Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

28438 miejsce

Rodzić po ludzku? Leczyć po ludzku...

  • Źródło: Gość dnia
  • Data dodania: 2008-07-23 11:46

Zazdroszczę kobietom, które dopiero zaczynają swoją drogę do macierzyństwa… Tej wiary, że będzie dobrze. Że dwie kreski na teście równa się z tym, że za dziewięć miesięcy urodzi się zdrowe, wspaniałe bobo...

Zazdroszczę kobietom, które dopiero zaczynają swoją drogę do macierzyństwa. Tej wiary, że będzie dobrze. Że dwie kreski na teście równa się z tym, że za 9 miesięcy urodzi się zdrowe, wspaniałe bobo. Martwią się wyborem imienia, tym do jakiej szkoły pójdzie i czy będzie mieć zdolności językowe. Mnie zostało to odebrane na zawsze.

Byłam w ciąży, ale nie rodziłam


 / Fot. Paweł Nowak/Dziennik ŁódzkiNiestety, mam przykre doświadczenia związane ze służbą zdrowia. Mimo że byłam w ciąży - wbrew pozorom nie rodziłam. Mój przypadek różnił się od standardowej ciąży. Spotkało mnie ogromne nieszczęście - ciąża pozamaciczna. Wiadomo co się z tym wiąże - operacje i hospitalizacja. To był najgorszy okres jaki zmuszona byłam przeżyć. Do końca życia nie zapomnę uczuć jakie wtedy mi towarzyszyły i jak bardzo skrzywdzili mnie lekarze. Zarówno psychicznie jak i fizycznie. Ich niekompetencja, rutyna, brak zainteresowania, brak podejścia i przedmiotowe traktowanie, doprowadziły do tego, że nie skończyło się na jednym zabiegu - przeszłam dwie operacje i łyżeczkowanie... do tego codzienne badania ginekologiczne (z udziałem kilku osób - w tym studentów) i badania USG (za każdym razem inny lekarz). Moje nienarodzone dzieciątko nazwano "tworem", który trzeba było szybko ewakuować... Już wtedy wiedziałam, że lekarze łamią moje prawa do intymności, bieżącej informacji co do stanu mojego zdrowia, a nawet do pochówku mojego dziecka... Koszmar. Nie miałam jednak siły bronić się, walczyć z przyzwyczajeniami lekarzy. Myślałam tylko o moim nienarodzonym dziecku, o tym żebym nie została pozbawiona macierzyństwa do końca życia, o tym, że było tak blisko, wszystko pękło jak bańka mydlana.
Długo by o tym pisać... Postanowiłam jednak podzielić się moją historię - mimo że minął już rok ja wszystko pamiętam ze szczegółami...

Przyznam że już wcześniej bardzo chciałam opisać, nagłośnić swoją historię, ale - niestety - nie miał mnie kto pokierować, a ja nie byłam w stanie sama tego ruszyć. Byłam w naprawdę okropnym stanie psychicznym (tak naprawdę do tej pory nie mogę się otrząsnąć). Ciągle się leczę i przechodzę bolesne badania... Gdyby skończyło się na jednym zabiegu na pewno miałabym większe szanse na dziecko, a tak - niestety - prawdopodobnie zostaje mi tylko in vitro.

19 kwietnia 2007 r. Jestem w ciąży. Pozamacicznej...


Wszystko zaczęło się 19 kwietnia 2007 roku. Wtedy to po raz pierwszy trafiłam do szpitala
ginekologiczno-położniczego na ul. Madalińskiego w Warszawie i to był początek mojego koszmaru. Przyjechałam do szpitala w kiepskim stanie (przede wszystkim psychicznym), ze skierowaniem od lekarza ginekologa, na którym widniało rozpoznanie: ciąża pozamaciczna brzuszna (moja ciąża umiejscowiła się przy jajniku). Dla mnie to był szok! Nie dość, że ciąża (z USG wynikało 11-tygodniowa), to do tego pozamaciczna. W izbie przyjęć zbadano mnie, wykonano USG i pobrano mocz do wykonania testu ciążowego, ale na żadne pytanie nie uzyskałam odpowiedzi.

Lekarz stwierdził, że wszystkiego dowiem się już na oddziale. Przebrałam się i zgłosiłam się na oddział ginekologiczny. Tam wkłuto mi wenflon, przydzielono salę i łóżko... Po jakimś czasie przyszło do mnie dwóch lekarzy (w tym ten z izby przyjęć), poinformowali mnie, że próba ciążowa wyszła ujemnie, więc może obejdzie bez operacji. Troszkę się uspokoiłam i próbowałam zasnąć. Ale wciąż dręczyło mnie jedno - czemu nie wykonali mi próby ciążowej z krwi? Nawet ja wiem, że domowe testy ciążowe nie zawsze dają miarodajne wyniki, tym bardziej, że sama też robiłam 2 testy w domu i wyniki były również ujemnie. Oczywiście powiedziałam o tym fakcie podczas wywiadu z lekarzem, standardowo został on zignorowany.

Lekarze: "To tylko laparoskopia"


Następnego dnia dalej nic nie wiedziałam, nikt nie chciał mnie poinformować jakie są dalsze plany co do mojej osoby, jakie są rokowania, w ogóle co dalej… Dopiero ok. godz. 12 przyniesiono mi obleśną koszulę szpitalną, kazano mi się w nią przebrać, ponieważ zabierają mnie na operacje. W międzyczasie podsunęli mi jakieś dokumenty do podpisu, niestety, nie miałam nawet czasu przeczytać tego co podpisuje. Na całe przygotowanie miałam jakieś 15 min. Nikt ze mną nie porozmawiał, nie wytłumaczył na czym polega zabieg, padło tylko stwierdzenie: "to tylko laparoskopia" i nie ma powodów do histerii, to rutynowy zabieg i, że w moim przypadku jest konieczny. Czułam się okropnie: strach, brak informacji, brak intymności, przedmiotowe traktowanie, po prostu byłam traktowana kolejny przypadek, który trzeba szybko 'załatwić" i mieć z głowy. Czułam się bardzo zagubiona, wystraszona, bezsilna i zdana na lekarzy… Nikt nie interesował się co czuję, a przecież dla mnie to było traumatyczne przeżycie. Kiedy dotarłam na blok operacyjny, lekarz miał pretensje, że musiał tak długo na mnie czekać. Jeszcze przed uśpieniem podsunięto mi jeden dokument do podpisu, w momencie kiedy nie miałam już praktycznie siły utrzymać długopisu. Później już jakoś zleciało. Chociaż było ciężko - pierwsze wstanie z łóżka, pierwsze kroki, usuwanie cewnika i drenu, ból, dalej zero informacji i to straszne uczucie straty. Ale jakoś to przetrwałam. Wyszłam do domu z dwutygodniowym zwolnieniem i z zaleceniem - "proszę się oszczędzać". I tak skończył się pierwszy (trzydniowy) pobyt w tym trefnym szpitalu. Nie mogłam zrozumieć czemu na wypisie rozpoznanie brzmiało usunięcie ciąży pozamacicznej, skoro próba ciążowa wyszła ujemnie?

Łyżeczkowanie. Macicy trzeba pomóc


Ale to był dopiero początek. Po powrocie do domu kilkakrotnie dzwoniłam do szpitala, ponieważ cały czas krwawiłam i coraz gorzej się czułam, w słuchawce słyszałam tylko, że "tak może być". Któregoś razu już nie wytrzymałam… nie wykonałam kolejnego telefonu, wsiadłam z mężem w samochód i pojechałam do szpitala osobiście. Oczywiście znowu usłyszałam stały tekst. Nalegałam jednak na rozmowę z lekarzem. Z ogromnymi oporami poproszono lekarza, by przyszedł i mnie zbadał. Po badaniu okazało się, że mam bardzo grube endometrium (17 mm), poziom płynu w jamie brzusznej podniósł się i do tego powstała torbiel na drugim jajniku. W związku z tym, że był to długi weekend majowy, lekarz powiedział, że i tak nic mi teraz nie zrobią, więc jeśli nie czuję się aż tak źle, mogę wrócić do domu i przyjechać 4 maja na łyżeczkowanie. Stwierdził że widocznie macica nie jest w stanie sama się oczyścić i trzeba jej "pomóc". Nikt nie wziął pod uwagę, że jestem jeszcze młoda, że chcę mieć dzieci, a te zabiegi zostawiają takie ślady po sobie, że mogę mieć duży problem w przyszłości z naturalnym zajściem w ciążę. Zgłosiłam się jednak do tego szpitala tak jak zalecił mi lekarz… Zostałam przyjęta znowu na oddział. Bez wykonania żadnych dodatkowych badań, przeszłam zabieg łyżeczkowania macicy (to był piątek) i w niedzielę rano lekarz przyszedł i zapytał mnie pretensjonalnym tonem: "a pani co tu jeszcze robi"? Zaczęłam mu tłumaczyć, że wszystkie objawy i dolegliwości powróciły, a nawet pojawiły się nowe, że czuję się coraz gorzej… Stwierdził, że to wszystko wina hormonów i dał mi do zrozumienia, że jestem przewrażliwiona. Rad nie rad zaczęłam się pakować i przyjechałam do domu.

Kolejny zabieg laparoskopii


Ale - niestety - w poniedziałek przyjechałam z powrotem do szpitala ze strasznymi bólami podbrzusza. Traf chciał, że przyjmowała mnie ta sama pani doktor, która miała dyżur również w piątek. Z ogromną pretensją zapytała czemu wypisałam się na własną prośbę? Ja zrobiłam ogromne oczy odpowiadając, że zostałam niemal wyrzucona. Nie zbadała mnie nawet, od razu wypisała przyjęcie na oddział. Już tym razem zaczęłam bardziej stanowczo walczyć o swoje zdrowie. Wywalczyłam oznaczenia beta HCG z krwi, morfologię i odpowiedzi na kilka dręczących mnie pytań (oczywiście odpowiedzi były zdawkowe i niejednoznaczne). I tak przetrzymali mnie do czwartku. Wtedy to poprosili mnie na rozmowę, podczas której zostałam poinformowana, że muszę przejść jeszcze jedną laparoskopię, bo - niestety - poziom HCG wciąż wzrasta, poza tym na obrazie USG znowu pojawił się rozdęty jajowód. Nie potrafię opisać co ja wtedy przeżywałam. Wszystko mnie bolało po dwóch poprzednich zabiegach, a tu kolejny. Podpisałam jednak zgodę - chciałam po prostu, by ten koszmar w końcu skończył! Nie dawałam już rady psychicznie, a oni cały czas traktowali mnie jak rzecz, tak jakbym nie miała uczuć. Gdyby nie to, że cały czas był przy mnie mąż i moja mama, chyba nie wytrzymałabym tego…

Po rozmowie z lekarzami wróciłam do pokoju. Po kilku minutach poprosili mnie znowu, informując, że jednak muszą wykonać laparotomie, ponieważ ten zabieg daje lekarzowi lepsze pole widzenia i manewrów niż przy laparoskopii. Miałam już tego dość - zgodziłam się, ale pod warunkiem, że założą mi szwy rozpuszczalne, bo mam już dość bólu. No i chociaż w tej kwestii doszliśmy do porozumienia. Więc znowu wróciłam do pokoju i zaczęłam przygotowywać się do zabiegu.

Nazajutrz rano zapytałam, o której mam być gotowa. Zostałam poinformowana, że nie jestem wpisana w plan operacyjny. Wtedy nie wytrzymałam. Z pomocą mojej mamy złożyłam telefoniczną skargę do Krajowego Konsultanta ds. Ginekologii i Położnictwa i dopiero jego interwencja nadała odpowiedni rozwój sytuacji. Oczywiście później nie obeszło się bez komentarzy i pretensji. Nie było łatwo, ale nie żałuję tego kroku. Dzięki temu zaczęto mnie traktować jak człowieka - nawet mój lekarz prowadzący (z-ca ordynatora) znalazł 1,5 godziny na to, by wszystko mi wytłumaczyć, nawet posłużył się kartką i długopisem, aby łatwiej było mi wszystko zrozumieć. Ale czy była potrzebna interwencja innego lekarza, czy nie można tak podchodzić do pacjentek bez żadnego przymusu? Wydaje mi się, że można, tylko trzeba być człowiekiem. Na pewno szpital nie straciłby na tym, a pacjentki wracałyby zadowolone i na pewno polecałyby go innym kobietom, obydwie strony byłyby zadowolone.

Czemu pani dała się tak pociąć?


Operacja się odbyła. Nie było już komplikacji. Jeszcze tylko jedno pytanie mnie zabolało - mój lekarz prowadzący wrócił dopiero po mojej drugiej operacji i zapytał: "Czemu pani dała się tak pociąć?". Ale to przecież nie ja znam się na medycynie, jeśli lekarze stwierdzili, że laparotomia będzie lepszym zabiegiem, to co ja miałam zrobić? Dyskutować z nimi na temat, o którym nie miałam pojęcia? Pytałam również panią doktor, która uczestniczyła w operacji, w jakim stanie jest jajowód - stwierdziła, że sprawdzili go bardzo dokładnie i jest całkowicie sprawny. Niestety, było to kłamstwo! Powiedziała tylko to, co chciałam usłyszeć. Ale po co? Tak nie można! Ja jako pierwsza miałam prawo dowiedzieć się prawdy! Najgorsze było to, że kilka minut po rozmowie z tą panią doktor, mój lekarz prowadzący poprosił mnie na tą długą rozmowę i okazało się, że jego informacje są całkowicie sprzeczne z tymi, które usłyszałam od jego koleżanki. To był taki moment, że już myślałam, że oszaleję!

Spotkało mnie wiele przykrości ze strony lekarzy pracujących w szpitalu na Madalińskiego w Warszawie. Moje nienarodzone dzieciątko nazywali "tworem", robili ze mnie histeryczkę. A dla mnie to było naprawdę ciężkie przeżycie. Ból fizyczny dało się wytrzymać, najgorszy do zniesienia okazał się ból psychiczny. To okrutne poczucie żalu i straty. Tak naprawdę do tej pory nie mogę dojść do siebie. Tylko jedna kwestia nie podlega dyskusji - wspaniała opieka pielęgniarska, którą zostałam otoczona w tym szpitalu. Wszystkie pielęgniarki służyły pomocą bez zbędnych komentarzy i z uśmiechem na twarzy. Szpital powinien być z nich dumny - to jest jego jedyna chluba!

"W medycynie jak w kinie - wszystko się może zdarzyć"


Hmm... jak się czułam? Ciągły stres, niewiadoma, poczucie osamotnienia i niższości - oni byli górą, bo to przecież lekarze i oni wiedzą lepiej, co jest dla mnie "najlepsze", ale - niestety - to nie miało nic wspólnego z moim bezpieczeństwem. Jak poszło coś nie tak to, albo słyszałam: "w medycynie jak w kinie - wszystko się może zdarzyć", albo ja byłam obwiniana o to, że nie stosuję się do ich zaleceń - ale do jakich zaleceń skoro żadnych nie dostałam? Robiłam tylko to, co podpowiadała mi intuicja. Wszystkiego uczyłam się metodą prób i błędów, nawet byłam zmuszona sama rozszyfrowywać terminy medyczne. W moim mniemaniu oni myśleli, że jak nazwą coś "po swojemu", to będą mogli mi zrobić wodę z mózgu. Zresztą cały czas czułam, że robią ze mnie osobę niespełna rozumu. I pewnie tak by się stało gdybym nie zaczęła na własną rękę szukać informacji, walczyć o badania i trochę szacunku. Nie wiem skąd wzięłam odwagę, chyba tak odreagowywałam stres. To on paradoksalnie dał mi siłę do walki. Byłam już tak zdesperowana, że było mi wszytko jedno, nie miałam nic do stracenia poza moim zdrowiem. Przez te trzy tygodnie zdobyłam sporo wiedzy medycznej, z której korzystam do tej pory. Gdyby nie moja determinacja nie wiem jakby to się skończyło.

Lekarze nie chcieli wyjść z wprawy?


A teraz jest trochę łatwiej, bo minął ból fizyczny. Ale w psychice ślad pozostał na całe życie. Cały czas się leczę, przechodzę bolesne, nieprzyjemne i krępujące badania - wszystko teraz kręci się wokół mojego zdrowia i całej sytuacji, która mi się przytrafiła. Najgorsze jest to, że nie wiadomo jak to się skończy. Prawdopodobnie pozostaje mi tylko in vitro, a mnie – niestety – nie stać dziś na ten zabieg. Boję się przyszłości. To wszystko mnie tak przytłacza, że czasem po prostu siadam i łzy same płyną do oczu - ta bezsilność mnie wykańcza. Według mnie dużą winę za moją krzywdę ponosi służba zdrowia - lekarze, którzy, jak usłyszałam od jednego z nich, pracują tam "charytatywnie", ponieważ w swoim prywatnym gabinecie nie mają warunków do przeprowadzania tego typu zabiegów operacyjnych, a nie chcą wyjść z wprawy i chcą być na bieżąco. Jak można zaufać specjaliście, który wypowiada takie słowa? Nie można! Jestem przekonana, że gdyby skończyło się na jednym zabiegu nie byłabym tak okaleczona na całe życie. Nikt nie zrozumie, jak czuję się teraz, widząc ciężarną kobietę, która z uczuciem głaszcze się po okrągłym brzuszku lub świeżo upieczoną mamę, która z wielką miłością patrzy na swoje maleństwo i z wielką pasją i satysfakcją opowiada o nim. Jest mi ciężko jak słyszę opowieści koleżanek o ich dzieciach. Jak wymieniają się spostrzeżeniami, doświadczeniami. A ja co? Nawet nie wiem czy kiedykolwiek zostanę mamą. To jest naprawdę straszne uczucie. Chciałabym żeby ten koszmar nareszcie się skończył, chcę się obudzić wreszcie! Mimo że minął już rok, ja cały czas żyję tamtymi wydarzeniami. Nie pozbędę się już tego uczucia straty.

Chciałam powiedzieć tym wszystkim, którzy stracili dziecko, kobietom po poronieniu, mamom bez dzieci obok, że nie są same, że mają prawo do swych emocji, do przeżywania żałoby nawet jeśli nigdy swojego dziecka nie zobaczyły. Wciąż nie wiem jak po takiej stracie żyć i chyba nie ma na to żadnej prostej rady. Ta przerażająca rzeczywistość, gdy czeka się na dziecko, że aż tyle złego może się wydarzyć. Musimy być jednak świadome, że większość naszych uczuć – choć być może dla otoczenia irracjonalnych – jest jak najbardziej normalna... i trzeba bezwzględnie walczyć o swoje prawa.

Od redakcji. Sprawdziliśmy rzecz całą w szpitalu. Szpital Madalińskiego jest ubezpieczony od błędów lekarskich. Tekst na prośbę autorki publikujemy jako "Gość dnia". Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (11):

Sortuj komentarze:

AM
  • AM
  • 16.03.2011 19:45

Rzeczywiście to co przeszłam zostawiło ślad na całe życie... Ale chciałam się pochwalić-wreszcie i mi się udało... Mój synuś ma już 24 tygodnie i szaleje w brzuchu (najbardziej upodobał sobie pęcherz). Jestem najszczęśliwszą osobą na ziemi, mimo że ciąża nie przebiega bez komplikacji. Ale nie narzeka-oby do lipca...

Komentarz został ukrytyrozwiń
maja pietrzak
  • maja pietrzak
  • 08.03.2011 21:01

wspolczuje naprawde

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • A M
  • 09.07.2009 10:35

O niczym innym nie marzę... Oby to życzenie stało się rzeczywisyościa...

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 09.07.2009 10:12

Bardzo Ci współczuję. Życzę Ci abyś doczekała się dziecka.

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • A M
  • 09.07.2009 10:00

Teraz o tym wiem. Wtedy niestety nie miałam świadomości tego, że w momencie przyjmowania na oddział mam prawo nie wyrazić zgody na udział w badaniu osób trzecich.
W sumie mogłam wtedy poprosić o wyproszenie zbędych osób, ale byłam tak zdenerwowana i wystraszona że nawet o tym nie pomyślałam. Teraz napewno postąpiłabym inaczej, bo teraz znam swoje prawa.

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • A M
  • 09.07.2009 10:00

Teraz o tym wiem. Wtedy niestety nie miałam Swiadomości tego, że w momencie przyjmowania na oddział mam prawo nie wyrazić zgody na udział w badaniu osób trzecich.
W sumie mogłam wtedy poprosić o wyproszenie zbędych osób, ale byłam tak zdenerwowana i wystraszona że nawet o tym nie pomyślałam. Teraz napewno postąpiłabym inaczej, bo teraz znam swoje prawa.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Problem w tym, że ja nie miałam czasu na konsultacje z innymi lekarzami. Poza tym nie spodziewałam się, że spotka mnie coś tak strasznego... Wtedy myślałam tylko o tym, że mogę tego nie przeżyć, o tym, że mogłam zostać mamą.... Tego nie da się opisać. Teraz wiedziałabym co zrobić...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Moim zdaniem zrobiłaś jeden podstawowy błąd - dlaczego nie udałaś się na konsultację do innych lekarzy? Tak po prostu na wszystko się zgadzałaś, mimo takiego traktowania. Ja w przypadku problemów zdrowotnych i skierowania na operację byłam na konsultacjach u 4 lekarzy! I dzięki Bogu, bo gdybym się do nich nie udała, to prawdopodobnie Ci pierwsi dwaj spowodowali by nieodwracalne szjody w moim organizmie. Tu chodzi o nasze zdrowie, na nim nie warto oszczędzać.

Bardzo Ci współczuję.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Człowiek nie jest w stanie ocenić kompetencji lekarza z góry. Nawet jeśli lekarz cieszy się ogólnie dobrą opinią, to dla nas może okazać się nieodpowiedni. Każdy ma inne oczekiwania i w związku z tym sam musi się przekonać czy dany lekarz je spełnia... Niestety częto bywa tak, że lekarz potrafi pięknie mówić, ale niestety nie rzadko rozmija się prawdą.... Nie ma problemu jeśli wszysko przebiega standardowo-kompetencje lekarza poznajemy dopiero wtedy, gdy pojawiają się komplikacje...wtedy jesteśmy w stanie ocenić działania i podejście lekarza i wyciągnąć wnioski do jego postępowania....
Uważam, że ciężko jest znaleźć dobrego lekarza. Jednego jestem pewna-do lekarzy trzeba mieć dystans i ogrzniczone zaufanie.


Bardzo dziękuję za komentarze. Cieszę się, że moja historia wzbudziła zinteresowanie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Trzeba się dobrze zastanowić, zanim podejmie się decyzję o macierzyństwie. I znaleźć dobrego lekarza prowadzącego.

Historia tutaj opowiedziana jest dobijająca.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.