Rozmowa z Romanem Kluską, twórcą firmy Optimus, jednym z najbogatszych Polaków
- Tyle lat w biznesie, a teraz hoduje pan owce. Nie za wcześnie na emeryturę?
- To nie emerytura. Po latach prowadzenia interesów, przyszedł czas na
dzielenie się doświadczeniem z młodzieżą. To bardzo ważne, bo to w jej
rękach jest przyszłość kraju. Nie chcę, żeby młodzi ludzie musieli z
takim mozołem zdobywać doświadczenie jak ja. Jeżdżę po wyższych
uczelniach i prowadzę wykłady. To, że nie siedzę bezpośrednio w
biznesie, pomaga mi inaczej patrzeć na rzeczywistość i daje ogromny
komfort bycia wiarygodnym. A owce? To moje hobby i praca dla ludzi z
mojej wsi. To nie biznes, bo dzisiaj w rolnictwie nie ma interesu.
- Niby nie biznes, ale pracuje pan nad wyhodowaniem nowej rasy?
- Nie do końca. Próbuję odtworzyć w Polsce rasę owiec mlecznych, która
kiedyś tu była, ale zniknęła, bo nie było zainteresowania owczym
mlekiem. Jakiś czas temu jednak zauważono, że w Grecji, ten kto pracuje
przy owcach, nie choruje na raka. Zaczęły się eksperymenty. Podawano
tym zwierzętom ludzkie komórki rakowe różnych rodzajów nowotworów.
Okazało się, że po ok. 3 tygodniach komórki rakowe ginęły. Bardzo silne
związki likwidujące raka wykryto właśnie w mleku owczym. Sprowadziłem
owce z Niemiec, by hodowlą mogli zająć się nasi górale.
- A co z olejem rydzowym, wyprodukowanym przez pana w domowych warunkach? Miał zrewolucjonizować rolnictwo w górach.
- Roślina, zwana rydzem lub lnianką, kiedyś była w Polsce powszechna,
teraz ma szansę stać się biopaliwem. Wymagane są jedynie zmiany prawne,
żeby rolnicy bez przeszkód tę roślinę mogli uprawiać. Wszystkie
koncerny, produkujące traktory, przygotowały już modele z silnikami na
oleje roślinne. Koszty prowadzenia gospodarstwa rolnego w górach są tak
wysokie, że nie mają ekonomicznego sensu, a główny składnik tych
kosztów to właśnie paliwo. Olej rydzowy jest najtańszym tego typu
produktem, bowiem sam rydz - roślina pokrewna do dużo droższego w
uprawie rzepaku - nie ma żadnych wymagań, rośnie na najgorszych
górskich glebach, nie potrzebuje nawożenia, a pozostające po
wytłoczeniu makuchy są wysokobiałkową paszą dla zwierząt.
- Woli pan życie zaszytego na wsi rolnika od obiadów z Billem Gatesem?
- Spotkałem w życiu wielu bogatych ludzi. Zauważyłem jednak, że ludzie
bogaci nie są szczęśliwi. Praca dla nich jest jak narkotyk. W biznesie
tak się człowiek zatraca, że gubi czas na życie, na rodzinę... a to
przecież jest szczęście! Akcje Optimusa sprzedałem za pół ceny, a i tak
mnóstwo pieniędzy mi zostało. Mogłem i mogę nadal sobie kupić prywatną
wyspę, samolot, lotnisko... Kiedyś nie byłem szczęśliwy, teraz
znalazłem swoją drogę.
- 15 mln złotych podarował pan na
Sanktuarium Maryjne w Łagiewnikach, drukuje pan książki i płyty o
tematyce religijnej, rozsyła po Polsce za darmo. Rozdawanie swojego
majątku to sposób na szczęście?
- Płacę za to, co kiedyś
dostałem. A dostałem dużą liczbę talentów, jest więc dla mnie rzeczą
naturalną, że dzielę się teraz z tymi, którzy takich możliwości nie
mają.
- Zaczynał pan od składania komputerów w garażu. Po dwóch
latach zarobił pan pierwszy milion. Szybko stał się pan jednym z
najbogatszych ludzi w Polsce. Czego potrzeba, by w takim tempie dorobić
się majątku?
- Optimusa założyłem w akcie rozpaczy. Wyrzucono
mnie z pracy, bo w socjalistycznym przedsiębiorstwie próbowałem
wprowadzać rynkowe metody. Ale to, co powstało z tej rozpaczy, jest
najwspanialszą przygodą w życiu. Żeby osiągnąć sukces w biznesie
potrzebne są trzy elementy. Każde biznesowe spotkanie musi być
spotkaniem dwóch zwycięzców, z każdej rozmowy obie strony powinny wyjść
z poczuciem, że załatwiły coś ważnego. Po drugie – bardzo ważna jest
etyka. Po trzecie - każdą decyzję skonsultować trzeba z głupszym od
siebie i wykorzenić z siebie poczucie, że jest się nieomylnym. Bo się
nie jest! I tyle...
- W styczniu buchnęła plotka, że zostanie pan premierem. Padła taka propozycja?
- Nie jest tajemnicą, że Jarosław Kaczyński złożył mi kilka propozycji.
O stanowisku premiera nie rozmawialiśmy, bo znał moje zdanie. A ja
uważam, że premier Marcinkiewicz bardzo dobrze pełni swoje obowiązki.
- A to, że miał pan być ministrem przemysłu w rządzie Marcinkiewicza to prawda?
- Odmówiłem. Po pierwsze - uważam, że wtedy musiałbym się zająć tylko
jednym szczegółem rzeczywistości, podczas gdy do poprawienia jest dużo
więcej. Po drugie – trzeba realnie patrzeć, jak dużo potrzeba pracy nad
świadomością naszego społeczeństwa, by akceptowało potrzebne zmiany. Te
hasła, że rząd załatwi, że wszystkim się po równo należy, pokutują w
nas i przekazujemy je naszym dzieciom. Jest rzeczą nadrzędną, żeby
społeczeństwo wymuszało na rządzie takie rozwiązania, które Polsce
służą, a nie takie, które nam kiedyś w socjalizmie wtłoczono.
- Poparł pan kandydaturę Lecha Kaczyńskiego na prezydenta. Zrobiłby pan to również dzisiaj?
- Proszę zobaczyć, jak wyglądało moje poparcie. Wskazałem dwie przewagi
Lecha Kaczyńskiego nad konkurentem i w tym zakresie nic się nie
zmienia. Kaczyński jest przeciwko wprowadzeniu podatku dochodowego w
rolnictwie, który jest absurdem w polskich warunkach. Gdyby ten podatek
wszedł, kilka milionów obywateli byłoby bezbronnych, zostaliby
zniszczeni, wyrzuceni z ziemi. Druga sprawa to podatek katastralny.
Portugalia wprowadziła go i się wycofała. Jak taki podatek - gdzie jest
duża korupcja, a kultura urzędnicza bardzo niska - może zależeć od
decyzji urzędnika? Lech Kaczyński był zdecydowanym przeciwnikiem obu
tych podatków. Wystarczy, że te dwa podatki nie wejdą, a już
prezydentura Lecha Kaczyńskiego będzie lepsza od każdego innego
kandydata. Gdyby Donald Tusk powiedział, że też jest przeciw tym
ustawom, to mój głos byłby głosem neutralnym, głosem za Polską.
-
Prezydent Kaczyński jest dość radykalny w poglądach. Nie obawia się
pan, że podobnych metod, jakich użyto wobec pana, ktoś użyje wkrótce
wobec kogoś innego?
- Myślę, że obojętnie kto ma władzę, Polska
normalnieje. Sądzę, że sytuacje, jakie spotkały mnie, będą coraz
rzadsze. Zmienia się świadomość społeczeństwa i urzędników, którzy nie
są już bezkarni i mają świadomość, że mogą przegrać. Mój przykład
pokazuje, żeby nie byli tak pewni swojej nieomylności.
- Czy
chociaż ktoś powiedział panu „przepraszam“ za to, że komandosi w
kominiarkach wywlekli pana o świcie z domu, zakuli w kajdanki i
straszyli bronią? Zarzut był mało kryminalny - wyłudzenie przez
Optimusa podatku VAT...
- Wiceminister Ciesielski w I programie
TVP użył takiego sformułowania. Jednak to doświadczenie było mi
potrzebne. Gdy prawie dwie doby spędziłem w jednej celi z mordercą,
złodziejem i sprawcą rozboju, wszystkie moje wartości pękły jak bańka
mydlana. Wyszedłem z tego wszystkiego cało, bo przypomniałem sobie o
dzienniczku świętej Faustyny, który kiedyś przypadkiem wpadł mi w ręce.
W tej celi cały czas powtarzałem sobie: „Jezu, ufam Tobie”. Pomogło! Ta
sprawa była mi potrzebna, stałem się nowym człowiekiem, mam czas,
dobroć, hamuję pychę – to prawdziwe człowieczeństwo. Robiąc z
przedsiębiorcy człowieka, odzyskuje się szczęście.
- Zapłacił pan
rekordową kaucję – 8 mln złotych. Walczy pan o 1,5 mln odsetek od tej
kwoty, a tu za niesłuszne zatrzymanie krakowski sąd ledwo kapnął 5
tysiącami? Będzie pan walczył dalej, czy ma pan dość?
-
Oczywiście, że będę walczył dalej. Sąd Najwyższy wypowiedział się w
mojej sprawie. Uchwalił, że obywatel powinien dochodzić odszkodowania w
czasie, kiedy postępowanie się przeciwko niemu toczy. Prokuratura
twierdzi, że moja sprawa jest przedawniona, bo od momentu mojego
zatrzymania do chwili złożenia wniosku o odszkodowanie minął ponad rok.
Ale przecież moja sprawa toczyła się aż półtora roku! Sąd Najwyższy
stanął na stanowisku, że powinienem oskarżyć prokuraturę o niesłuszne
zatrzymanie, gdy... sprawa była jeszcze w toku. Przecież to absurd!
Jeżeli nie wiadomo, jak długo będą trzymać moje pieniądze, to o jakie
pieniądze mam występować?
- Podobno w Polsce coraz trudniej jest robić uczciwie interesy.
- Moja przygoda z biznesem dlatego była piękna, że w latach 1990-95 był
prawdziwie wolny rynek. Każdy miał taką samą szansę. Wszystko, co nie
było zakazane, było dozwolone, więc zależało tylko ode mnie i mojej
załogi. Bez grosza i doświadczenia opanowaliśmy trzy branże –
komputery, kasy fiskalne i Internet. Maleńka firma z Nowego Sącza
dostała nawet prawo przyklejania do swoich komputerów logo giganta -
Microsoftu! Stopniowo wolny rynek zaczął być zastępowany przez inną
rzeczywistość. Po 1995 roku Sejm zaczął produkować setki ustaw – po
kilka na ten sam temat, zwiększył się koszt funkcjonowania firm. Na
początku lat 90. o sukcesie decydowała praca, teraz decyduje dobry
kontakt z urzędnikiem, który wyda korzystną interpretację prawa. Prawie
każdy kontrakt, który podpisywałem, był związany z propozycją
korupcyjną. Wybrałem owieczki...
Roman Kluska
- Ma 51 lat, jest jednym z najbogatszych Polaków.
- W roku 1988 z kilkunastoma dolarami w kieszeni zaczął składać w
garażu komputery, by po dwóch latach zarobić pierwszy milion złotych.
- W 2000 r. sprzedał akcje Optimusa za 261,7 mln zł konsorcjum BRE Banku i Zbigniewowi Jakubasowi.
- Dwa lata później urząd skarbowy i prokuratura oskarżyły go o próbę
wyłudzenia podatku VAT. Chodziło o wysyłanie przez Optimusa komputerów
na Słowację, by mogło je stamtąd importować z powrotem do Polski
Ministerstwo Edukacji Narodowej. Powodem takich działań był przepis
zwalniający z VAT tylko importowane komputery, co powodowało, że były
niemal jedną trzecią tańsze od produkowanych w Polsce.
- Ostatecznie Kluska został oczyszczony z zarzutów. Teraz skarży się na
działalność w tej sprawie prokuratury, urzędu skarbowego a nawet
Wojskowej Komendy Uzupełnień, która w dniu zatrzymania go przez policję
chciała przejąć dwie należące do jego firmy Toyoty Land Cruiser... na
cele obronności kraju.
Gdy prawie dwie doby spędziłem w jednej
celi z mordercą, złodziejem i sprawcą rozboju, wszystkie moje wartości
pękły jak bańka mydlana. Ta sprawa był mi potrzebna, stałem się nowym
człowiekiem.
Beata Jajkowska/Dziennik Bałtycki