
Rozrzut zainteresowań muzycznych mam spory. Nie wiem, o czym to świadczy, o infantylnej dekoncentracji czy o otwartości i niechęci do zamykania się w jednym kręgu muzycznym. W każdym razie muzykę postrzegam jako zjawisko, dzięki któremu celebruję swoje nastroje i doceniam każdy gatunek (za wyjątkiem może jazzu, który wprawia mnie w rozdrażnienie), który w jakimś stopniu te nastroje pozwala mi współtworzyć.
Miesiąc temu był czas na koncert totalny na Torwarze, mam na myśli The Cure, za miesiąc Stodoła i Serj Tankian, będę machać głową, a w środę zjawisko z amerykańskiego top of the chart kręgu r`n`b i Rihanna. Młoda dziewuszka z Barbadosu, która zawładnęła masową wyobraźnią za sprawą piosenki o parasolce. Można sobie kręcić nosem i rezerwować zjawisko dla nastolatek, ale hit to był niekwestionowany na świecie, a do tego inspirujący, bo zacne zespoły zabrały się za tworzenie coverów Umberlli, np. Manic Street Preachers.
Na Rihannę zwróciłam uwagę, kiedy miała jeszcze długie włosy i śpiewała „Pon De Replay”. Podobał mi się jej głos,wyrazisty taki, niepodrasowany.
A potem 2006 rok i wakacje w Nowym Jorku. Dla mnie wakacje to jakaś piosenka, tak lubię kojarzyć dobry czas. I wtedy to była Nelly Furtado „Promiscuous girl” i Rihanna właśnie, kiedy w teledysku wdzięcznie przeciągała się po kanapie w obskurnym pomieszczeniu ubolewając, że ma chłopaka, ale woli innego. Tytuł tego hitu to „Unfaithful”.
Co jakiś czas natknę się na doniesienia o tym, że młoda artystka miewa już fanaberie, albo że fatalnie się ubiera, ale faktem jest, że nagrała 3 płyty i sprzedają się one na świecie znakomicie. Faktem jest, że odwiedziła już raz Polskę rok temu, w Krakowie bodajże wystąpiła i że była w środę w Warszawie w ramach promocji 3 płyty „Good girl gone bad”.
Uważnie przyglądałam się poczynaniom Rihanny wczoraj na scenie. Myślałam, że będzie z fochem, ale muszę powiedzieć, że dała profesjonalny show, choć w sumie dość banalny. Nie było zaskoczeń typu bisy czy jakiś spontaniczny kontakt z publicznością. Owszem, zagrzewała młodą publikę do śpiewu, klaskania, wołała, że nas kocha, itp. Było miło, ale po wybrzmieniu ostatniego akordu „Umbrelli” widzowie karnie poszli sobie w stronę szatni. Trochę dziwne, bo ja bym się jeszcze pobawiła, ale jak nie to nie.
Zaczęła koncert od pierwszego z płyty “Music of the sun” – “Pon De Replay”, były też “Shut up and drive”, “Unfaithful” , “Don't stop the music”. Rihanna w odważnych lateksowych kreacjach wdzięcznie się wyginała i robiła miny oraz rozwiewała sobie świetną fryzurę... Ale założę się, że Michał Piróg juror z „You can dance” powiedziałby jej na castingu, że może jej dać bilet, ale na PKP. Niemniej zatrudniła profesjonalne tancerki i tancerzy, którzy robili jej tło, także dwie chórzystki, a sama poruszała się z dużym wdziękiem. No, ale jak się ma 20 lat, to wiadomo, wszystko przychodzi łatwiej.
Moim zdaniem dziewczyna zrobiła spektakularną i oszałamiająco szybka karierę. Mając 18 lat nagrała swój pierwszy hit, współpracuje z producentami jak Timbaland czy Jay – Z, którzy trzęsą amerykańskim rynkiem muzycznym i nie wiem, ale chcę wierzyć, że dzięki jej talentowi muzycznemu postanowili w nią inwestować.
Jej rodzinna wyspa na Małych Antylach jest z niej niesamowicie dumna. Czego dowodem jest fakt, że dzień jej urodzin, czyli 21 lutego, uczynili świętem na Barbadosie i dniem wolnym od pracy. To się nazywa docenienie i duma z rodaczki.
Teraz jeszcze mógłby przybyć do Warszawy kolega Rihanny Justin Timberlake albo rywalka Beyonce i mielibyśmy gwiazdorski komplet, a nie tylko odgrzewane kotlety, prawda?:)