kolejni ludzie, którzy wkrótce padają ofiarą martwego zła. Reżyser miał świadomość, że pierwsza część filmu była kiczowata, groteskowa, chwilami śmieszna. Dlatego postanowił zmienić wady w zalety i świadomie nakręcił pastisz horrorów, film który jednocześnie straszy i śmieszy. Nadal mamy do czynienia z filmem grozy o ludziach, którzy walczą z upiorom. Podobnie jak w poprzedniej części, od początku panuje atmosfera grozy i poczucie narastającego zagrożenia. Jednak tym razem, sequel „Martwe zło” jednocześnie bawi się konwencją. Sceny które straszą, są świadomie przerysowane i często puentowane żartem. Sam Raimi i Bruce Campbell są fanami slapstickowych komedii i dlatego wpadli na pomysł, aby przenieść gagi rodem z „The Three Stooges” do świata horroru. To rozwiązanie stworzyło niespotykaną dotąd mieszankę grozy i komedii. Bohaterowie mają śmieszne wypadki (jak na slapstick przystało), a to wszystko wzbogacone dreszczem i przerysowaną przemocą. Krew nadal leje się strumieniami, jednak wszystko to jest przedstawione w tak absurdalny i przejaskrawiony sposób, że trudno to brać na poważnie. Tempo „Martwego zła 2” jest jeszcze szybsze, to istny roller coaster wśród horrorów. Cały czas coś się dzieje, co chwilę jesteśmy zaskakiwani kolejnymi szalonymi pomysłami twórców, żywe trupy, groteskowe potwory, ożywione przedmioty, drzewa i odbicia w lustrze. Film jednak nie robiłby takiego wrażenia, gdyby nie Bruce Campbell w roli głównej. Aktor w trakcie swojej skromnej kariery nabrał doświadczenia. Ash Williams w tej części jest dużo bardziej zabawny i charyzmatyczny. W trakcie seansu jesteśmy świadkami zabawnej przemiany głównego bohatera. Początkowo Ash jest typową ofiarą losu, jednak z czasem mężnieje, nabiera pewności siebie i staje się prawdziwym twardzielem. Rozprawia się z demonami w efektowny sposób, rzucając przy tym one-linerami, niczym bohater kina akcji.

„Martwe zło 2” jest wyjątkowym przypadkiem w którym sequel przebija swój pierwowzór. Ta część dysponowała dziesięciokrotnie większym budżetem, nie mieliśmy już do czynienia z amatorską produkcją. Tym razem każdy element filmu został dopracowany –dobre (jak na tamte czasy), różnorodne efekty specjalne, charakteryzacja, świetna praca kamery, montaż. Film ani przez moment nie nudzi, co chwilę jesteśmy zaskakiwani jakimś zwrotem akcji. To jeden z najlepszych kolarzy strachu i śmiechu.

Trzecia część serii nosi tytuł „Armia Ciemności” (Army of Darkness) i jest jedną z najdziwniejszych kontynuacji z jaką miałem do czynienia. Pierwsza część była poważnym, pełnym makabrycznych i brutalnych scen horrorem, druga część zastąpiła powagę akcją i czarnym humorem, z kolei trzecia część nie ma w zasadzie nic wspólnego z kinem grozy. Zdecydowanie bliżej jej do fantasy z nurtu sword and sorcery. Ash Williams za sprawą Księgi Śmierci przenosi się do fikcyjnego, średniowiecznego królestwa, w którym trwa wojna między ludźmi, a upiorami. Główny bohater zostaje uznany za wybawiciela z przepowiedni, który ma położyć kres demonom. Jak na fantasy przystało, mamy przygody, magię, potwory, oraz klasyczną walkę dobra ze złem. Nie ma prawie żadnych elementów grozy, nawet gore przepadło. Zamiast tego mamy jeszcze więcej humoru i akcji. Sam Raimi ponownie serwuje całą masę szalonych pomysłów zrealizowanych z jeszcze większym rozmachem. Mamy m.in. walkę Asha z zminiaturyzowanymi klonami siebie samego, wynalazki łączące technologię współczesną z średniowieczną, batalię z armią szkieletorów. Ogólnie film jest pełen efektów specjalnych i scen batalistycznych. Ash od samego początku jest typem twardziela – masowo likwiduje piekielne pomioty, wykorzystuje różnorodną broń i non stop rzuca dowcipami. „Armia Ciemności” doczekała się wersji kinowej i reżyserskiej z różnymi zakończeniami. Jeden kończył się happy endem – Ash dzięki magicznemu eliksirowi wraca do swoich czasów i wiedzie beztroskie życie. Alternatywne zakończenie z kolei było bardziej pesymistyczne – Ash przez swoją nieuwagę wypija zbyt dużą zawartość mikstury, na skutek czego przenosi się do odległej, postapokaliptycznej przyszłości.

Trylogia „Martwe zło” obecnie uważana jest przez fanów horrorów za pozycję kultową. W kolejnych latach powstawały gry komputerowe i komiksy opowiadające o dalszych przygodach Asha Williamsa.

„Armia Ciemności” stanowi pewien pomost w karierze Sama Raimiego, pomiędzy horrorami a mainstreamem. Później nakręcił serial „Xena: Wojownicza Księżniczka” i trylogię „Spider-Man”, jednak fani dalej czekali na kolejną część „Martwego zła”. W 2009 roku reżyser nakręcił „Wrota Piekieł” (Drag Me to Hell), komedio horror utrzymany w duchu kultowych filmów z Brucem Campnellem.

Film opowiada o młodej dziewczynie Christine Brown (Alison Lohman). Bank dla którego ona pracuje skonfiskował dobytek starej cyganki, pani Ganush. Ta w akcie zemsty rzuca na Christine klątwę. Od tego momentu główną bohaterkę nawiedza groźny demon, który zamienia jej życie w piekło. Sam Raimi po wielu latach nakręcił kolejny komedio horror. Jak na trylogię „Martwe zło” przystało, pełno tutaj zwariowanych pomysłów wzbudzających jednocześnie strach i śmiech. „Wrota piekieł” chwilami trzyma w napięciu, straszy, jednak najczęściej bawi czarnym humorem. Film niestety nie spełnił wszystkich oczekiwań. Posiadał niską kategorię wiekową, przez co zabrakło groteskowej przemocy charakterystycznej dla „Martwego zła”. Efekty specjalne niemal całkowicie ograniczyły się do kiepskiego CGI rodem z przestarzałych gier komputerowych. Brakowało tych charakterystycznych efektów, surowości. Zabrakło też akcji, testosteronu i luzu jakiego dostarczał Ash w wykonaniu Brucea Campbella. „Wrota Piekieł” były ciepło przyjęte przez fanów (i chłodno odebrany przez resztę), nie spełniały wszystkich oczekiwań.

W 2013 roku Sam Raimi i Bruce Campbell wyprodukowali remake „Martwego zła” w reżyserii Fede Alvareza. Zapowiedź nowej wersji zgorszyła wielu fanów. Oczekiwali oni dalszych przygód Asha, zamiast tego otrzymali odgrzewany kotlet. Mimo negatywnego nastawienia, film okazał się zaskoczeniem i przez część fanów został pozytywnie odebrany. Nowe „Martwe zło” było utrzymane w tonie pierwszej części, znowu było mrocznie i poważnie. Tempo było jeszcze szybsze, a ilość obrzydliwych i skrajnie brutalnych scen przebijała wszystkie części razem wzięte. Film był profesjonalnie zrealizowany – bardzo ładne zdjęcia, dynamiczny montaż, starannie wykonane efekty specjalne. Było również sporo poukrywanych odniesień do pierwowzoru: większość efektów opartych na staromodnych rozwiązaniach, powtarzają się znane ujęcia, podobna praca kamery itd. Niestety nie obyło się bez zgrzytów. Jak na remake przystało, film fabularnie nie zaskakuje. Scenariusz co prawda nie jest kopią 1 do 1 oryginalnej wersji, wciąż brakuje kreatywności charakterystycznej dla filmów Raimiego. Brakuje również bohatera na miarę Asha Williamsa, nikt tutaj się nie wybija, aktorstwo przeciętne. Nowe „Martwe zło” najwięcej emocji wśród fanów wywołało krótką i tajemniczą sceną po napisach końcowych. Widzimy w niej twarz Brucea Campbella- wypowiada swój kultowy tekst, „Groove” , następnie kieruje wzrok w stronę widowni. Co ta scena mogła oznaczać? Czyżby zapowiedź długo oczekiwanej kontynuacji? Domysły fanów się spełniły.

Sequel powstał, jednak nie w formie filmu kinowego, tylko serialu telewizyjnego.
Fani trylogii „Martwe zło” bardzo długo czekali na kontynuację serii. Od dawna już zapowiadano sequel, plany wielokrotnie się zmieniały, niektórzy już (w tym ja) stracili nadzieję. W końcu, po 23 latach doczekano się. Powstał serial telewizyjny „Ash kontra martwe zło”.

Ash Williams (ponowie w tej roli niezastąpiony Bruce Campbell) pokonał martwe zło i przez 30 lat ukrywał Księgę Umarłych w swojej przyczepie. Jest życiowym nieudacznikiem – niewiele zarabia, nigdy nie założył rodziny, większość czasu spędza w barze i stara się podrywać atrakcyjne dziewczyny (zazwyczaj z marnym skutkiem). W trakcie jednego ze swoich romansów, odurzony marihuaną Ash czyta przeklętą księgę i ponownie przywołuje demony. Liczba opętanych i ofiar śmiertelnych wzrasta, mężczyzna razem z przyjaciółmi szuka sposobu na zwalczenie martwego zła.
Na stołku reżysera i scenarzysty zasiadł m.in. twórca serii, Sam Raimi. Pierwsze odcinki są swego rodzaju „powrotem do domu”. Zło znowu przybywa, przejmuje władzę nad ludźmi i przedmiotami, a Ash ponownie stara się je powstrzymać. Zakłada swoją charakterystyczną koszulę, wyposażenie (piłę mechaniczną i dubeltówkę) i z szyderczym uśmiechem rozpoczyna krwawą rozwałkę. Znowu jest zabawnym połączeniem twardziela z fajtłapą, efektownie eksterminuje diabelskie pomioty, rzucając przy tym dowcipami i one-linerami. Jest całkiem pomysłowo, dochodzi do zabawnych i szalonych konfrontacji z potworami, czuć urok drugiej i trzeciej części. Mimo iż jest to serial telewizyjny, udało się nakłonić producentów do zniesienia cenzury. Ponownie jest cała masa gore, każdy odcinek przebija trylogię ilością czerwonej farby i gumowych członków. Mimo ilości krwi, demonów i jump scearsów, serial niewiele ma wspólnego z horrorem. To przede wszystkim czarna komedia wypełniona akcją. Jako, że mamy do czynienia z serialem telewizyjnym, efekty komputerowe wyglądają bardzo tanio. Fani trylogii mogą pocieszyć się przeważającymi, staromodnymi efektami – dużo gumy, czerwonej farby i kukieł rodem z lat 80. Ogólnie czuć klimat kiczowatych horrorów z epoki kaset VHS. Bruce Campbell znowu „wymiata”, przyciąga uwagę swoją charyzmą i poczuciem humoru. Jego wiek wcale nie odebrał mu uroku. „Ash kontra martwe zło” niestety posiada poważną wadę, a mianowicie kiepski scenariusz. Fabuła serialu jest banalna – bohaterowie szukają sposobu na przepędzenie demonów. Przez większość czasu śledzimy kolejne nieudane próby, dopiero pod koniec serialu znajdują (łatwy do przewidzenia) sposób na rozwiązanie problemu. Większość odcinków to tylko zapychacze, przeważnie nic nie wnoszą do historii. Łatwo można by było przerobić serial w spójny, pełnometrażowy film. Zakończenie serialu jest bardzo rozczarowujące. Przychodzi nagle, psuje wizerunek bohaterów, oraz lekceważy cały wątek przewodni. W zamyśle miało być zabawnie i przewrotnie, a wyszło głupio i niesmacznie. Rozczarowanie finałem wynagrodzić może kontynuacja (o ile powstanie). Większość postaci drugo i trzecioplanowych zawodzi. Postacie Pablo i Kelly wypadają całkiem nieźle (zwłaszcza ten pierwszy) jednak cała reszta jest nudna i irytująca, zwłaszcza postać policjantki Amandy. Ich dialogi są czerstwe, nie posiadają ciekawego charakteru, niepotrzebnie spowalniają fabułę. Żarty prezentują mieszany poziom. Humor uległ pewnym zmianom – slapstick przepadł, a zastąpiły je dialogi (sprośne i wulgarne), żarty sytuacyjne i absurdy. Część się sprawdza, a część nie. Niektóre z odcinków za bardzo odchodzą od „Martwego zła”, konwencją przypominają typowy serial o zombie, albo o duchach. Zabrakło również montażu, dynamicznej pracy kamery charakterystycznej dla serii.

Serial jest daleki od ideału, ale nadal stanowi gratkę dla fanów „Martwego zła”, godna kontynuacja. Dużo fajnych nawiązań do poprzednich części (zwłaszcza w pierwszych i ostatnich odcinkach), świetny jak zwykle Bruce Campbell, duża porcja czarnego humoru, gore i akcji. Mimo iż zdarzają się spadki jakości, to nie ma mowy o nudzie. Zaskakująco pozytywnie wypada ścieżka dźwiękowa pełna klasycznych, rockowych utworów z lat 60/70. Niestety jest to produkcja skierowana wyłącznie do fanów, nowi widzowie nie docenią humoru, klimatu i postaci głównego bohatera.


Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.