
Mamy długi weekend… Mnóstwo wolnego… Siadam do komputera, sprawdzam pocztę – jest kilkanaście nowych wiadomości – Allegro przypomina, że coś u nich kupiłem, Uniwersytet Warszawski przypomina, że za kilka dni zaczynają się Potyczki Algorytmiczne , Google przysyła przypomnienia o nadchodzących wydarzeniach. Jest też kilka e-maili, na które nie zwracam uwagi. O, nawet Microsoft przysłał (wreszcie!) moją licencję MSDNAA. W skrócie czytam niektóre wiadomości – tylko te ważniejsze. W końcu mam kilka dni wolnego. Nie będę sobie zawracał głowy jakimiś głupotami.
Poczta prawie przeczytana – reszta „nie zając, nie ucieknie”. Czas sprawdzić komunikator – pewnie po raz kolejny z natłoku „miliona” wiadomości, tylko trzy, może cztery będą miały jakiś sens. Odpalam IM-a
i wpisuję hasło. Na pasku pojawia się kilkanaście wiadomości – te od nieznanych mi numerów od razu kasuję – to na 100 proc. reklamy. Czytam pozostałe kilka – nic ważnego, mogą poczekać.
To, co tygryski lubią najbardziej…
I zaczyna się najciekawsza część programu – przeglądam opisy znajomych i nie tylko. Prawie każdy coś reklamuje. Jedni cieszą się jak dzieci, bo znaleźli śmieszny filmik na YouTubie , a inni reklamują swoje strony… O ile taki „chłam” można nazwać „stroną”. No dobra, poodwiedzajmy niektóre z nich, w końcu mamy długi weekend, a ja jestem już po porannej sesji z C++ -em – przyda się coś na poprawę humoru z samego rana. Wchodzę na jakieś 10 stron prosto z opisów – blogi, photoblogi, etc. – jak to mówią, „śmiech to zdrowie”.
Większość treści na tych stronach można porównać do Roo$hoffych słit blogaskóff rodem z wylęgarni blogów na Onecie. Jasne, pewnie zaraz usłyszę, że skoro nie odpowiadają mi treści przedstawiane przez autorów, to po co je czytam? No dobra, ale po co w takim razie zdesperowane, niezaspokojone bachory, niemalże wpychają mi swoje blogaski wprost do mojego! komunikatora? IM-y z założenia miały służyć do komunikowania się z innymi, tylko i wyłącznie w określonym celu. Jeśli mam słuchać o „dupie Maryni”, to dziękuję, postoję.
Jesteś „kimś”, więc Cię czytam
Jedną z ważniejszych rzeczy, którą kierujemy się (może nie wszyscy, ale przynajmniej ja) przy czytaniu blogów, to autor. Największą odwiedzalność gwarantują sobie strony osób, które wyróżniają się spośród otoczenia, np. blog nauczyciela miałby zagwarantowaną popularność wśród uczniów z jego szkoły.
Są też osoby, które nie zwracają uwagi na to, kto jest autorem strony – interesuje ich tylko i wyłącznie treść. Ja do nich nie należę – pierwsza, a na pewno jedna z pierwszych rzeczy, które robię odwiedzając bloga, to dokładne przewertowanie sekcji About – po prostu lubię wiedzieć czyje teksty czytam.
Pokaż mi swój blog, a powiem Ci kim jesteś
Blog mówi bardzo dużo o jego właścicielu. Podstawowe informacje autor umieszcza w sekcji About – dowiadujemy się stamtąd, kim jest osoba, którą czytamy, ile ma lat i gdzie mieszka. Ale to z czasem staje się mało istotne – pełny image autora wyrabiamy sobie, czytając jego teksty.
Często mam tak, że „wędruję” z bloga na blog – po prostu idę po odnośnikach – jeden użytkownik w swoim wpisie wspomina o kimś innym, więc do niego przechodzę. I tak przez jakieś 10, może 15 wpisów. Czasem mogę w ten sposób natrafić na ciekawe treści, ale mogę też wykończyć się psychicznie – np. co mogę sobie pomyśleć o dwudziestolatku, który dopiero co zdobył wyższe wykształcenie, a jego teksty są na poziomie rozpieszczonego jedenastolatka? Pomyślmy w praktyczny sposób – co o takim człowieku pomyślą jego znajomi, jeśli trafią na taką stronę?
Wyrzucić komputer przez okno?
Nie, to chyba nie jest zbyt dobry pomysł. Na szczęście w szarych, niedostępnych dla pokemonów zakamarkach Internetu można spotkać „normalne” blogi. Np. lanooz.net jest ciekawą stroną „o wszystkim”. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że prowadzi go dziewczyna, która w zeszłym roku skończyła gimnazjum (tak, rzeczywiście dziwne; ale w końcu wyjątek potwierdza regułę). I nie ma w tej chwili znaczenia jej zdanie, na tematy, o których pisze – dobrze się czyta jej bloga, wiedząc, że nie każda nastolatka ma „różowy syf” w głowie.
Miejmy tylko nadzieję, że społeczność internetowa „odetnie” się od pokemonów, a one same zamkną się we własnym świecie. Niech wreszcie zrozumieją, że w Internecie nie ma miejsca na Roo$hoffe słit blogaski.