Facebook Google+ Twitter

„Rocky Balboa”- ale to już było

Sylvester Stallone postanowił powrócić do postaci Rockyego i nakręcił kolejny film o bokserze (już na ekranach polskich kin). Tylko po co?

Rocky Balboa - materiały udostępnione na stronie internetowejStallone zagrał wcześniej w pięciu filmach o Rockym. Nic dziwnego, poszedł za ciosem po wielkim sukcesie numeru jeden serii. W oskarowej rywalizacji zdystansował wówczas nawet "Taksówkarza" Martina Scorsese.

Ludzi urzekła historia prostego osiłka z przedmieść, który otrzymuje życiową szansę walki o mistrzostwo świata wagi ciężkiej. Z czasem opowieść rozrosła się do rozmiarów sagi i widzowie mogli obserwować kolejne zmagania boksera, która zawsze wychodził z nich zwycięsko.

W nowym obrazie bohater jest już ponad 50-letnim człowiekiem, który prowadzi przejętą po zmarłej żonie restaurację oraz wspomina dawne sukcesy. Sam Stallone napisał scenariusz, podjął się reżyserii i oczywiście zagrał główną rolę. Czyli powrót do koncepcji sprzed 30 lat, kiedy to powstała pierwszą część cyklu o Rockym. Niestety, to powrót również do schematu i wątków tamtego obrazu, nagrodzonego Oscarem.

Jaki był sens robienia filmu, który już kiedyś odniósł sukces? Podobnie jak wtedy, tak teraz w „Rocky Balboa” bohater mieszka w biednej dzielnicy Filadelfii bez nadziei na lepsze życie. Tylko że pierwsza część cyklu próbowała założyć na siebie prospołeczny kostium. To socjalne wręcz zacięcie z obrazu numer jeden znika w filmie kończącym serię.
Rocky Balboa - materiały udostępnione na stronie internetowejPo śmierci żony objawia się z całą mocą sentymentalne oblicze Rockyego. I, o zgrozo, film przesiąknięty jest taką ckliwością i tanim - w najgorszym tego słowa znaczeniu - sentymentalizmem.

Szansą na wyrzucenie z siebie smutków i frustracji jest walka pokazowa z mistrzem świata wagi ciężkiej. Bokser oczywiście przystaje na propozycję i, jak w „jedynce”, rozpoczyna przygotowania. Sam przebieg tej ostatecznej w jego życiu walki również przypomina tę z pierwszej części serii.

Dlatego nie rozumiem, po co skopiowano zużyty i wtórny już schemat sprzed lat. Podobno film miał być rozliczeniem Rockyego z życiem. Bardzo ckliwe, smutne i powierzchowne to rozliczenie. Retrospektywne wizje z przeszłości powracające w myślach bohatera trącą tanimi chwytami rodem z telenowel. A Balboa to przecież twardziel, który zdobywał mistrzostwo świata. W poprzednich obrazach też był zakochany w Adrian, ale tamto uczucie pokazano z pewnym wdziękiem, choć często zbyt sentymentalnie. Tutaj już wdzięku nie ma, tylko smutek po starcie ukochanej. I choć mimo wszystko lubimy Rockyego (a może tylko litujemy się nad przygłupawym i prostym człowiekiem), który w końcu godzi się i z synem, i z otoczeniem, i wreszcie ze światem, który zabrał mu żonę, to nie warto tego wszystkiego oglądać. Bo po co znów przeżywać ten sam film, co przed trzydziestu laty?


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

kiedyś żartował iż ktoś że będzie Roki 6000 cóż.... to jak serial prawie póżniej tylko śmierć Rokiego B.... mamy serial aż miło

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.